Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Manchester United jak walec, de Gea jak ściana, Liverpool jak ofiara

Manchester United jak walec, de Gea jak ściana, Liverpool jak ofiara

Piłka nożna | 14 grudnia 2014 19:51 | Michał Kozera
Sterling vs de Gea - to zdecydowanie indywidualny pojedynek dnia!
fot. Premier League / facebook.com
Sterling vs de Gea - to zdecydowanie indywidualny pojedynek dnia!

Tytuł tego artykułu miał być zupełnie inny, bowiem plany i zamysły siedziały w głowie od co najmniej tygodnia. Dziś jednak Manchester United postanowił powiększyć swoją świetną serię zwycięstw i zrobił to rozjeżdżając po drodze nie kogo innego, tylko Liverpool. Walka z odwiecznym rywalem niejedno miała oblicze, chociaż bohatera wskazać będzie niezwykle łatwo.

 

Przed meczem mówiono, że spotkanie to będzie grą o posadę trenera Brendana Rodgersa, który zalicza obecnie najgorszy start sezonu spośród wszystkich trenerów Liverpoolu w Premier League. Spekulacje poniekąd potwierdziło nastawienie, z jakim wyszli goście na ten mecz – od początku grali z dużą dynamiką i zaangażowaniem, dokładając ogromnych starań do pierwszych minut gry. Działo się sporo, podań było wiele, nawet pojawiły się próby strzałów na bramkę.

 

Tylko co z tego?

 

Bronił David de Gea będący w formie chyba jeszcze lepszej, niż podczas pamiętnego spotkania z Evertonem. Dziś Hiszpan wyjął absolutnie wszystko i nagle z akcji, które powinny dać minimum 2 bramki zrobił 0. Już od pierwszej akcji Raheema Sterlinga można było żartować sobie, że między dwoma zawodnikami wywiązała się niemała rywalizacja, w której ostatecznie dominował, bez straty „punktu”, bramkarz.

 

Po kilku udanych interwencjach de Gei Sterling prawdopodobnie mocno stracił pewność siebie, zwłaszcza w akcjach, które należało wykończyć strzałem. Szczególnie wyraźnie było to widać w momencie, gdy Evans posłał do swojego bramkarza długą piłkę i udało się do niej dopaść Sterlingowi. Ten niestety zamiast szybkiego zwodu i uderzenia zaczął kombinować, przeczekał i kiedy uderzył, bramkarz był gotowy na interwencję, pewnie ratując kolegów przed stratą gola. Niestety dla Liverpoolu – czynnik de Gei poznał także Mario Balotelli. Włoch prawdopodobnie mógł zdobyć swoją pierwszą ligową bramkę w LFC, jednak po raz kolejny świetnie ustawiony bramkarz zapobiegł tej szansie.

 

Kilku dziś zawodników zasłużyło na szczególne wyróżnienia. Według serwisu Squawka są nimi Carrick, Valencia, de Gea, van Persie w drużynie gospodarzy oraz Sterling wśród gości. Na temat bramkarza powiedziane zostało już wiele, Sterling natomiast poza przegranym każdym pojedynkiem z de Geą świetnie napędzał grę i wyraźnie było widać jak duży z nim problem mają obrońcy. Każda z jego niewykończonych akcji to przecież najpierw wypracowanie sobie miejsca, okazji – dobrym dryblingiem, niezłym przyspieszeniem. To zdecydowanie był najjaśniejszy punkt The Reds. 


 

 

 

 

 

 

Fantastycznie zaprezentował się Michael Carrick. Anglik od 6 spotkań znajduje się w składzie Manchesteru i od tego właśnie czasu jego klub notuje nieprzerwaną serię zwycięstw. Nie można odmówić mu zasług – gra po profesorsku, oferuje ogromny spokój, świetny przegląd pola i dobrze wiąże całą drużynę grając na środku.


Coraz lepiej odnajduje się natomiast Antonio Valencia, który na czas nieobecności Rafaela ustawiany jest głównie jako boczny obrońca. Jest bardzo pewny, szybki i silny, a swoją grą wnosi wiele spokoju po bokach. Jak na niedawnego pomocnika, w obronie radzi sobie naprawdę dobrze. Dziś dołożył do tego asystę po pięknej akcji, w której zawstydził rywala „siatą” na skrzydle. Wypatrzenie Rooneya i podanie do nogi – palce lizać.


Kolejna pochwała wędruje w stronę Robina van Persiego. Holender odżył i to bardzo wyraźnie. Już nie tylko jest skuteczny pod bramką przeciwnika, ale też zaczyna sam walczyć o swoją pozycję na boisku. Ustawienie idzie w parze z zaangażowaniem, co było widać zwłaszcza dzisiaj, gdy van Persie cofał się na swoją połowę, by odbiorem zaskoczyć nieświadomego niczego rywala. Do tego świetny drybling, wola walki i przede wszystkim energia – widać, że Holendrzy dobrze się dogadują i trener wie, jak obudzić swojego napastnika.

 

Jeszcze o całokształcie słów kilka – Brendan Rodgers powiedział dziś, że jego zespół mógł ten mecz wygrać. Owszem – gdyby nie bramkarz, napastnicy by strzelali do pustej. I może by trafili. Liverpool ma trochę pecha – o ile ostatnimi czasy nie grzeszyli skutecznością, a nawet sytuacji bramkowych potrafiło zabraknąć, o tyle dziś było tego pod dostatkiem, niestety między słupkami ustawiony był rywal nie do przejścia. Co jednak powiedzieć więcej – na tym polega gra, by wykonać swoją pracę jak najlepiej. DDG zrobił to wzorowo, a ofensywa Liverpoolu… nie robi tego od dawna. Szkoda tylko tego spalonego przy bramce Maty – chociaż dopiero powtórki pokazały, że van Persie piłkę trącił, nadal mała skaza na fantastycznym przecież widowisku. Głośnym, bo czasem ciężko było zrozumieć komentatorów. Oby więcej takich pojedynków w Premier League.

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)