Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Wyjeżdżał jako "król bramek", wrócił jako "król szydery". Historia Fernando Torresa

Wyjeżdżał jako "król bramek", wrócił jako "król szydery". Historia Fernando Torresa

Piłka nożna | 16 stycznia 2015 12:56 | Bartłomiej Kornecki
Torres już strzela dla Rojiblancos
fot. Atlético de Madrid / facebook.com
Torres już strzela dla Rojiblancos

Czterdziesta szósta sekunda rewanżowego meczu Realu z Atletico w Pucharze Króla (po pierwszym meczu 0:2 dla Rojiblancos), Torres strzela otwierającego gola. Real się nie załamuje i wciąż dąży do odrobienia strat. Trzydziesta trzecia sekunda drugiej połowy – znowu Torres zapisuje się na listę strzelców. Real na kolanach, już się z tego nie podniesie. Nie odrobi czterech goli dających awans do ćwierćfinału. Kiedy przedstawiłby ktoś taki scenariusz – 8 lat temu – jakiemuś kibicowi Atletico nie zobaczyłby w tym nic dziwnego. „Najlepszy napastnik na świecie” - ich El Nino, strzela dwie bramki odwiecznemu rywalowi i wyrzuca go z turnieju. Jednak wtedy nikomu by nawet przez głowę nie przeszło, że gole dla nich strzela nie „król bramek”, a „król szydery”.


Dokładnie siedem i pół roku temu Fernando Torres postanowił opuścić Atletico. Miejsce, w którym się wychował. Powód? Brak sukcesów. Atletico z 2007 roku, a Atletico teraz - to niebo, a ziemia. Byli daleko za walką o mistrzostwo, na siódmym miejscu. Potrafiąc przegrywać z takimi jak Real Sociedad, Espanyol czy Celta Vigo. Barcelona mającą w składzie Ronaldinho czy Messiego potrafiła ich ograć 0:6. Ot, zwykły przeciętny hiszpański klub. 23-letni Torres, aktualna gwiazda zespołu i czołowy strzelec, nie chciał sobie pozwolić na kolejny zmarnowany sezon bez klubowych tytułów. Miał wtedy za sobą siedem sezonów w zawodowej piłce i 91 bramek. Liczba dla tak młodego wówczas piłkarza – przeogromna.


Biło się o niego kilka czołowych europejskich klubów. Jednak to Liverpool prześcignął wszystkich i dogadał się z El Nino i z Atletico. Fernando Torres przeniósł się na Anfield. Za 38 milionów euro. Do zupełnie nowego kraju, zupełnie nowej ligi . Zamienił słoneczną Hiszpanię na deszczowe wyspy. Jak sam stwierdził „- Musiałem odejść. Trudno było nie zauważyć, że mój rozwój szedł w jedną stronę, a rozwój klubu w przeciwną”. Liverpool był wtedy zespołem, który – jak reszta ligi – musiał oglądać plecy dwóch maszyn. Manchesteru United i Chelsea. The Reds bili się z Arsenalem o ostatni stopień podium. Ich aktualnym trenerem był Hiszpan, Rafa Benitez co na pewno pomogło w aklimatyzacji młodego napastnika. Torres w Liverpoolu czuł się jak w domu. W trzy lata zdobył 54 bramki. Był idolem kibiców - grał fenomenalnie, a w 2008 roku strzelił zwycięskiego gola w finale Mistrzostw Europy w Austrii i Szwajcarii i zajął trzecie miejsce w plebiscycie Złotej Piłki, tuż za Cristiano Ronaldo i Leo Messim. Jednak miłość fanów Liverpoolu jak była mocna, tak szybko przerodziła się w nienawiść. Głównym powodem opuszczenia Atletico przez Torresa była chęć zdobywania pucharów klubowych, na które w Liverpoolu nie miał szans.


W ostatni dzień zimowego okienka transferowego, w styczniu 2011 przeniósł się do ówczesnego mistrza Anglii, do londyńskiej Chelsea za 58,5 miliona euro. Zamiana czerwonej koszulki na niebieską odbiła się szerokim echem. Miłość kibiców Liverpoolu przerodziła się w nienawiść. Wielu z nich spaliło koszulki ze swoim już byłym idolem. Odejście Hiszpana wznieciło jeszcze większy niż był chaos w ekipie The Reds. W tym samym czasie pożegnano Javiera Mascherano, czy rodaków El Nino: Rafę Beniteza i Xabiego Alonso. Wydawało się, że to był idealny moment i miejsce do odejścia dla chcącego wciąż rozwijać się napastnika. Na debiut w nowych barwach długo nie musiał czekać. Już tydzień później zmierzył się ze swoimi starymi kolegami z Anfield, którzy wygrali to spotkanie 1-0.


Jak szybko kibice Chelsea się nimi zaczęli cieszyć, tak szybko entuzjazm opadł. Na pierwszego gola kazał sobie czekać aż do dziesiątego meczu. Zawodów nad El Nino było tak dużo jak dużo rosyjski oligarcha musiał za niego zapłacić. 58,5 miliona euro było wówczas w historii futbolu szóstą najwyższą kwotą zapłaconą za piłkarza. A trzeba wziąć jeszcze pod uwagę, że sam zawodnik w klubie mało nie zarabiał. Abramowicz miał w pewnym sensie obsesję na punkcie Torresa. Po wcześniejszej wpadce z Szewczenką teraz chciał mu nawet pomóc, udowodnić, że tym razem nie powtórzył tego błędu. Dlatego ściągnął Beniteza, osobę przy której jak przy żadnej innej El Nino tak nie błyszczał. Nie wiadomo czy to ta suma związała mu nogi, czy kontuzja kolana której nabawił się jeszcze w Liverpoolu. Tuż po niej na mistrzostwach świata 2010 też nie był wyróżniającą się postacią. W przeciwieństwie do goli na sukcesy w Chelsea, Torres nie mógł narzekać. W ciągu trzech i pół roku zdobył Puchar Anglii, wygrał Ligę Mistrzów i Ligę Europy, w której w meczu finałowym zdobył gola. Jednego ze swoich.. 45 w aż 172 meczach! Nie wczuł się w nową drużynę. Nie potrafił trafiać seryjnie do bramki, co odbijało się na jego psychice i dodatkowo pogrążało. Po wybitnym napastniku, który na boisku widział wszystko, a najbardziej bramkę przeciwnika zostały tylko strzępy. Stał się jednym z najdroższych rezerwowych w historii futbolu.

 

źródło: talksport.com


W sierpniu Jose Mourinho postanowił wypożyczyć Fernando Torresa do Milanu, to miała być już ostatnia szansa na odbudowanie dla tego chłopaka. Debiut marzenie. Przepiękna bramka. Torres do tego aktywnie brał udział w wielu akcjach, rozprowadzał piłkę, ostro pracował. Notował udane dryblingi, wystawiał piłki. Przez wielu został wybrany graczem meczu. Niestety dla Hiszpana potem było już tylko gorzej. Przechodził obok meczu, grał tak jak nas do tego przyzwyczaił z występów w Chelsea. W ciągu dziesięciu meczów, oddał zaledwie dziewiętnaście strzałów i zdobył tylko jednego gola.


Dwa i pół tygodnia temu na lotnisku w Madrycie witały go tłumy. 45 tysięcy gardeł krzyczało jego nazwisko na Vicente Calderon podczas oficjalnej prezentacji. Fernando Torres - El Nino, ich cudowne dziecko - wrócił do domu. Wydaje mi się, że to już ostatnie miejsce na ziemi w którym wierzą jeszcze w tego chłopaka. Miejsce gdzie kochają go równie mocno. Dwa pierwsze mecze, przeciętne. Mecz z Realem jak za starych dobrych czasów El Nino. Czy wrócił na dobre? Lepiej nie wybiegać tak daleko w przyszłość. Widziałem dziesiątki meczów – „tych” meczów – w których grał fenomenalnie i później miało być już tylko lepiej. Pamiętna bramka na Camp Nou w półfinale Ligi Mistrzów, rozwiewająca wszelkie wątpliwości w starciu z Barceloną. Czy gol z Manchesterem United na 1-3 a potem minięcie De Gei i fatalne pudło do pustej bramki. Jeśli chce się odbudować lepszego miejsca nie znajdzie. W Atletico ma za sobą kibiców, którzy nie odwrócą się od niego choćby zmarnował setkę w finale Ligi Mistrzów. Przede wszystkim oni nie widzą w nim upadłego piłkarza, a chłopaka ze swoich stron.


Bartłomiej Kornecki

Twitter: @Kornuch

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)