Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Louisa van Gaala kłamstwa i kłamstewka

Louisa van Gaala kłamstwa i kłamstewka

Piłka nożna | 22 lutego 2015 20:40 | Artur Davtyan
Louis van Gaal przed spotkaniem z West Ham United
fot. facebook.com/manchesterunited
Louis van Gaal przed spotkaniem z West Ham United

Louis van Gaal w Manchesterze United witany był niczym rycerz na białym koniu, zbawca który miał za zadanie odbudować klub z Old Trafford po pełnym rozczarowań panowaniu Davida Moyesa. Holender dopiero co wywalczył z Oranje brązowy medal Mistrzostw Świata w Brazylii i już ruszał na podbój angielskiej piłki. Na samym początku wydawało się, że sprzyja mu dosłownie wszystko.

 

I sprzyjało, ciężko zaprzeczyć. Holender dostał wolną rękę do transferów, z północnej Anglii do różnych części Europy wypływały ogromne ilości pieniędzy. Ángel Di María, Radamel Falcao, Luke Shaw, Ander Herrera, Daley Blind, Marcos Rojo. Około 150 milionów funtów wydanych, by przywrócić Czerwonym Diabłom chwałę, do której przywykli fani przez lata rządów sir Alexa Fergusona. Piłkarze wysokiej klasy, jedni byli gwiazdami od dobrych kilku lat, inni dopiero co zyskali na znaczeniu w świecie futbolu, a każdy z nich był niewątpliwym wzmocnieniem nie tylko kadry United, ale również wyjściowej jedenastki.

 

Swój pierwszy sezon van Gaal miał szansę rozpocząć w imponującym stylu, gdyż terminarz przygotowany dla jego podopiecznych na starcie rozgrywek zapowiadał się wyjątkowo łaskawie. Swansea, Sunderland, Burnley, QPR, Leicester i West Ham. Beniaminkowie i drużyny klasy średniej. Ostatecznie wyszło to tak, że debiutanckiej kampanii Holender nie rozpoczął na miarę oczekiwań (miejsce 12 po pięciu kolejkach), w wyniku czego zapobiegliwy Louis dał sobie trzy miesiące na poprawę sytuacji ekipy z Old Trafford. I z obietnicy tej pośrednio się wywiązał, bo od 22 listopada i wygranej 2:1 nad londyńskim Arsenalem Diabły z Top4 nie wypadły.

 

 

Wyniki to jednak nie wszystko w tak wielkim klubie, kibice chcą widzieć drużynę wygrywającą pięknie i pewnie. Van Gaal przychodził do Manchesteru z misją uzdrowienia gry Rooneya i spółki. Dostał budżet na dowolnych piłkarzy i miał z nich zrobić sprawną maszynę do wygrywania. Nikt nie oczekiwał cudów na kiju już w pierwszych tygodniach, ale nadzieje na stopniowo coraz przyjemniejszą dla oka grę zostały rozbudzone. Czas pokazuje nam, iż na razie van Gaal zbudował jedynie coś na miarę lepszego gatunkowo Stoke ery Tony'ego Pulisa. Większość czasu piłkarze z Old Trafford grają prymitywnie, topornie, oglądanie ich gry to bardziej męka niż przyjemność. Dotychczas wystarczało to do regularnego punktowania, w pewnym momencie doskoczyli nawet na 5 oczek do sąsiadów z Manchesteru City. Pomimo to trudno nie zauważyć, że od kilku spotkań coraz więcej trybów się zacina.

 

Podczas konferencji prasowej przed 26. kolejką Premier League holenderski szkoleniowiec przytoczył fakt, iż w ostatnich 15-20 spotkaniach Manchester United był najlepszy w lidze. Zagrywka godna najlepszego dyplomaty. Informacja ciekawa, ale mydląca oczy fanom, bowiem w ten sposób menedżer cofa się aż do października, a jednocześnie wymazuje z pamięci kibiców słaby start rozgrywek. Taka liczba nie daje miarodajnego obrazu dyspozycji piłkarzy byłego selekcjonera Oranje ani na przestrzeni całego sezonu, ani na przestrzeni ostatnich kolejek. Zmieniając optykę na ostatnich 10 meczów - dużo więcej mówiących o aktualnej formie podopiecznych Holendra - Czerwone Diabły są już na pozycji... zaledwie ósmej. Stracili w nich 8 punktów względem Liverpoolu, 6 względem Arsenalu i po 4 w stosunku do Tottenhamu i Southampton.

 

 

Ta sama konferencja zawierała również odniesienie do letniego tournée United i turnieju International Champions Cup rozgrywanego w USA, gdzie podopieczni van Gaala rozprawili się między innymi z Realem Madryt, AS Romą i Liverpoolem. Były selekcjoner reprezentacji Holandii nazwał pokonanych czołowymi drużynami. Wicemistrzowie Włoch i Anglii, zwycięzca Ligi Mistrzów. Brzmi to imponująco, ale gdzieś jakby uciekł fakt, iż były to zaledwie spotkania towarzyskie, które miały przygotować zespół do sezonu, gdzie najważniejsze powinno być wyuczenie piłkarzy pewnych schematów gry, powolne wdrażanie swoich pomysłów. Wynik miał być kwestią drugorzędną. O tym, jak w Manchesterze przygotowano się do nadchodzącej kampanii najlepiej świadczy fakt, iż przepracowany okres przygotowawczy w formacji 3-5-2 nie dał kompletnie nic i na starcie rozgrywek piłkarze wydawali się gubić na boisku w ustawieniu z trójką obrońców. Zupełnie jakby grali w nim pierwszy raz.

 

Kolejnym kwiatkiem menedżera z krainy tulipanów jest wypowiedź o formie napastników. Van Gaal zapewnił kibiców United i obserwatorów Premier League, iż nie martwi go nieskuteczność jego snajperów. W obliczu coraz słabszych wyników słowa te brzmią co najmniej zabawnie. Na tę chwilę prawdopodobnie tylko jedna klasowa drużyna na świecie nie jest uzależniona od bramek strzelanych przez napastników - Bayern Monachium Pepa Guardioli, gdzie rolę egzekutorów skutecznie przejmują Mario Götze, Arjen Robben czy Thomas Müller. Brak skutecznego napastnika to najczęściej jednak problem nie do przeskoczenia. Dość powiedzieć, że Liverpool zmagający się z kontuzją Daniela Sturridge'a i przeciętnością Mario Balotellego wylądował w pewnym momencie w drugiej połowie tabeli, tymczasem West Hamowi wystarczyło trafić z transferami Diafry Sakho i Ennera Valencii, by z zespołu walczącego o utrzymanie stać się klubem z mocną pozycją w Top10. Nie da się nie wspomnieć, iż Chelsea z pomocą Diego Costy stała się bezwzględnym liderem w angielskiej piłce.

 

Gdy mowa o napastnikach, nie sposób nie napisać o kapitanie Diabłów. Wayne Rooney ostatnimi czasy więcej minut spędzał w okolicy własnego pola karnego niż w obrębie 30 metrów od bramki przeciwnika. Louis przekonywał prasę i fanów, iż Anglik w środku pola czuje się jak ryba w wodzie i daje zespołowi w tej części boiska zdecydowanie więcej niż miałby do zaoferowania w ataku. No cóż, to nie do końca prawda. Grając z przodu Rooney ma udział przy bramce blisko raz na mecz, w pomocy zaledwie raz na trzy spotkania. Marnowanie potencjału Wayne'a to jeden z większych grzechów Holendra w obliczu miernej dyspozycji Falcao i van Persiego. Wydaje się, że van Gaal porzucił chwilowo koncepcję gry wychowankiem Evertonu w środku pola, ale kto wie czy nie wróci do tego pomysłu po przegranej ze Swansea.

 

 

Zostając w temacie środka pola Czerwonych Diabłów, holenderski szkoleniowiec nie tak dawno uznał, że brakuje mu jakości w tej formacji i potrzebuje transferu kreatywnego pomocnika. Co ciekawe, na ławce spotkania regularnie zaczynają Ander Herrera i Juan Mata, a więc... jednostki wybitnie kreatywne i przyzwyczajone do gry na środku, bardziej (Mata) lub nieco mniej (Herrera) ofensywnej. Czy naprawdę warto więc wyrzucać kolejne miliony, gdy w rezerwie kiszą się najlepsi kreatorzy Chelsea i Athletiku Bilbao ostatnich lat? Nie, podpowiadam, nie warto.

 

Gdy zapytać przeciętnego sympatyka Premier League komu lub czemu Manchester United zawdzięcza tak wysoką pozycję w lidze, zwykle odpowiedź jest jedna - David De Gea. Hiszpański bramkarz w aktualnych rozgrywkach prezentuje świetną formę i o ile pojedynczymi występami zachwycają Hugo Lloris czy Thibaut Courtois, a w ostatnich kolejkach błyszczy też Simon Mignolet, to wychowanek Atletico Madryt na przestrzeni całego sezonu wypada bezkonkurencyjnie. Bez jego genialnych interwencji ekipa z Old Trafford znajdowałaby się zapewne kilka dobrych punktów za pozycjami premiowanych grą w europejskich pucharach. Pomimo to Louis van Gaal w niedawnym wywiadzie stwierdził, że De Gea... po prostu wykonuje swoją pracę. Nie mniej i nie więcej, niż robić powinien. Holender chciał zapewne zmotywować Hiszpana do dalszego rozwoju i nie osiadania na laurach, ale słowa których użył można określić co najmniej jako niezbyt fortunne.

 

Nadeszła pora na ulubione wyrazy ze słownika Louisa van Gaala: filozofia oraz balans. Holender twierdzi, iż jego piłkarze rozumieją już jego myśl taktyczną i podążają za nią. Jak jednak dopatrywać się szczególnego pomysłu na grę w futbolu, którego znakiem rozpoznawczym stał się Ángel Di María dośrodkowujący piłkę w kierunku Marouane'a Fellainiego? Filozofia, którą po szczęśliwie zremisowanym meczu z West Hamem Sam Allardyce nazwał prześmiewczo Longball United. W ostatnim wydaniu popularnego programu BBC Match of the Day Robbie Savage - były piłkarz m.in. Leicester City i Blackburn Rovers, a także wychowanek Manchesteru United - określił grę Czerwonych Diabłów wprost jako niewystarczająco dobrą, będącą nie do przyjęcia - „Unacceptable. Not good enough”.

 

Trudno oczekiwać pięknej gry od drużyny całkowicie pozbawionej liderów. W ciągu kilku miesięcy zespół stracił piłkarzy, którzy od lat byli utożsamiani z Old Trafford. Szatnię ograbiono z ikon, ludzi którzy co prawda mieli do zaoferowania coraz mniej pod względem czysto piłkarskim, ale wciąż wiele kiedy w grę wchodziła mentalność zwycięzców i miłość do klubu. Sama ich obecność w kadrze dawała świadectwo tego, z jak wielką marką ma się do czynienia. Z Manchesteru wypłynęli jednak naraz Nemanja Vidić, Rio Ferdinand oraz Patrice Evra, karierę piłkarską zakończył Ryan Giggs, a pół roku później odszedł również Darren Fletcher. Piłkarze obdarzeni ogromną charyzmą, dający z siebie wszystko, starający się poderwać kolegów do walki w ciężkich chwilach, czy to swoją postawą na boisku, czy to pokrzykując z ławki rezerwowych. Brak charakteru aktualnego United najlepiej oddaje fakt, iż Czerwone Diabły w tym sezonie nie wygrały ani jednego meczu, w którym pierwsze straciły gola.

 

 

W drugiej rundzie spotkań aktualnej kampanii Premier League podopieczni Louisa van Gaala zdążyli już podjąć Stoke, Southampton, Queens Park Rangers, Leicester, West Ham, Burnley i Swansea. Wydawałoby się, że to idealny zestaw, by porządnie zapunktować. Nie pierwszy już raz nie wszystko idzie po myśli Holendra. Spotkania z zespołami notowanymi aktualnie w pierwszej dziesiątce - Garncarzami, Świętymi, Młotami i Łabędziami - zakończyły się dwiema porażkami i dwoma remisami. Póki co w 2015 roku Czerwone Diabły dały radę pokonać tylko beniaminków. Ktoś zaraz powie - hej, przecież rok temu po 26 meczach Moyes miał mniej punktów i był w tabeli siódmy. To prawda, na papierze wygląda to dużo korzystniej dla van Gaala, ale zwrócić należy uwagę na fakt, że o ile podopieczni Moyesa po 26 kolejkach ubiegłego sezonu mieli 5 oczek mniej, o tyle w analogicznych spotkaniach wywalczyli... 2 punkty więcej.

 

 

Summa summarum, Holendra na ten moment kryje głównie pozycja w tabeli. Miliony zainwestowane w drużynę póki co nie spłacają się tak, jak powinny. Gra wygląda słabo, zaś główni rywale - Arsenal, Southampton, Liverpool i Tottenham - pomimo pojedynczych wpadek spisują się zauważalnie lepiej. Holender w wywiadach plecie trzy po trzy, podejmuje niezrozumiałe decyzje dotyczące jedenastek i pozycji boiskowych, a wszystkiemu towarzyszy fakt, iż przewaga nad piątym miejscem stopniała już prawie do zera. Quo vadis, van Gaal?

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)