Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Rodgersa matura zdana na pięć. Pellegrini? Mniej niż zero.

Rodgersa matura zdana na pięć. Pellegrini? Mniej niż zero.

Piłka nożna | 03 marca 2015 21:30 | Artur Davtyan
Brendan Rodgers
fot. facebook.com/LiverpoolFC
Brendan Rodgers

01.03.2015, 13:00, Anfield Road. Liverpool - Manchester City, wicemistrz przeciwko mistrzowi. Najważniejszy mecz 27. kolejki Premier League i prawdopodobnie najbardziej wyczekiwany ze wszystkich piłkarskich szlagierów ubiegłego weekendu. Jedno z tych spotkań, dla których płaci się pięć miliardów funtów za prawa telewizyjne.

 

Podopieczni Brendana Rodgersa w niedzielne popołudnie całkowicie zdominowali rywali z Etihad Stadium, a wynik 2:1 tylko w niewielkim stopniu oddaje to, co działo się na boisku. Wciąż uczący się świata wielkiej piłki Irlandczyk sprawił, że jego drużyna całkowicie stłamsiła starych wyjadaczy dowodzonych przez Manuela Pellegriniego. O tym, że Rodgers miał pomysł na to spotkanie można było się przekonać już godzinę przed meczem, analizując wyjściowe jedenastki.

 

Szkoleniowiec City posłanym w bój pierwszym składem nie zaskoczył chyba nikogo. Ulubiona przez chilijskiego menedżera formacja 4-4-2, złożona z następujących graczy:


Hart – Zabaleta, Mangala, Kompany, Kolarov – Nasri, Fernandinho, Yaya Touré, Silva – Džeko, Agüero


Można by powiedzieć, że to klasyczna jedenastka pod wodzą Pellegriniego, bardzo ofensywna, pokazująca chęć przejęcia kontroli nad meczem od pierwszej do ostatniej minuty. Piłkarze grający zawsze, gdy są dyspozycji trenera, znający schematy Chilijczyka jak własną kieszeń. Warto jednak pamiętać, że taki zespół jest też o wiele łatwiej rozpracować.

 

Kilka niespodzianek natomiast sprawił fanom i obserwatorom Rodgers, mimo że zespół wybiegł w stosowanej już od grudnia formacji 3-4-3.


Mignolet – Can, Škrtel, Lovren – Marković, Henderson, Allen, Moreno – Lallana, Sterling, Coutinho


Najbardziej zaskakiwał fakt, iż Irlandczyk desygnował do gry jedenastkę bez nominalnego napastnika. Kontuzję ponad miesiąc temu wyleczył Daniel Sturridge, a przyzwoitą formą chwali się od jakiegoś czasu również Mario Balotelli. Mimo to najbardziej wysuniętym graczem The Reds był młodziutki Raheem Sterling, grający rolę fałszywej dziewiątki w tym spektaklu.

 

Przejdźmy więc do tego, co działo się na boisku. Pierwszy rzut oka na statystyki – podopieczni Manuela Pellegriniego mieli większe posiadanie piłki, zaliczyli więcej podań, można powiedzieć wręcz, że dostali okazję by grać to, co lubią najbardziej. Co z tego wynikło? Poza bramką Džeko i słupkiem Agüero kompletnie nic. The Reds oddali rywalom z Manchesteru pozorną kontrolę nad meczem, ale z każdą kolejną akcją zaczepną wysysali z nich chęć do gry. Zwróćmy uwagę na fakt, iż Yaya Touré zaliczył 91 podań. Dla porównania, Allen i Henderson wymieniali się piłką z kolegami zaledwie 122 razy. Nie przeszkodziło to Walijczykowi i Anglikowi w stłamszeniu jakichkolwiek przejawów kreatywności u rywali. Dość powiedzieć, że Samir Nasri większość podań do przodu wykonał... nie przekraczając wysokości koła środkowego.

 

Pressing. Słowo klucz w kontekście tego meczu. To właśnie miał dać ofensywny tercet Liverpoolu, to dlatego Rodgers zrezygnował z gry choćby jednym nominalnym napastnikiem. Coutinho, Lallana i Sterling byli w ciągłym ruchu, dynamiczni, wybiegani, nie dawali ani chwili wytchnienia zarówno Fernandinho i Yayi Touré, jak i całej defensywie The Citizens. Przechwyt za przechwytem, odbiór za odbiorem, The Reds inicjowali kolejne kontry, które przy odrobinie lepszej skuteczności powinny pogrążyć całkowicie podopiecznych chilijskiego menedżera.

 

Pressing to jedno, fatalna organizacja defensywy Obywateli to drugie. Niedopowiedzialna gra pomocników Manuela Pellegriniego dała rywalom wiele przestrzeni między stoperami i drugą linią. Oglądając mecz nie dało się nie zauważyć, że przez większość czasu jedynym poważnie zainteresowanym bronieniem piłkarzem środka pola City był Fernandinho, lecz momentami nawet jemu zdarzało się zapomnieć. Warto wspomnieć również o totalnej bezużyteczności Edina Džeko i Sergio Agüero, gdy drużynie przychodzi przejść do obrony. Zarówno Bośniak, jak i Argentyńczyk plączą się wtedy bez celu w okolicach koła środkowego, nie próbując choćby w najmniejszym stopniu pomóc drugiej linii. Całkowite przeciwieństwo ich vis-à-vis w czerwonych strojach.

 

 

Pomówmy teraz trochę o ofensywie Liverpoolu. Atakami The Reds z okolic lewego skrzydła dowodził Philippe Coutinho, rozgrywający jedno ze swoich najlepszych spotkań z Liverbirdem na piersi. Błyskotliwy Brazylijczyk po profesorsku kreował grę. Lwia część z jego 72 kontaktów z piłką miała miejsce już na połowie Obywateli. Były gracz Interu Mediolan przeprowadził cztery udane dryblingi, więcej miał tylko Yaya Touré. Reprezentant Canarinhos zaliczył co prawda zaledwie jedno kluczowe podanie, ale aż 71% ze wszystkich dostarczonych przez niego piłek zagrane było do przodu. Biorąc pod uwagę piłkarzy środka pola i ataku, tylko Joe Allen zaprezentował się lepiej pod tym względem w omawianym spotkaniu. Walijczyk do przodu posłał oszałamiające wręcz 78% podań.

 

 

Nieco inną rolę na prawej flance miał do odegrania Adam Lallana. Jego głównym zadaniem było wypełnianie wolnych przestrzeni tworzonych przez ruch bez piłki Raheema Sterlinga. Młodszy z Anglików regularnie wyciągał do przodu Vincenta Kompanego, łamiąc dzięki temu linię defensywy The Citizens. Eks-kapitanowi Southampton pozostawało wtedy znaleźć się we właściwym miejscu o właściwym czasie i poczekać na prostopadłą piłkę od Coutinho czy Markovicia. Nie można również nie wspomnieć, że Lallana wykonywał świetną pracę w defensywie, wspomagając czynnie kolegów grających w drugiej linii. Godny odnotowania jest także fakt, iż numer 20 Liverpoolu przebiegł największy dystans ze wszystkich graczy biorących udział w tym meczu – 11.9 km.

 

 

Kwintesencją pomysłu Rodgersa na rozmontowanie defensywy Obywateli był jeden z pierwszych ataków przeprowadzonych przez The Reds. Joe Allen wyprowadzający piłkę ze strefy obronnej dostarcza ją do Philippe Coutinho, znajdującego się już na połowie City. Brazylijczyk ze względu na wysoko wysuniętą drugą linię The Citizens ma dużo czasu, by poprowadzić futbolówkę do przodu i posłać kolejne podanie. Raheem Sterling, jako najbardziej wysunięty z graczy Liverpoolu, zbiegając wolną przestrzeń między Zabaletą i środkiem defensywy ściąga uwagę Kompanego i Mangali, zmuszając ich do ruchu w tym samym kierunku. Powstaje ogromna ilość miejsca dla Adama Lallany, który kieruje się w nowo powstałą wyrwę w szykach obronnych, gdzie za chwilę piłkę dostarczy mu Coutinho. Mimo że akcja ta nie zakończyła się bramką, została rozprowadzona przez podopiecznych Brendana Rodgersa w sposób wzorowy.

 

 

Wróćmy jeszcze raz do drużyny z Etihad i przyjrzyjmy się jednej konkretnej postaci. Vincent Kompany. Belg pojawia się w tym tekście prawie bez przerwy. Nie ma jednak co się dziwić, bowiem od dłuższego czasu kapitan Manchesteru City gra grubo poniżej swoich możliwości. Jeszcze rok, dwa lata temu mówiło się o nim bez zawahania, że to światowa czołówka na swojej pozycji. Mając to w pamięci, większość szkoleniowców świata kazałaby swoim piłkarzom grać na Eliaquima Mangalę. Francuz póki co nie spełnia pokładanych w nim nadziei i wypadałoby tylko czekać na jego potknięcia. Rodgers uznał jednak, że to Belg jest słabszym ogniwem, że Kompanego łatwiej będzie piłkarsko wypunktować. Założenia te okazały się słuszne – do niedawna kluczowy defensor Obywateli przez całe spotkanie dawał się wyprowadzać w pole tymi samymi zagrywkami, łamał linię obrony, a Coutinho ogrywał go jak dziecko. Obrazu nędzy i rozpaczy dopełnia sytuacja po jednym z rzutów rożnych, gdy kapitan The Citizens przegrał walkę bark w bark z... Raheemem Sterlingiem.

 

Swój egzamin dojrzałości The Reds zdali wzorowo. Podopieczni Brendana Rodgersa z każdym kolejnym spotkaniem udowadniają, że ich wyniki w ostatnich tygodniach nie są dziełem przypadku. Piłkarze The Reds są niepokonani od jedenastu kolejek, dysponują też jedną z najszczelniejszych defensyw ligi w tym okresie. Liverpoolczycy przewodzą tabeli opartej na ostatnich dziesięciu kolejkach, a przecież podejmowali w nich między innymi West Ham, Everton, Tottenham, Southampton i Manchester City właśnie, a więc ekipy z górnej ligowej półki i lokalnego rywala. Imponuje przy tym fakt, iż kadra The Reds jest złożona w większości z wciąż młodych, rozwojowych zawodników. Średnia wieku graczy Liverpoolu w ostatnim spotkaniu? Poniżej 24 lat.

 

 

Zupełnie inaczej sprawy mają się w obozie The Citizens. Manuel Pellegrini nie potrafił załatać dziury po występującym w Pucharze Narodów Afryki Yayi Touré, w wyniku czego cierpiała cała drużyna City. Wystarczy wrócić do wyżej przytoczonej tabeli, by zwrócić na to uwagę. Szejk Mansour musi spoglądać ostatnimi czasy z ogromnym zaniepokojeniem na to, co dzieje się z jego klubem. Trzeci w ligowej tabeli Arsenal ma już tylko cztery punkty straty do błękitnego wicelidera. Manchesterską degrengoladę najlepiej podsumowuje fakt, iż w ciągu ostatnich kilku kolejek strata Liverpoolu do City stopniała z siedemnastu oczek do siedmiu.

 

W tym momencie warto wrócić na kilka chwil do przeszłości. Przez długi czas malowano obraz, wedle którego Liverpool kompletnie zmarnował letnie okienko, kupując piłkarzy zbyt młodych i/lub przepłaconych. Opinia ta oparta była głównie na słabych występach Mario Balotellego i Dejana Lovrena, ale wystarczyło to, by ruszyła medialna maszyna, wytykająca każdego funta wydanego przez Brendana Rodgersa i Johna W. Henry'ego. Co ciekawe, w pierwszej jedenastce na mecz z City wybiegło aż pięciu graczy zakupionych ostatniego lata i każdy z nich – nawet Lovren – wyglądał co najmniej przyzwoicie. Jakby tego było mało, troje z nich to zawodnicy, którzy nie mają nawet 23 lat na karku. Nie takie złe chyba jednak te zakupy, prawda?

 

Czyje ruchy transferowe należałoby więc zganić? Ano Obywateli właśnie. The Citizens rok w rok wydają niezliczone ilości pieniędzy, ale nie przekłada się to na poprawę jakości zespołu. Powodów jest kilka, ja przytoczę dwa najważniejsze. Po pierwsze – młodzi nie mają szansy zbudować sobie solidnej pozycji w drużynie, dostają zbyt mało okazji do gry, jednocześnie wymaga się od nich zbyt wiele na starcie. Matija Nastasić i Jack Rodwell to najlepsze przykłady. Po drugie – wzmocnienia pierwszej jedenastki? W ciągu ostatnich okienek transferowych zaledwie dwa, a i to pobłażliwie licząc – Fernandinho i Mangala. Piłkarze tacy jak Jesus Navas, Fernando czy Stevan Jovetić to przez większość czasu ekskluzywni rezerwowi, podobny los może czekać Wilfrieda Bony'ego. Najlepszym ruchem drużyny z Etihad od maja 2012 roku jest więc najprawdopodobniej... wypożyczenie Franka Lamparda z dopiero powstającego filialnego klubu w Nowym Jorku.

 

 

Premier League można lubić lub nie, ale pierwszego dnia marca byliśmy świadkami świetnego widowiska, okraszonego pięknymi golami Hendersona i Coutinho. Spektakl ten potwierdził panujące ostatnimi czasy trendy w obu zespołach, falę wznoszącą w Liverpoolu i tendencję spadkową w Manchesterze. The Reds wygrali zasłużenie, a Brendan Rodgers zaczyna na nowo udowadniać, że nie jest przypadkowym człowiekiem w tak wielkim klubie. Jeśli Irlandczyk i jego podopieczni utrzymają taką dyspozycję do końca sezonu, finisz na podium będzie jednie formalnością.

 

ARTUR DAVTYAN

TWITTER: @DavtyanR2

 

Źródło grafik: "Match of the Day" (BBC), whoscored.com

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)