Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Gorzka pigułka The Toffees, czyli sezon spisany na straty

Gorzka pigułka The Toffees, czyli sezon spisany na straty

Piłka nożna | 07 marca 2015 21:20 | Artur Davtyan
Roberto Martinez
fot. facebook.com/Everton
Roberto Martinez

O ubiegłym sezonie w wykonaniu Evertonu można mówić w samych superlatywach. Fantastycznie spisywał się zespół jako kolektyw – piąte miejsce w lidze, seria siedmiu zwycięstw z rzędu, wygrana 3:0 nad Arsenalem. Błyszczały również indywidualności – Romelu Lukaku potwierdzał swój wielki talent, światu objawił się Ross Barkley, a finezji atakom nadawał ze skrzydła Kevin Mirallas. Nad wszystkim pieczę sprawował zaś on, Roberto Martinez.

 

Hiszpański szkoleniowiec już w pierwszym roku pracy na Goodison Park zdobył serca fanów The Toffees. Ambicje od początku miał wysokie – na samym starcie przygody z Evertonem padły słowa o wprowadzeniu klubu do Ligi Mistrzów. Gra pod publiczkę? Niepoprawny optymizm? Trudno określić, czym kierował się Martinez składając tę obietnicę, lecz historia pokazuje, że był naprawdę blisko jej spełnienia. Nominacja do nagrody najlepszego trenera Premier League, plotki o zainteresowaniu Barcelony – przez kilka miesięcy Roberto miał świat u stóp.

 

30 milionów funtów. Pieniądze, o których David Moyes swego czasu mógł tylko pomarzyć. Kto wie, czy nie wydał mniej przez całą swoją karierę na Goodison. Szkot z transferami sezon w sezon musiał wychodzić niemal na zero. Chcąc sprowadzić Mirallasa, Pienaara i Oviedo stanął przed koniecznością sprzedaży Jacka Rodwella. Kupując Jelavicia zmuszony był zrezygnować z usług Mikela Artety. Bilyaletdinova, Heitingę i Distina pozyskał uprzednio transferując do Manchesteru City Joleona Lescotta. Era Martineza miała być inna. Koniec z zaciskaniem pasa.

 

Hiszpan większość budżetu przeznaczył na pozyskanie z Chelsea Romelu Lukaku. Belga nikomu specjalnie przedstawiać nie trzeba. Blisko trzydzieści bramek w poprzednich dwóch sezonach Premier League, zaledwie 21 lat na karku, sprawdzony już w Evertonie na wypożyczeniu. Nie było to jedyne wzmocnienie. W klubie pojawili się także Muhamad Besić, Samuel Eto'o, Gareth Barry i Christian Atsu. Z kadry zniknął jedynie wracający do Barcelony Deulofeu. Wszystko wskazywało na to, że Everton znowu będzie się liczył w walce o top4.

 

Skoro mogło być tak dobrze, to dlaczego jest tak źle? Jednym z powodów jest... zła strategia transferowa Martinez wydał 90% udostępnionej mu gotówki na jednego piłkarza, urządzając swoisty pokaz siły. Resztę składu łatał jednak półśrodkami. Barry i Eto'o to piłkarze wiekowi, których forma miała prawo gwałtownie spaść. Atsu to młody chłopak, nieobyty w wielkim futbolu. Podobnie rzecz ma się z Besiciem. Najbardziej zawodzi jednak właśnie Lukaku. Czy 21-latek strzelający 15 bramek we wszystkich rozgrywkach może być zawodem? Owszem, zważywszy na fakt, że tych bramek mógł mieć drugie tyle.

 

Nietrafione transfery nie byłyby tak wielkim problemem, gdyby nie starzejąca się kadra. Niektórzy zaraz rzucą nazwiskami Lukaku, Barkleya czy Stonesa. Na pierwszy rzut oka nie jest źle. Niestety, sytuacja nie jest tak różowa. Oprócz wymienionej trójki w zespole Martineza odnajdziemy tylko czterech graczy, którzy nie przekroczyli jeszcze progu 25 lat. Dla porównania, w ekipie Liverpoolu wyszukamy takich piłkarzy dwunastu, podobnie jak w Tottenhamie.

 

Niedobór młodych uzupełnia więc nadmiar wiekowych. Ilu graczy z trzema dychami na karku ma do dyspozycji Martinez? Dziesięciu. Howard, Jagielka, Alcaraz, Distin, Baines, Hibbert, Barry, Pienaar, Osman, Kone. Do niedawna należał do tego grona również Samuel Eto'o. Wyżej przytoczony Liverpool piłkarzy 30+ ma sześciu. Tottenham – zaledwie trzech. Jak tak dalej pójdzie, Goodison zmieni się w dom spokojnej starości.

 

Nie jest tajemnicą, że wiekowi gracze krócej utrzymują optymalną dyspozycję. Najwyraźniej dla starszyzny Roberto Martineza okres dobrej gry przypadł na pierwsze tygodnie ligi. Start rozgrywek nie był przecież dla Evertonu najgorszy. Po pierwszych dwunastu kolejkach byli na dziewiątej pozycji w tabeli, ale do miejsca czwartego tracili zaledwie dwa punkty. Jedna korzystna kolejka, a znaleźliby się w strefie premiowanej europejskimi pucharami.

 

Fatalną formę Evertonu trudno usprawiedliwić jedynie gorszą dyspozycją bardziej wiekowej części składu i nietrafionymi zakupami. Pierwsza dziesiątka powinna być minimum przyzwoitości dla tego zespołu. Piłkarze The Toffees wydają się jednak jakby tego nie wiedzieć. Dość powiedzieć, iż w ostatnich piętnastu kolejkach lepiej punktowała nawet wyszydzana Aston Villa, której zdarzały się miesiące bez strzelonej bramki. Kolejną szpilką w kierunku sympatyków Evertonu będzie również fakt, iż Liverpool od świąt Bożego Narodzenia zdobył 29 punktów. O jeden więcej, niż podopieczni Martineza przez cały sezon.

 

Czy można więc wytłumaczenia szukać w urazach? Przeważnie tak, ale w niebieskiej części Merseyside nie było ich tak wiele. W różnych momentach sezonu kontuzje nie pozwalały na skorzystanie z usług m.in. Tima Howarda, Jamesa McCarthy'ego, Rossa Barkley'a i Kevina Mirallasa, ale żaden z nich nie opuścił z ich powodu więcej niż sześciu spotkań. Jedynym wyjątkiem z pierwszej jedenastki jest John Stones, młody środkowy obrońca. Jemu przepadło meczów osiem, lecz to wciąż mniej niż choćby 30% dotychczas rozegranych potyczek.

 

Wygląda na to, że za słabą grę piłkarzy Evertonu odpowiada w największej mierze Roberto Martinez. Piłkarze w dużej mierze podstarzali, ale wciąż klasowi, kilka młodych wilczków i uzupełnienia w kwiecie wieku. Nie powinno być aż tak źle. Rok temu trudno zastanawiano się, kto imponuje najbardziej – zabójczo skuteczny Lukaku, niesamowicie kreatywny Mirallas, a może diablo utalentowany Barkley? Kandydatów byłoby wielu. W tym roku o wiele ważniejszą kwestią jest, który z nich zawodzi najbardziej.

 

Mimo wyników grubo poniżej oczekiwań, Roberto Martinez nie musi jeszcze drżeć o swoją posadę. Wciąż ma stosunkowo bezpieczną przewagę nad strefą spadkową, a przed sobą kolejną rundę Ligi Europy. Właściciele Evertonu widzą w byłym szkoleniowcu Wigan trenera na lata i najpewniej dadzą mu kolejną szansę w najbliższej kampanii. Sezon pełen rozczarowań może ostatecznie sprawić, że Hiszpan stanie się lepszym trenerem. Nie od dziś wiadomo, iż człowiek najlepiej uczy się na błędach.

 

ARTUR DAVTYAN

TWITTER: @DavtyanR2

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)