Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Mata zapewnia dublet na Anfield, United powalczą o więcej?

Mata zapewnia dublet na Anfield, United powalczą o więcej?

Piłka nożna | 23 marca 2015 19:59 | Michał Kozera
Gerrard szybko żegna się z udziałem w meczu.
fot. Manchester United / Facebook.com
Gerrard szybko żegna się z udziałem w meczu.

Po minionym sezonie Manchesteru United, kiedy to Liverpool dwukrotnie pokonał odwiecznego rywala, nastroje na Anfield Road były niesamowicie gorące. Jeśli dodać do tego walkę o Top2, świetną formę Liverpoolu bez porażki w lidze od czasów pojedynku z United na Old Trafford i chęć rewanżu przegraną The Reds w rundzie jesiennej, otrzymaliśmy naładowane emocjami widowisko, jakiego oczekiwali kibice.

 

Podczas gdy Manchester dopiero budził się ze snu zimowego i od zaledwie tygodnia oddychał dobrą formą, Liverpool miał za sobą imponującą serię bez ligowej porażki, której początek miał mecz po porażce… z United na Old Trafford. Dość wstydliwe 0:3 ze strony odwiecznego rywala podziałało mocno na drużynę Brendana Rodgersa, a tej zaskoczyły tryby i wszystko zaczęło działać poprawnie. Sam Manchester natomiast taki kubeł zimnej wody otrzymał od Arsenalu w FA Cup. Wygrana z Tottenhamem postawiła ich na nogi oraz pokazała, że po wielu tygodniach bólu można w ekipie zaszczepić zarówno ładną jak i skuteczną grę.

 

Starcie dwóch, równych rywali? Bez wątpienia – The Reds przed tym meczem tracili zaledwie 2 punkty do obecnego na 4, ostatnim miejscu premiowanym grą w Lidze Mistrzów Manchesteru United, Ci natomiast tyle samo tracili do piastującego miejsce drugie Manchesteru City.

 

Spotkanie przebiegło w niezwykle zaciętej atmosferze. Próżno było szukać odpuszczania nogi, nadmiernej kultury czy przerw na oddech – tempo było dość wysokie, a wszystko podgrzewane ogromnym dopingiem z trybun Anfield Road. Te zapewniły 22 piłkarzom na murawie silne doznania, gdy standardowo na początku meczu wyśpiewały „You’ll Never Walk Alone”. Zagrzewanie The Reds do walki miało swój powód, bowiem gospodarze od początku byli pod silną presją rywala i musieli radzić sobie ze śmiało konstruowanymi akcjami ofensywnymi.

 

Nie minął nawet kwadrans, a głośno było już tylko w sektorze gości – Ander Herrera świetnie wypatrzył zbiegającego z prawego skrzydła Juana Matę, posłał piłkę za plecy defensywy, a niski Hiszpan świetnie wykończył akcję słabszą, prawą nogą ładując futbolówkę przy dalszym słupku. Ogromny błąd popełnił tam Moreno, który kompletnie zapomniał o pilnowaniu prawego pomocnika i swobodnie pozwolił mu nie tylko na zejście za plecy, ale też na otrzymanie kluczowego podania.

 

Do przerwy obraz gry niewiele się zmienił. Liverpool był niepewny, dość chaotyczny i nie potrafił odbudować swojej pozycji na boisku. Z boiska gospodarze zeszli bez żadnego strzału celnego mimo 4 prób zaatakowania bramki rywala. Mieli też tylko 40% posiadania piłki i nie wywalczyli ani jednego kornera. Bieda.

 

W drugiej połowie zdarzyło się to, o czym pewnie wszyscy już wiecie. Lallana po starciu z Jonesem musiał opuścić boisko, a w jego miejsce wszedł wielki kapitan Liverpoolu, Steven Gerrard. Jego obecność miała przywrócić równowagę i pewność siebie zawodników – niestety nie było ku temu szansy. Gerrard najpierw zaliczył dość ostre starcie z Matą, gra jednak była kontynuowana z korzyścią dla Manchesteru. Ponownie jednak, kilka sekund później, Herrera wślizgiem bronił piłki przed stratą na rzecz Gerrarda. Nie minęło 45 sekund od wznowienia meczu, a kapitanowi gospodarzy puściły nerwy i nadepnął rywala na piszczel. Za zachowanie otrzymał w pełni słuszną czerwoną kartkę, wywołując salwy śmiechu ze strony każdego, kto tego dnia kibicował ekipie gości. Gerrard w fatalnym stylu naznacza swoje ostatnie sezony w Liverpoolu.

 

The Reds zgodnie z założeniami z szatni zaatakowali śmielej i starali się częściej utrzymywać przy piłce oraz nie pozwalać rywalowi na długie konstruowanie akcji. Na niewiele się to zdało – w 59. minucie ponownie kibicom na Anfield usta zamknął Juan Mata, strzelając wyśmienitego gola nożycami i podwyższając prowadzenie United do dwóch bramek. Asystę zaliczył wprowadzony chwilę wcześniej Angel di Maria, który rozegrał z Hiszpanem dobrą, dwójkową akcję. W obronie rywali po raz kolejny zawalił Moreno, jeszcze raz pozwalając Macie na wbiegnięcie za plecy defensywy.

 

Nie jest tajemnicą, że Louis van Gaal nie potrafi się bronić przy korzystnym wyniku. Pokazał to w 69. minucie Sturridge, zbiegając na prawą stronę pola karnego i uderzając przy bliższym słupku. Piłka lekko otarła się o nogę Jonesa i de Gea nie podołał obronie strzału, tracąc szanse na czyste konto. Szkoleniowiec gości musiał reagować. W myśl teorii „najlepszą obroną jest atak” Holender wprowadził na boisko Falcao, który zmienił Herrerę. Całkiem zmyślnie – jeśli faktycznie drużyna mogła sobie nie poradzić z niemającymi nic do stracenia przeciwnikami, warto było posłać kolejnego napastnika, gotowego na postawienie kropki nad i.

 

Trochę szczęścia miał w tym meczu Mario Balotelli. Włoch wszedł na boisko w 66. minucie za Moreno i mógł dość szybko z niego wylecieć. Minutę po wejściu złośliwie zachował się wobec Jonesa, co poskutkowało żółtą kartką, a kolejne 10 minut później ściągnął Smallinga do parteru za linią boczną. Na swoje szczęście, obaj zawodnicy polecieli aż na bandy reklamowe, a przezorni kibice Liverpoolu piłkarza rywali odepchnęli, a swojego solidnie przytrzymali, ratując go przed wiszącą w powietrzu katastrofą. Wielki szacunek dla tych fanów i podwójne szczęście Liverpoolu, bowiem sędzia zbagatelizował całą sprawę.

 

Jeszcze większe szczęście miał w 56. minucie Phil Jones. Zawodnik United popełnił na lewym skrzydle rażący faul na rywalu, wyraźnie celując w przewinienie taktyczne, a nie w samą futbolówkę. Sędzia był dla niego wspaniałomyślny i pozwolił mu zostać na murawie, chociaż w tej sytuacji piłkarski świat niemal jednogłośnie skłaniał się ku czerwonej kartce.

 

Na tym jednak nie był koniec emocji. Wejście di Marii tchnęło nieco życia w lewą stronę drużyny gości, brakowało jednak jeszcze Argentyńczykowi zgrania. Świetnie natomiast odnalazł się w ostatnich minutach Blind, który wpadł w pole karne i pozwolił Emre Canowi przesadzić z próbami odbioru piłki, co poskutkowało słusznym rzutem karnym w doliczonym czasie gry. Na nieszczęście kibiców z Manchesteru, Simon Mignolet okazał się lepszy od Wayne’a Rooneya, podsumowując dość słaby występ napastnika Czerwonych Diabłów. Dlaczego to on, a nie Mata, wykonywał jedenastkę? Hiszpan owszem, mógł poprosić o karny by skompletować hat tricka, jednak wiemy jak skromnym zawodnikiem jest Mata – szukał trzeciego gola, ale dla drużyny, nie na własne konto. Rooney natomiast od 10 lat nie zdobył bramki na Anfield i miał szansę przełamania się. Niestety, fatum trwa i kolejna szansa będzie dopiero w przyszłym sezonie.

 

Na koniec wyraz swojej frustracji postanowił wyrazić Martin Skrtel. Słowak w ostatnich sekundach spotkania zasiedział się w ataku i wspólnie z Davidem de Geą ruszył do prostopadłego podania w pole karne. Bramkarz był przy futbolówce szybciej o niejeden krok, jego rywal jednak zamiast przeskoczyć Hiszpana, nadepnął go na piszczel. Sędzia w tym momencie odgwizdał koniec spotkania nie fatygując się już po kartonik, jednak zachowanie to zbada FA i może spodziewać się 3 spotkań zawieszenia.

 

Bez wątpienia Juan Mata „zrobił mecz” Manchesterowi United, jednak warto wskazać jeszcze przynajmniej dwie ważne postacie z – a jakże – środka pola. Pierwszą jest Fellaini, który świetnie ustawił balans między ofensywą a defensywą, wspierając obie formacje i kładąc pressing na całej szerokości środka pola. Uzupełniał go w tym doskonale Herrera, tworząc żywiołowy, pełen kreatywności duet z Matą, czego efektem jest m.in. asysta.

 

Czy ten mecz ustalił skład obecnej pierwszej czwórki? Nie. Przed United jeszcze Chelsea, City, Arsenal i wiele mniejszych szans na potknięcie. Louis van Gaal ma najlepszy wynik meczów z drużynami top 5, ale wyraźnie traci w pojedynkach ze słabszymi rywalami. Stracić punkty można wszędzie. Arsenal pokazał to sezon temu, wyraźnie spadając z czołówki na 4. miejsce, a City musi się mieć na baczności, bowiem zamiast pogoni za Chelsea muszą teraz, na wskutek własnych błędów, patrzeć przez ramię na pogoń rywali. A z tyłu, z 5 punktami straty do top 4 znajduje się Liverpool, który po cichu może jeszcze się odbudować i narobić zamieszania na koniec.

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)