Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Wyblakły hit we Wrocławiu. Śląsk wygrywa pierwszy raz w tym roku

Wyblakły hit we Wrocławiu. Śląsk wygrywa pierwszy raz w tym roku

Piłka nożna | 18 kwietnia 2015 17:58 | Przemysław Drewniak
Marco Paixao cieszy się z pierwszej wiosennej wygranej Śląska
fot. Superstar.com.pl/Marcin Karczewski
Marco Paixao cieszy się z pierwszej wiosennej wygranej Śląska

Pamiętacie programy telewizyjne, w których ktoś opowiada dwie różne historie, a druga osoba ma zdecydować wybrać tą prawdziwą? Zabawmy się w ten sposób podsumowując mecz Śląska z Lechią, którego okoliczności i wynik nie przystają do tego, co obejrzeliśmy w sobotnie popołudnie we Wrocławiu.


Pierwsza wersja zdarzeń może się nasunąć temu, kto nie oglądał meczu i zapoznał się jedynie z jego wynikiem lub skrótem z bramkami. Starcie dwóch drużyn z czołowej ósemki, jakby nie było dwóch wielkich firm Ekstraklasy, zakończone zwycięstwem Śląska 3:0. Popis drużyny Tadeusza Pawłowskiego! Deklasacja, totalna dominacja nad Lechią, która przecież dopiero co wygrała z mistrzem Polski. Ładne, szybkie i kombinacyjne akcje, no i przełamanie Marco Paixao. No, Śląsk z przytupem wraca do gry. A może jeszcze włączy się w walkę o mistrzostwo Polski?


Cóż, chcielibyśmy, by rzeczywistość była tak kolorowa. Bo tak naprawdę we Wrocławiu obejrzeliśmy wyblakły hit, w dodatku w słabej oprawie (kibice zapełnili 1/4 stadionu). Śląsk był lepszy od Lechii, ale jednak nie na tyle, by przewaga trzech bramek oddawała przebieg meczu. Owszem, Tadeusz Pawłowski może wyciągnąć po tym pojedynku sporo plusów: waleczność i zaangażowanie Marco Paixao, lepszą grę w środku pola, solidną postawę w defensywie, no a przede wszystkim smak zwycięstwa, którego we Wrocławiu nie zaznali już od dawna. Długimi momentami gra Śląska przypominała jednak to, co widzieliśmy w ostatnich spotkaniach. Nie było płynności w ofensywie, brakowało rozgrywającego, Robert Pich miewał jedynie przebłyski, a Flavio Paixao praktycznie nie istniał. Nawet gol jego bliźniaka był nieco kuriozalny, bo po podaniu Krzysztofa Ostrowskiego Portugalczyk źle trafił w piłkę, a mimo to skierował ją do siatki.


Śląsk wygrał przede wszystkim dlatego, że skorzystał ze słabości Lechii, która miała widoczne braki w każdej formacji. Jerzy Brzęczek już przed spotkaniem drżał o defensywę, bo z powodu kontuzji nie mogli zagrać Jakub Wawrzyniak i Grzegorz Wojtkowiak, a Mavroudis Bougaidis wypadł z gry w przerwie i na boisku musiał się pojawić anonimowy Rudinilson. Bez doświadczonych piłkarzy obrona Lechii całkowicie zmieniła swoje oblicze – często mylił się Gerson, Marcin Pietrowski sprokurował rzut karny, a Śląsk jak tylko zdołał podkręcić tempo i rozegrać składną akcję, to od razu stwarzał groźną sytuację.


Nie lepiej było w drugiej linii. Medialny hype towarzyszył powrotowi do Wrocławia Sebastiana Mili, który rozegrał jednak słabe spotkanie. Pokazał kilka przebłysków w postaci trzech kluczowych podań, ale tak jak Stojan Vranjes przez większość spotkania pozostawał niewidoczny. W akcjach Lechii było bardzo dużo niedokładności, chaosu i prowadzenia piłki, a solidny w defensywie Śląsk (Pawełek, Celeban, Hołota) nie miał problemów z ich rozbijaniem. Jedynym, który ten bałagan potrafił momentami "ogarnąć", był Ariel Borysiuk. Dziwną decyzję w drugiej połowie podjął Brzęczek, ściągając go z boiska kosztem Bruno Nazario. Roszada niby ofensywna, ale wcale nie sprawiła, że Lechia zwiększyła swoją siłę rażenia.


Wspomniany lepszy fragment gry gdańszczan? Mógł nawet zakończyć się golem, ale Piotr Grzelczak po znakomitym podaniu Antonio Colaka przegrał pojedynek jeden na jeden z Mariuszem Pawełkiem. Gdańszczanie pewnie powiedzą, że gdyby wykorzystali tę sytuację, to mecz mógłby wyglądać inaczej, ale problem leży gdzie indziej. Drużyna Brzęczka wciąż nie wypracowała takiej powtarzalności i jakości, by utrzymać równy, solidny poziom przez 90 minut. We Wrocławiu nie udało się to nawet przez pół godziny. 


Czekamy na moment, w którym starcia Śląska z Lechią będą wizytówką naszej Ekstraklasy. Kluby z Wrocławia i Gdańska łączy wiele: duże miasta, piękne obiekty, pokaźne kibicowskie zaplecze, ale też przede wszystkim niewykorzystany piłkarski potencjał. I niewiele wskazuje na to, by to ostatnie miało się w najbliższym czasie zmienić.


Swoją drogą to niesamowite, że Śląsk wygrał dopiero pierwszy wiosenny mecz, a już wrócił na podium i pozostanie na nim, jeśli swojego meczu nie wygra Jagiellonia. Takie rzeczy tylko w Ekstraklasie.


Oceny SPORT4FANS (w skali 1-10):

 

Śląsk Wrocław: Mariusz Pawełek (7) - Paweł Zieliński (5), Mariusz Pawelec (5), Piotr Celeban (7), Krzysztof Ostrowski (6) - Flavio Paixao (4), Tomasz Hołota (6), Krzysztof Danielewicz (5), Mateusz Machaj (5), Robert Pich (6) - Marco Paixao (5). 
Rezerwowi: Peter Grajciar (4), Konrad Kaczmarek i Karol Angielski zagrali zbyt krótko, by ich ocenić. 

 

Lechia Gdańsk: Mateusz Bąk (5) - Marcin Pietrowski (4), Rafał Janicki (4), Gerson (3), Mavroudis Bougaidis (4) - Maciej Makuszewski (4), Ariel Borysiuk (6), Stojan Vranjes (4), Sebastian Mila (4), Piotr Wiśniewski (4) - Antonio Colak (4).

Rezerwowi: Rudinilson (5), Bruno Nazario (4), Daniel Łukasik grał zbyt krótko, by go ocenić.

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)