Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Renesans futbolu w Stoke

Renesans futbolu w Stoke

Piłka nożna | 27 maja 2015 14:20 | Artur Davtyan
Peter Crouch i Mark Hughes
fot. facebook.com/stokecity
Peter Crouch i Mark Hughes

Zwolnienie Tony'ego Pulisa ze Stoke City można było uznać za małą sensację. Charyzmatyczny Walijczyk wprowadził The Potters do Premier League i co sezon gwarantował utrzymanie, wynik na miarę potencjału wydawałoby się. Jakby tego było mało, jego następcą został Mark Hughes, niecały rok po skompromitowaniu się w roli menedżera Queens Park Rangers. Jak argumentowali ten ruch włodarze klubu? Ambicjami. Wtedy brzmiało to śmiesznie, z perspektywy czasu pozostaje tylko pokłonić się ich piłkarskiej intuicji.

 

Droga na salony

 

Nie ulega wątpliwości, iż w Stoke–on–Trent wiele zawdzięczają Pulisowi. Walijski szkoleniowiec prowadził Garncarzy 10 lat (2002-2013), z roczną przerwą w Plymouth Argyle w rozgrywkach 2005/2006. Pulis od momentu przejęcia klubu regularnie umacniał jego pozycję w angielskiej drugiej lidze, pierwszy sezon kończąc na 21 miejscu Football League Division One, by już w kolejnych dwóch sezonach nie spaść poniżej pozycji 12. Wtedy na Britannia Stadium podziękowano mu za współpracę po raz pierwszy. Powód – brak obycia z zagranicznym rynkiem transferowym i poszukiwanie menedżera z bardziej „europejskim” stylem gry. Brzmi znajomo.

 

Po rocznym rozbracie i stosunkowo udanym sezonie w Plymouth drogi Pulisa i The Potters zeszły się na nowo, z nowym właścicielem i zarządem, na którego czele do dziś stoi Peter Coates, prywatnie przyjaciel walijskiego menedżera. Warto wspomnieć, że Coates również wracał wtedy do klubu, bowiem już wcześniej, w latach 1989-1997, był większościowym udziałowcem klubu.

 

Peter Coates i Tony Pulis po powrocie Walijczyka do Stoke, 2006

 

W pierwszym sezonie po powrocie Pulis był bliski wejścia do baraży o Premier League. Kampanię 2006/2007 Stoke zakończyło na ósmym miejscu, zaledwie dwa punkty za szóstym Southampton i trzy oczka za czwartym West Bromwich. Przed kolejnym sezonem poczyniono sporo wzmocnień, a dwa najważniejsze do dziś odgrywają ważną rolę w drużynie z Britannia Stadium – Glenn Whelan sprowadzony został z Sheffield Wednesday za £0.5m, zaś Ryan Shawcross, obecny kapitan Garncarzy, wyciągnięty został z Manchesteru United w wieku 19 lat za okrągły £1m.

 

Sezon 2007/2008 zakończony został sukcesem. Klub z „najbrzydszego miasta Anglii” ukończył Championship na drugim miejscu, premiowanym bezpośrednim awansem na najwyższy szczebel rozgrywek. Przewaga nad grupą barażową wyniosła bezpieczne pięć punktów, przy dużym zapasie w bilansie bramek. Obecność Stoke City w Premier League stała się faktem, ku przerażeniu kruchych kości wszelkich rywali.

 

Joga Bonito? Niezupełnie

 

Stabilność. To słowo najlepiej podsumowuje wyniki The Potters w pierwszych pięciu latach po promocji do Premier League. W sezonie 2012/2013 można było wyczuć pewną tendencję spadkową, od 01.12.2012 podopieczni walijskiego menedżera wygrali zaledwie cztery mecze, lecz nawet wtedy udało im się bezpiecznie utrzymać.

 

 

Wszystkie sezony Stoke pod wodzą Tony'ego Pulisa w Premier League. (RZ - strefa spadkowa)

 

Różnica między najlepszym i najgorszym sezonem, przyjmując kryterium pozycji w tabeli, to 3 miejsca. Jeśli popatrzymy zaś na zdobyte punty – 5 oczek. Ligowy średniak to określenie skrojone w sam raz dla Garncarzy z tamtego okresu.

 

Kompilacja słynnych wyrzutów z autu Rory'ego Delapa w erze Tony'ego Pulisa.

 

Pierwszy obraz, który przychodzi kibicowi na myśl widząc Stoke, to Rory Delap, ścierka przyszyta pod koszulką i legendarne już wyrzuty z autu w pole karne. Irlandzki prawy obrońca stał się symbolem klubu z Britannia Stadium, a ogół ówczesnych podopiecznych Pulisa ucieleśnieniem stereotypowej brytyjskiej myśli szkoleniowej – setki dośrodkowań, gra na ścianę, brutalne faule i radość z wywalczonych rzutów karnych rożnych. Garncarze szybko zostali ważną częścią bogatego folkloru Premier League, przez jednych kochani za swoją bezkompromisowość, przez innych znienawidzeni za futbolowe prostactwo.

 

Przykładowa jedenastka preferowana przez Pulisa.

 

Tak prezentowała się przeciętna jedenastka Stoke City w sezonie 2012/2013, ostatnim pod wodzą Pulisa. Wyspiarskość wręcz wylewała się z tego zespołu. Miało to swój urok, trudno temu zaprzeczyć, ale szufladkowało zespół i dawało nikłe szanse rozwoju. W sytuacji, gdy Southampton kupuje piłkarzy Romy i Celtiku, Sunderland sprowadza rezerwowego Juventusu, a Newcastle regularnie wyciąga ciekawych piłkarzy z Ligue 1, można zacząć się obawiać o przyszłość klubu.

 

Potrzeba zmian

 

Ambicje Coatesa i spółki były duże. Postawiono wszystko na jedną kartę, w momencie zwolnienia Tony'ego Pulisa nie było nawet gotowego żadnego zastępstwa. W pewnym momencie pojawiły się plotki o możliwym poprowadzeniu The Potters przez... Rafaela Beniteza. W Stoke po raz kolejny pojawiła się chęć dostosowania do europejskiego stylu gry i eksplorowania rynku transferowego poza granicami Wysp Brytyjskich. W przekonaniu tym włodarze klubu byli na tyle wytrwali, że odważyli się postawić na Marka Hughesa, notabene kolejnego Walijczyka, ku zażenowaniu większości środowisk sportowych Wielkiej Brytanii.

 

Styl gry póki co pomińmy, podobnie osobę aktualnego szkoleniowca Stoke, skupmy się na nowej polityce transferowej. Stoke jako zespół zdecydowanie mniej medialny niż ekipy pokroju Evertonu i West Hamu dysponuje znacząco mniejszym budżetem. Wraz z gwałtownym wzrostem wpływów z transmisji telewizyjnych, ceny brytyjskich graczy również mocno poszły w górę i kontynuowanie filozofii Pulisa byłoby nie tylko nieopłacalne sportowo, ale i finansowo. W dzisiejszym futbolu The Toffees wolną ręką mogą wydać £28m na Romelu Lukaku, a The Hammers płacą £12m za Ennera Valencię. Mało tego, kilkunastomilionowe transfery są już czymś powszechnym w Championship. Bohaterowie tego tekstu zaś w ostatnich dwóch latach wydali na czysto... £2m. Słownie: dwa miliony, a skok jakościowy jest niesamowity.

 

Definitywne transfery Stoke w ostatnich dwóch letnich okienkach transferowych.

 

Bojan Krkić, Mame Biram Diouf, Marko Arnautović, Erik Pieters i Marc Muniesa to nazwiska, które ciężko powiązać z angielskim kick and rush. Mamy tu piłkarzy z przeszłością w młodzieżówkach Barcelony i uznanych europejskich firmach, zawodników wciąż stosunkowo młodych, z potencjałem na kilka lat gry na wysokim poziomie. Ruchy kojarzące się bardziej z klubem celującym w Ligę Europy, niż ekipą dotychczas nastawioną na miejsca 11-17. Każdy z wymienionych graczy jest dziś wartościowym członkiem składu Garncarzy i ma swoje grono wielbicieli nad rzeką Trent. Rodzynki pokroju Stephena Irelanda czy Steve'a Sidwella są aktualnie jedynie uzupełnieniami, nie piłkarzami na których chce się opierać drużynę.

 

Gol Bojana na 1:0 w wygranym 2:1 meczu Stoke z Tottenhamem.

 

Nawet najlepsze transfery nie gwarantują niczego, jeśli nie potrafi się z nich odpowiednio korzystać (słyszy mnie pan, panie Rodgers?). Hughes nie bał się oprzeć drużynę na wyśmiewanym już „wiecznym talencie” Bojana Krkicia, a ten w nowym otoczeniu, pod dużo mniejszą presją okazał się być jednym z największych pozytywnych zaskoczeń pierwszej części sezonu. Dwie szanse stwarzane na mecz, średnio ponad trzy udane dryblingi, łącznie w 1200 ligowych minut 4 gole i asysta, na rozkładzie między innymi Arsenal i Tottenham. Kto wie, czy The Potters nie byliby jeszcze wyżej w tabeli, gdyby Hiszpan nie zerwał więzadeł krzyżowych w styczniu.

 

Stokealona Marka Hughesa

 

Walijski szkoleniowiec przed dwoma laty miał co najmniej nieprzychylną prasę. Roztrwonił ogromne pieniądze w Queens Park Rangers, skąd zwolniony został jeszcze w listopadzie 2012 roku i raczej nie mógł mieć nadziei na poprowadzenie jakiegokolwiek poważnego klubu w najbliższej przyszłości. Oferta Stoke musiała być szokiem nawet dla niego. Ciężko powiedzieć, co kierowało Coatesem i resztą zarządu klubu z Britannia Stadium, jednak wszystko zweryfikowało boisko i już w pierwszej kampanii Hughes wykręcił rekordowe, dziewiąte miejsce. Garncarze po raz pierwszy w historii znaleźli się w pierwszej dziesiątce Premier League. Rok później Walijczyk ten wyczyn powtórzył, pieczętując sezon wielkim zwycięstwem 6:1 nad upadającym Liverpoolem Brendana Rodgersa.

 

Porównanie najlepszego sezonu Pulisa z dotychczasowymi dwoma Hughesa.

 

Ciężko zlekceważyć znaczącą zmianę w stylu gry The Potters. Już w rozgrywkach 2013/2014 Garncarze podwoili liczbę bramek strzelonych z otwartej gry względem sezonu 2012/2013 – z zaledwie 14 zrobiło się ich 29. Crouch i spółka strzelali częściej, skuteczniej i efektowniej, odcinając się powoli od wizerunku piłkarskich ułomków. Widać to było również w golach zdobytych po stałych fragmentach. W ostatnim sezonie Tony'ego Pulisa w Stoke strzelano tak częściej niż z otwartej gry, aż 15 razy. Jego następca nad rzeką Trent odwrócił ten trend – w ubiegłych dwóch latach łącznie tych goli było zaledwie 13.

 

Bramka Erika Pietersa na 1:0 w wygranym 2:0 przedsezonowym sparingu z Betisem.

 

Pod wodzą Marka Hughesa Garncarze stali się zespołem, który naprawdę dobrze gra piłką. Aktualnie podopieczni Walijczyka wymieniają skutecznie ponad 280 krótkich podań na mecz. Wcześniej było ich zaledwie 200. Jest płynniej, celniej i przyjemniej dla oka. The Potters w ubiegłym sezonie posiadali piłkę przez 50.4% czasu, a więc większość swojej boiskowej egzystencji. Piłkarze z Britannia Stadium dryblują odważniej niż ich koledzy z Southampton, uderzają na bramkę częściej niż w Swansea, a goli z otwartej gry zanotowali więcej niż pretendujący do gry w Lidze Mistrzów Tottenham i Liverpool.

 

Mimo większego nastawienia na ofensywę, w „najbrzydszym mieście Anglii” nie zapomniano, jak bronić dostępu do własnej bramki, nie zawsze zgodnie z przepisami. Najlepszy pod tym względem wynik Tony'ego Pulisa to 45 bramek straconych w rozgrywkach 2012/2013. Mark Hughes w poprzednim sezonie osiągnął dokładnie ten sam wynik i był to szósty najlepszy rezultat w lidze. The Potters w dalszym ciągu są też ścisłą czołówką w tak niechlubnych statystykach jak liczba złapanych kartek i popełnianych fauli. W pozytywniejszej już statystyce, wygranych pojedynkach w powietrzu, przebiło ich tylko Burnley.

 

Co dalej?

 

Projekt rozwijany nad rzeką Trent okazuje się być dużym sukcesem. Drużyna gra efektownie i efektywnie, transfery przeprowadzane są mądrze i niskim kosztem, a sam klub cieszy się coraz lepszą renomą, zarówno wśród kibiców, jak i piłkarzy. Mark Hughes w marcu podpisał nowy kontrakt, obowiązujący przez najbliższe cztery lata i nie wygląda to na złą decyzję. Kto wie, czy przy odrobinie szczęścia Walijczyk nie stanie się dla Garncarzy tym, kim David Moyes był dla Evertonu. Po dwóch latach rzetelnej pracy widać, że ma ku temu wszelkie predyspozycje.

 

Artur Davtyan
Twitter: @DavtyanR2

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)