Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Historia jak z taniej komedii romantycznej. Kolumbia 2001

Historia jak z taniej komedii romantycznej. Kolumbia 2001

Piłka nożna | 14 czerwca 2015 16:53 | Damian Wiśniewski


Często mówi się, że przebieg danego meczu / turnieju nie wyreżyserowałby największy fachowiec w tej dziedzinie. Dariusz Szpakowski na przykład po legendarnym starciu Manchesteru United z Bayernem Monachium powiedział, że sam Hitchcock by tego nie wymyślił. Zdarzają się jednak takie wydarzenia, że to stwierdzenie zdaje się średnio pasować. Historia Copa America 2001 przypominała raczej tanią komedię romantyczną.


Puchar Pokoju


Żeby zrozumieć to, jak wielkim wydarzeniem dla mieszkańców Kolumbii był triumf w tym turnieju, musimy cofnąć się do ostatnich tygodni przed meczem otwarcia. W kraju panowały bardzo napięte nastroje, z powodu wojny domowej chciano nawet przenieść organizację mistrzostw do innego kraju. Blisko przejęcia były Brazylia i Wenezuela. Można sobie zadawać pytanie, dlaczego Kolumbia od wielu lat jest w stanie wojny domowej, a w okresie o którym mowa sytuacja była wyjątkowo napięta. Ostatecznie turniej rozegrano tam, gdzie miano to zrobić pierwotnie.


Przed turniejem popularne było hasło „Puchar Pokoju”. Nie trzeba się szczególnie rozwodzić nad definicją, wszyscy wiemy o co chodziło. Piłkarze, trenerzy, dziennikarze i wreszcie rozbici na co dzień mieszkańcy Kolumbii mieli ogromne nadzieje na to, że turniej zjednoczy kraj i wszyscy razem będą potrafili doprowadzić do sukcesu.


Nie był to jednak koniec kłopotów z organizacją. Z gry w turnieju postanowiła się wycofać Argentyna, czyli najsilniejszy wtedy zespół w Ameryce Południowej, o czym świadczy chociażby wyraźny triumf w eliminacjach do mundialu w Korei i Japonii (dwanaście punktów przewagi nad drugim zespołem). Zaproszona wcześniej Kanada również postanowiła nie przyjechać i w ostatniej chwili udało się namówić Honduras i Kostarykę. Meksyk uzupełnił już wcześniej stawkę zaproszonych i można było zaczynać grę.


Zaproszenia trafiły pod dobre adresy


Niejeden był zapewne zawiedziony tym, że z turnieju wycofała się Argentyna, niejeden żałował także, że ostatecznie zabrakło Kanady (ta chwilę wcześniej wygrała pierwszy raz w historii Złoty Puchar CONCACAF). W trakcie turnieju wszyscy mogli się jednak przekonać, że te absencje udało się świetnie zastąpić. Wszystkie ekipy spoza Ameryki Południowej biorące udział w kolumbijskim turnieju odegrały bardzo ważne role.


Kostaryka odpadła po zaciętym ćwierćfinale z Urugwajem, ale wcześniej zdołała wygrać swoją grupę i pokazać się z bardzo dobrej strony. Wyróżniał się przede wszystkim Paulo Wanchope, który aż pięciokrotnie umieszczał piłkę w bramce rywali i kto wie, może gdyby nie to, że do rozegrania miał tylko cztery spotkania, to zostałby królem strzelców, a tak musiał się zadowolić drugą lokatą.

 


Jedną z największych sensacji turnieju z całą pewnością była bardzo krótka przygoda Brazylijczyków. Canarinhos co prawda przyjechali bez kilku gwiazd, jak choćby Ronaldo, Rivaldo, Cafu, czy Ronaldinho, ale biorąc pod uwagę okoliczności, i tak byli uznawani za faworytów. W skaldzie znaleźli tacy piłkarze jak Roque Junior, Emerson i Denilson. Byli oni uzupełniani graczami z krajowej ligi, ale i wśród nich znajdziemy kilka nazwisk, które już po chwili miały zawojować Europę. Dida, Juliano Belletti, Juninho Pernambucano. To nie byli gracze przypadkowi, jednak swoją przygodę z turniejem zakończyli już na ćwierćfinale. Tam sensacyjnie przegrali z Hondurasem, czyli kolejną z zaproszonych ekip.


Ostatnim zaproszonym zespołem był Meksyk. Drużyna prowadzona przez Javiera Aguirre przystąpiła do gry dość mocno zmobilizowana i widać to było w każdym spotkaniu, choć oni również grali bez kilku znanych zawodników (zabrakło chociażby Claudio Suareza i Luisa Hernandeza). Do meczu z Brazylią podchodzili mając w głowie już przygotowania do spotkań eliminacyjnych do mundialu 2002 i zwyciężyli. Nie przeszkadzało im to, że do kolumbijskiego turnieju przygotowywali się bardzo krótko, a ich skład nie należał do najmocniejszych. Dojechali aż do samego finału, a wśród powołanych znalazł się Rafael Marquez, którego oglądać możemy również podczas tegorocznego Copa America.


Rodzynek z Mediolanu


W składzie powołanym na tegoroczny turniej widnieje aż 15 piłkarzy, którzy na co dzień grają w europejskich klubach. W 2001 roku reprezentacja Kolumbii miała zaledwie jednego zawodnika grającego na starym kontynencie. Jeden Ivan Cordoba, który już wtedy grał w Interze, i 21 zawodników głównie grających w lidze kolumbijskiej, kilku w argentyńskiej i jeden z meksykańskiej.


Cordoba był wtedy bardzo ważną postacią dla swojego teamu, ale chyba nikt się nie spodziewał, że wpływ jak wywrze na swoich kolegach będzie aż tak ogromny. Trudno nawet założyć, żeby on sam brał coś takiego pod uwagę. Tymczasem nie dość, że dowodzona przez niego linia defensywy nie dopuściła do utraty choćby jednego gola we wszystkich meczach, to jeszcze on sam zdobył najważniejszą bramkę turnieju. Trafienie głową w finale z Meksykiem zapewniło zdobycie trofeum, które on sam jako kapitan uniósł w górę.

 


Po tym Copa America jeszcze przez wiele lat grał w Interze i zdobył z nim wszystko, co było do zdobycia. Mistrzostwo, Puchar Włoch, Ligę Mistrzów, Klubowe Mistrzostwo Świata. Stał się prawdziwą legendą tego klubu, w którym nawet po zakończeniu kariery ma swoje miejsce. Z reprezentacją jednak nie wiodło mu się już nigdy tak dobrze, jak podczas lata 2001 roku.


To było jak dotknięcie nieba


To wydaje się nieprawdopodobne, nawet po upłynięciu czternastu lat. Kolumbia zagrała na tym turnieju sześć spotkań i nie straciła ani jednego gola. Sześć meczów, sześć zwycięstw, jedenaście goli strzelonych, zero straconych. Nic dziwnego, że piłkarze wspominają to jako coś nieprawdopodobnego.


Wszyscy podkreślają, że ten sukces był możliwy przede wszystkim dzięki temu, że Kolumbia potrafiła się na okres tego meczu zjednoczyć. Zawodnicy opowiadają o ogromnym wsparciu ze strony kibiców, ale także o ogromnej presji, jaka płynęła z tego powodu. Puchar Pokoju, ale wszyscy pamiętali, co stało się z Escobarem po mundialu w Stanach Zjednoczonych, a grany był przecież tylko siedem lat wcześniej.


- Zdobycie tego tytułu było jak dotknięcie nieba własnymi rękoma. Każdy Kolumbijczyk mógł się poczuć częścią czegoś wielkiego, że on również miał w tym udział. Tak, jakby faktycznie wybiegł na boisko. To było magiczne. Widok tych wszystkich fanów z nadzieją w oczach sprawiał, że nawet najwięksi cynicy, jak ja, uwierzyli w ten sukces – wspomina tamten okres Camilo Vargas, aktualny pierwszy bramkarz Kolumbii.

 


W pierwszym meczu turnieju Kolumbia pokonała 2:0 Wenezuelę i wielu teraz twierdzi, że właśnie w tym spotkaniu narodziła się w tej reprezentacji mentalność zwycięzców. Doceniliśmy wkład w to Ivana Cordoby, trudne nie docenić wkładu Oscara Cordoby. Bramkarz ten bronił w pięciu z sześciu spotkań na tym turnieju i to on jest w dużej mierze odpowiedzialny za fakt zachowania czystego konta we wszystkich spotkaniach.


- Wiedzieliśmy, że publiczność w każdej chwili może się stać tak samo negatywnie do nas nastawiona, jak i pozytywnie. Presja niejednokrotnie pęta nogi zawodnikom, ale my mieliśmy doświadczony zespół, wiedzieliśmy jak sobie z tym radzić – mówił o tym turnieju Oscar Cordoba.


Żaden kraj nie potrafi walczyć tak, jak nasz


Wielkiego triumfu Kolumbii nie było na pewno, gdyby nie świetna dyspozycja Víctor Aristizábala. Napastnik, który strzelił na tym turnieju sześć goli, nigdy wcześniej ani później nie należał do ścisłej światowej czołówki. Nie udało mu się zagrać w Europie, a cały jego strzelecki dorobek w reprezentacji wynosi łącznie piętnaście trafień. Na tym turnieju był jednak w wybitnej formie. Poprowadził zespół to paru ważnych zwycięstw i zapewnił sobie status legendy i pseudonim „La leyenda del gol”.


Trudno się dziwić, że po ostatnim meczu w euforii był cały kraj, nie tylko piłkarze. – Piłka nożna jest cudowna. Sprawiła, że cały kraj na czas turnieju zapomniał o swoich problemach i potrafił się skupić na wspieraniu swojej drużyny. To naprawdę fantastyczne – mówił Francisco Maturana, selekcjoner reprezentacji Kolumbii.

 


Nie obyło się oczywiście bez deklaracji oficjeli. Ówczesny prezydent Andres Pastrana powiedział nawet: „Żaden kraj nie potrafi walczyć tak, jak nasz. Ma nadzieję na to, że ten triumf to ogromny krok w kierunku osiągnięcia pokoju”. Cóż, wojna domowa w Kolumbii jak trwała czternaście lat temu, tak trwa nadal i ten turniej tego nie zmienił. Faktem jednak jest, że Kolumbia pokazała w 2001 roku ogromny charakter i wolę walki, co pozwoliło jej na zdobycie pierwszego i jak dotąd jedynego triumfu w Copa America.

 

***


Na tegorocznym Copa America Kolumbia wydaje się być jednym z faworytów. Ćwierćfinalista z ubiegłorocznego mundialu wzmocniony (mimo wszystko) Radamelem Falcao i napędzany będącym w świetnej formie Jamesem Rodriguezem. Czternaście lat temu kadra nie miała aż takiego potencjału, ale miała to, co do osiągnięcia sukcesu jest niezbędne. Fantastyczna organizacja gry oraz pierwiastek szczęścia.


Tamta drużyna i cały turniej są już owiane legendą. To jak w komedii romantycznej, gdzie zawsze wszystko dobrze się kończy, mimo wielu przeciwności. Społecznie Kolumbia jakoś szczególnie nie wygrzebała się z kryzysu, ale na tych kilkanaście dni potrafiła zapomnieć o kłopotach i wzneść w górę puchar. Aż jesteśmy bardzo ciekawi, jak będzie wyglądało w tym roku. Apetyty na pewno są ogromne.


DAMIAN WIŚNIEWSKI
TWITTER:
@Wisniewski_D2

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)