Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Ostatni, który poprowadził Argentynę do triumfu

Ostatni, który poprowadził Argentynę do triumfu

Piłka nożna | 26 czerwca 2015 08:22 | Damian Wiśniewski


W czasach Leo Messiego Argentyna wyrasta na faworyta każdego turnieju, w którym ma dane wystartować. Za każdym razem kończy się to jednak rozczarowaniem, nawet przed rokiem, kiedy Albicelestes dotarli do finału brazylijskiego mundialu. Od 1993 roku Argentyńczycy nie są w stanie osiągnąć niczego ważnego na arenie międzynarodowej.


Rok 1993. Wtedy po boisku biegali jeszcze tacy piłkarze jak Gabriel Batistuta, Diego Maradona (choć jego na ostatnim wygranym Copa America nie było), Fernando Redondo czy Diego Simeone. To bohaterzy, których każdy przeciętny kibic piłki nożnej zna doskonale i potrafi z miejsca wyrecytować ich najważniejsze sukcesy. Ale dzisiaj nie o nich. Dzisiaj będzie o kimś, bez kogo sukcesów Argentyńczyków w latach 90. pewnie nie byłoby wcale, ale też o kimś, o kim aż tak głośno na naszym kontynencie od tamtej pory nie było.


Co gdyby nie jedna złamana noga?


Sergio Goycochea, bo nim mowa, kariery w Europie wielkiej nigdy nie zrobił. Co więcej, gdyby nie odrobina jego szczęścia (a zarazem nieszczęścia jego kolegi ze składu), mógłby nigdy nie zostać legendą swojej drużyny narodowej.


To była jedenasta minuta meczu drugiej kolejki fazy grupowej mundialu we Włoszech. Z pozoru niezbyt groźna wrzutka z lewej strony boiska i tragiczny jej finał. Radzieccy piłkarze co prawda nie wpakowali piłki do bramki, ale Nery Pumpido zderzył się ze swoim kolegą z drużyny, Claudio Garcią, w wyniku czego złamał nogę. Cztery lata wcześnie był jednym z bohaterów, architektów zdobytego mistrzostwa w Meksyku, teraz miał zakończyć swój występ na drugim meczu.


To był moment zwrotny nie tylko dla bohatera naszej opowieści, ale dla całej reprezentacji Argentyny. W pierwszym swoim meczu na włoskim turnieju obrońcy trofeum przegrali sensacyjnie z Kamerunem 0:1, a przy golu, którego strzelił Omam-Biyik nie popisał się Pumpido. Piłka po lekkim strzel głową Kameruńczyka powinna spokojnie wpaść w jego ręce, ale on przepuścił ją do bramki. Goyocochea jak wszedł do bramki, to nie tylko nie zszedł z niej do ostatniego meczu mistrzostw, ale zapewnił sobie status legendy i pozycję numer jeden na kilka kolejnych lat.


To na tym turnieju przypisano mu (pozytywną) łatkę specjalisty od bronienia rzutów karnych. Pierwszy popis dał w ćwierćfinale. W regulaminowym czasie gry ani Jugosławia ani Argentyna nie potrafiła strzelić gola i o awansie do półfinału przesądził konkurs jedenastek. Kiedy zespół z Ameryki Południowej miał nóż na gardle, a karnego nie potrafił wykorzystać chociażby Maradona, to Goycochea obronił dwa ostatnie strzały wykonywane przez rywali. W półfinale z Włochami dał kolejny popis – najpierw świetnie obronił strzał Roberto Baggio z rzutu wolnego, a potem znów dwie jedenastki, znów ostatnie w konkursie. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że na własnych barkach wniósł reprezentację do wielkiego finału.


Tam już lepsi okazali się Niemcy, a gol jaki strzelił Andreas Brehme padł po… rzucie karnym. Argentyński goalkeeper był blisko skutecznej interwencji, rzucił się w odpowiedni róg, ale nie zdołał odbić piłki.


- Nie ma żadnego tajnego sposobu. Musisz mieć sporą osobowość i ogromną siłę w nogach. Musisz być spokojny. Możesz spojrzeć napastnikowi w oczy, to bardzo pomaga. Dobrze jest mieć jakieś informacje na temat strzelającego, który róg preferuje. Decyzje podejmujesz w jednej chwili, ale musisz wykorzystać to, czego dowiedziałeś się wcześniej – opowiadał Goycochea siedemnaście lat później Guardianowi.

 


Król karnych nie daje o sobie zapomnieć


Rok później Argentyna sięgnęła po Copa America, ale choć Goycochea był na tym turnieju podstawowym zawodnikiem swojej drużyny, to nie odegrał tak ważnej roli jak rok wcześniej i dwa lata potem. Znów był bohaterem, znów poprowadził swoją drużynę i tym razem został nawet wybrany najlepszym piłkarzem całych mistrzostw.


W dzisiejszych czasach Copa America nie rozgrywa się tak często, ale wcześniej było ono grane nawet co dwa lata. Dlatego właśnie Argentyna już w 1993 roku miała okazję bronić zdobytego dwa lata wcześniej trofeum, ale zabrała się za to nieszczególnie. W obu tych turniejach brakowało już Diego Maradony, ale to właśnie w tym drugim Goycochea musiał wziąć na swoje barki drużynę i przeprowadzić ją przez cały turniej.


Jak nietrudno się domyślić, zrobił to w konkursach rzutów karnych. Argentyńczycy musieli mierzyć się w nich dwukrotnie, w ćwierćfinale i w przedostatnim spotkaniu. Z Brazylią było to uderzenie Boiadeiro, z Kolumbią Aristizábala. Albicelestes zgarnęli złoto po finale z Meksykiem i był to ich ostatni triumf na wielkiej imprezie. Minęły już 22 lata i niedługo okaże się, czy kibice tej drużyny nie będą musieli czekać przez trzy kolejne.

 


Nigdy nie zrobił kariery w Europie i być może właśnie dlatego nie wspomina się o nim tak często. Było o nim trochę słychać podczas ubiegłorocznego mundialu, kiedy Sergio Romero w konkursie rzutów karnych z Holandią dał awans swojej drużynie do finału, ale poza tym nie jest tak często wspominany. Przez jeden sezon pograł we francuskim Brest, wystąpił w jedenastu spotkaniach i to by było na tyle. Wrócił do Ameryki Południowej by występować w lidze paragwajskiej, a następnie argentyńskiej i brazylijskiej.


Brak taryfy ulgowej po zakończeniu kariery


Nie zrobił więc kariery na starym kontynencie, ale po tym, jak odwiesił korki i rękawice, nie spoczął na laurach. Wielu byłych piłkarzy po zakończeniu swojej kariery zaczyna pracę w telewizji jako ekspert. Jeden radzi sobie wyśmienicie (jak choćby Gary Neville, ale to materiał na zupełnie inną historię), inny troszkę słabiej, a jeszcze inny nie radzi sobie wcale. Goycochea nie poszedł jednak na skróty. Zamiast zatrudnić się w jakiejś telewizji w swoim kraju, pokazywać twarz co kolejkę ligową i odcinać kolejne kupony, on zdecydował się najpierw na… studia dziennikarskie.


- Podjąłem życiową decyzję. Chciałem zapracować na szacunek kolegów z branży i dlatego zdecydowałem się na podjęcie nauki. Zajęło mi to wszystko trzy lata i nie było łatwo. Na zajęcia chodziłem cztery razy w tygodniu, w grupie miałem osoby po 18 lat, które doskonale wiedziały, kim jestem. Koniec końców warto było się tego podjąć – opowiadał sam zainteresowany. Świetnie wspominał jeden z programów, który miał okazję nakręcić wspólnie z Diego Maradoną. Zrobił również programy typu reality show, więc możemy się przekonać, że nie stroni od różnych telewizyjnych zadań. Bywa też reporterem.


Karierę reprezentacyjną zakończył po niezbyt udanym dla Argentyny mundialu 1994 w USA. Niewiele brakowało, a ówcześni mistrzowie Ameryki Południowej w ogóle nie pojechaliby na ten turniej, gorąco zrobił się zwłaszcza, kiedy zebrali porządne baty w eliminacyjnym starciu z Kolumbią, które przegrali aż 0:5.


El Goyco nie zdobył mistrzostwa świata, ale to właśnie z mundialu 1990 został najlepiej zapamiętany. Jest również kojarzony z ostatnim sukcesem Argentyny na arenie międzynarodowej i to do niego porównywani są kolejni goalkeeperzy tej drużyny.


Tak jak cała drużyna Albicelestes jest porównywana do tej sprzed lat. Podczas najbliższej nocy przekonamy się czy da sobie radę, pokona Kolumbię i awansuje do półfinału chilijskiego turnieju. Jeśli nie, Argentyńczycy na kolejną okazję będą musieli czekać do rosyjskich mistrzostw świata w 2018 roku. Wtedy od ostatniego triumfu na arenie międzynarodowej minie dokładnie ćwierć wieku.


DAMIAN WIŚNIEWSKI
TWITTER:
@Wisniewski_D2


Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)