Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Sobota w Ekstraklasie - było na co popatrzeć!
Przemysław Kaźmierczak (z lewej) i Sebastian Dudek (z prawej)
fot. Marcin Karczewski / Superstar.com.pl
Przemysław Kaźmierczak (z lewej) i Sebastian Dudek (z prawej)

Sobota w Ekstraklasie - było na co popatrzeć!

Piłka nożna | 23 lutego 2013 23:10 | Przemysław Drewniak

W trzech sobotnich meczach 16. kolejki T-Mobile Ekstraklasy padło aż 12 bramek. Były emocje, niespodzianki, a co najważniejsze - całkiem niezły poziom. Najlepsze spotkanie obejrzeli kibice w Kielcach, gdzie tamtejsza Korona po świetnym meczu pokonała faworyzowaną Legię 3:2. Równie zaskakujący wynik padł w meczu Podbeskidzia z Jagiellonią, w którym skazywani na spadek Górale rozgromili drużynę z Podlasia 4:0. Rundę wiosenną od wygranej rozpoczął także mistrz Polski - Śląsk Wrocław wygrał na własnym obiekcie z Widzewem 2:1.


Podbeskidzie Bielsko-Biała 4-0 Jagiellonia Białystok


Niemal dokładnie rok temu, 25 lutego, Podbeskidzie pokonało u siebie Zagłębie Lubin 1:0. Aż trudno w to uwierzyć, ale od tamtej pory piłkarze z Bielska-Białej ani razu nie wygrali na swoim stadionie. Fatalną passę udało się przełamać w sobotę. Gospodarze po bramkach Błażeja Telichowskiego, Marka Sokołowskiego oraz dwóch trafieniach Roberta Demjana zdeklasowali zespół Jagiellonii Białystok, który poniósł dopiero swoją pierwszą w tym sezonie porażkę na wyjeździe.


Podbeskidzie od początku grało z dużym animuszem, a kluczowe dla losów meczu były dwie szybko strzelone bramki. Już w pierwszej minucie gry po precezyjnym dośrodkowaniu Piotra Malinowskiego Demjan pokonał strzałem głową Jakuba Słowika. Kibice obu drużyn mogli przeżyć małe deja vu, bo w niemal dokładnie taki sam sposób rozpoczął się mecz obu drużyn jesienią, gdy w Białymstoku już w pierwszej akcji gola strzelił Fabian Pawela. Wtedy jednak drużyna prowadzona przez Roberta Kasperczyka nie potrafiła pójść za ciosem, cofnęła się, a w efekcie straciła dwie bramki i poniosła porażkę. Bielszczanie tego samego błędu już nie popełnili - w 17. minucie po rzucie rożnym wykonywanym przez Damiana Chmiela lot piłki przedłużył Sokołowski, a debiutujący w barwach Podbeskidzia Błażej Telichowski "szczupakiem" skierował ją do siatki. 


Jesienią podopieczni trenera Tomasza Hajty pokonali na wyjazdach między innymi Legię i Lecha, ale w Bielsku-Białej zagrali bardzo słabo i zdecydowanie zawiedli. Być może mecz ten ułożyłby się im nieco inaczej, gdyby w pierwszej połowie przy stanie 2:0 jedną z dwóch dogodnych okazji wykorzystał Dawid Plizga, lub jeśli sędzia podyktowałby rzut karny po zagraniu ręką Antona Slobody. W przekroju całego spotkania Białostoczanie byli jednak drużyną słabszą, a najgorzej zaprezentowała się ich linia obrony. Stanowiła ona problem już podczas zimowych sparingów, gdy Jagiellonia w 10 meczach straciła aż 19 bramek. Hajto najwyraźniej nie zdołał ugasić pożaru w defensywie, która najgorzej wyglądała podczas stałych fragmentów gry. Trzecią bramkę Jaga straciła również po rzucie rożnym, gdy po dośrodkowaniu Chmiela trafienie z bliskiej odległości zaliczył Sokołowski. Wynik meczu ustalił w 82. minucie Demjan po bardzo ładnej dwójkowej akcji z Telichowskim. Lewy obrońca także mógł w tym meczu wpisać się na listę strzelców po raz drugi, ale sędziowie słusznie nie uznali jego bramki ze spalonego. 


Zawodnicy Podbeskidzia pokazali, że nie poddają się i do końca będą walczyć o utrzymanie w lidze. Świetnie wprowadzili się do drużyny debiutanci Sloboda i Telichowski, a trener Dariusz Kubicki tchnął w drużynę nowego ducha. Na razie za wcześnie by mówić o wielkim powrocie do gry Bielszczan, ale dla pozostałych zespołów z dołu tabeli ten wynik to znak, że walka o utrzymanie jeszcze się nie zakończyła.


Śląsk Wrocław 2-1 Widzew Łódź


Żeby odnosić zwycięstwa, oprócz umiejętności musi czasem dopisać także szczęście. Dobitnie przekonali się o tym piłkarze łódzkiego Widzewa, którzy w meczu ze Śląskiem nie byli drużyną gorszą, ale wyjechali ze stolicy Dolnego Śląska bez punktów. Wrocławianie dzięki wygranej 2:1 nie tylko zbliżyli się do prowadzącej w tabeli Legii na cztery punkty, ale także w godny sposób uczcili jubileusz tysiąca rozegranych spotkań w Ekstraklasie.


Rozgrywane w trudnych, śnieżnych warunkach spotkanie znacznie lepiej rozpoczęli goście z Miasta Włókniarzy. W 11. minucie reprezentant Polski Łukasz Broź świetnym podaniem obsłużył Bartłomieja Pawłowskiego, a 20-letni napastnik w sytuacji sam na sam nie miał problemów z pokonaniem Mariana Kelemena. Widzewiacy w pierwszej połowie mogli zaliczyć jeszcze dwa trafienia, ale po strzałach Krystiana Nowaka i Brozia piłka pechowo trafiała w poprzeczkę.


Mistrzowie Polski przebudzili się po kwadransie gry. Po rzucie rożnym egzekwowanym przez Sebastiana Milę najlepiej w polu karnym odnalazł się Marek Wasiluk, który strzelił bramkę w zaledwie drugim występie w tym sezonie. Obrońca dość niespodziewanie wyszedł w pierwszym składzie, zastępując w nim Tomasza Jodłowca i chorego Rafała Grodzickiego.


Od tamtej pory mecz był niezwykle wyrównany, a obie strony mimo ciężkich warunków prezentowały szybkie tempo i miły dla oka futbol. W 22. minucie prowadzenie gospodarzom mógł dać Cristian Diaz, ale w sytuacji sam na sam lepszy okazał się golkiper łodzian, Milos Dragojević, który zrehabilitował się tym samym za błąd popełniony przy pierwszej bramce. Równie dobrą okazję miał na początku drugiej połowy Dalibor Stevanović, ale Słoweniec mając przed sobą tylko bramkarza posłał piłkę obok słupka. Ostatecznie jednak to gospodarze zdołali wyprowadzić decydujący cios. W 80. minucie wynik meczu ustalił Waldemar Sobota, który na raty pokonał Dragojevicia. W końcówce tego emocjonującego meczu obie drużyny miały jeszcze swoje szanse, ale rezultat nie uległ już zmianie. 


To był niezłe spotkanie, po którym tak naprawdę obie drużyny mogą z optymizmem spoglądać na nadchodzące kolejki. Śląsk po zeszłotygodniowych zawirowaniach z Tomaszem Jodłowcem zaprezentował się korzystnie i dzięki trzem punktom zbliżył się do czołówki. Natomiast drużyna Radosława Mroczkowskiego pokazała, że wiosną nie zamierza spuścić z tonu i znów będzie niewygodnym rywalem dla wielu zespołów Ekstraklasy.


Korona Kielce 3-2 Legia Warszawa


No i któżby się spodziewał, że Legia, która niemal została ogłoszona przez media nowym mistrzem kraju, potknie się już na pierwszej przeszkodzie w lidze? Do gry wracają za to "źli chłopcy" Leszka Ojrzyńskiego. Ekipa Korony w końcu przypomniała zdeterminowany i walczący o każdy metr boiska zespół z sezonu 2011/2012 i zasłużenie pokonała piłkarzy ze stolicy.


Co nie zadziałało w maszynie Jana Urbana? Największym mankementem znów była defensywa, najmniej pewna formacja drużyny Legii. Mecz na Arenie Kielc goście rozpoczęli bardzo spokojnie, ale niespodziewanie to oni jako pierwsi trafili do bramki, gdy w 21. minucie strzałem zza pola karnego Jakub Kosecki zmusił do kapitulacji Zbigniewa Małkowskiego. Jednak już dziesięć minut później błąd obrońców w polu karnym Legii wykorzystał Maciej Korzym. Na tle walczącej i ruchliwej Korony piłkarze z Warszawy grali pasywnie i nic dziwnego, że na początku drugiej odsłony stracili kolejną bramkę. Niepilnowany przed polem karnym Artur Lenartowski miał wystarczająco dużo czasu, by przyjąć piłkę i silnym strzałem pokonać bezradnego Dusana Kuciaka.


W ofensywie Legia także nie błyszczała, a kombinacyjną grę uniemożliwiało grząska murawa na stadionie w Kielcach. Bardzo dobrze grająca obrona gospodarzy praktycznie wyeliminowała z grę Danijela Ljuboję, a jedynym jasnym punktem w barwach gości był aktywny Miroslav Radović. Zawiódł Bartosz Bereszyński, który niespodziewanie pojawił się w pierwszym składzie drużyny, podczas gdy na ławce pozostał Marek Saganowski.


Mimo przeciętnej postawy, podopieczni Urbana zdołali doprowadzić do wyrównania za sprawą trafienia głową Inakiego Astiza, który wykorzystał podanie po stałym fragmencie gry. W ostatnich minutach więcej chęci do gry przejawiała jednak Korona, a po kolejnym błędzie obrony wynik meczu ustalił w 73. minucie Tadas Kijanskas.


Paradoksalnie, porażka na tym etapie to być może najlepsza rzecz, jaka mogła się przytrafić zawodnikom Legii. Po bardzo dobrej jesieni i zimowych wzmocnieniach Warszawiacy mogli poczuć się zbyt pewnie, a dzisiejszy mecz pokazał, że zdobycie mistrzostwa nie przyjdzie im z łatwością. Jan Urban w szczególności będzie musiał przyjrzeć się grze w obronie, bo z taką defensywą Legioniści nie mają szans na pierwsze miejsce w tabeli. Szkoleniowiec ma jednak jeszcze w zanadrzu Tomasza Jodłowca i Tomasza Brzyskiego, którzy mogą poprawić jakość gry tej formacji.


Kamil Kuzera zapowiadał przed rozpoczęciem rundy wiosennej, że jego zespół będzie demolował rywali. I nie rzucił słów na wiatr, bo w takiej dyspozycji Korona może szybko przesunąć się w kierunku środka tabeli i zagrozić każdej drużynie w Ekstraklasie.

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)