Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna (Nie)prawdziwy zbawiciel

(Nie)prawdziwy zbawiciel

Piłka nożna | 26 lutego 2013 13:47 | Jakub Kacprzak


Rozstąpić się miały murawy boisk polskich, puste konto bankowe zapełnić po brzegi, piłkarze, pracownicy i kibice żyć mieli w dostatku. Przybył bowiem pewnego dnia, a mianowicie w lutym 2012 roku do Łodzi prawdziwy zbawiciel! Zajechał lśniącym mercedesem i z miejsca ogłosił, że pomoże wyciągnąć ledwo co żyjący klub z tarapatów. Jednak jak to bywa z tymi prorokami, zbawicielami i mędrcami za 5 groszy z bazaru, tak i ten co przybył na gruzowisko przy Al. Unii 2 okazał się być nędzną podróbką. Pozwólcie, że przedstawię wam człowieka, który bez najmniejszych problemów powinien dostać dożywotnią nagrodę dla najgorszego prezesa w historii polskiej piłki. Panie i Panowie… Andrzej Voigt!


Pamiętam dokładnie moment gdy ten warszawski człeczek przybył do ŁKS-u. Byłem wtedy członkiem biura prasowego i działu marketingu klubu, który ledwo co dawał radę przetrwać. Voigt przybył niczym rycerz na białym rumaku, by zbawić "Ełksę" i uratować ją przed upadkiem. Pamiętam jak na konferencji prasowej mówił, że pragnie pomóc. Że ma plan i liczy na pomoc ludzi, którzy już w klubie są. Pamiętam też jak powiedziałem koleżance z marketingu, że mam obawy o to, iż skończy się to tak jak w przypadku Widzewa. Przyjdzie warszawski biznesmen, naobiecuje i nic z tego nie wyjdzie. Jak się okazało moje przeczucia miały się niebawem sprawdzić. Już pierwsza wizyta Voigta w Łodzi pokazała, że coś jest nie tak z tym człowiekiem. Gdybym ja obejmował funkcję prezesa w obojętnie jakiej firmie czy klubie sportowym to od razu chciałbym poznać pracowników. W ŁKS-ie sytuacja pod tym względem jest o tyle prosta, że w biurze pracowało wtedy siedem osób: ja, księgowy, kobieta od kadr, rzecznik prasowy, człowiek zajmujący się dystrybucją biletów, kierownik od spraw bezpieczeństwa i szefowa marketingu. 


Wydawałoby się więc, że nie jest żadną trudnością przyjść, podać rękę, przedstawić się, przywitać i wstępnie porozmawiać. Nic z tych rzeczy. Andrzej Voigt najprawdopodobniej ludźmi mniej zamożnymi się brzydzi więc nie zniżył się do poziomu zwykłych śmiertelników i nie zaszczycił nas swą osobą. Pierwsze ostrzeżenie zapaliło się w głowie. Później było już tylko gorzej. Samo to, że prezes miał być w Łodzi obecny zazwyczaj tylko na meczach dawało już do myślenia. Klub ledwo co dyszał, potrzebował codziennie pomocy i ciężkiej pracy od każdego pracownika. Tymczasem Voigta spotkać można było w siedzibie klubu jedynie gdy miało odbyć się spotkanie ligowe. Myślicie, że jako prezes porozmawiał on z marketingiem (który notabene składał się z jednej osoby – mnie) na temat strategii działania? Jedynym sposobem na wymienienie słów z AV był kontakt mailowy, który nie zapewniał tego, że szanowny pan prezes odpisze. Sytuacja wyglądała więc komicznie.


Ludzie nie wiedzieli co mają robić, jak pracować i czy wolno im działać na własną rękę czy też nie. Jednak najbardziej groteskowo przedstawiały się maile, jakimi od czasu do czasu Voigt dzielił się ze swymi podwładnymi. Każda taka wiadomość od niego miała jedną cechę wspólną – nie było kompletnie wiadomo o co w nich chodzi. Wszystko wyglądało mniej więcej tak: Spotkałem się z panem XY w YZX i rozmawialiśmy o możliwej współpracy. Proszę podtrzymać z nim kontakt w celu dalszej współpracy. Pozdrawiam AV – i teraz pytanie do was. Jak wy byście zareagowali gdyby wasz szef przysyłał wam tego typu wiadomości? Ja i rzecznik prasowy klubu nie mieliśmy pojęcia co z tym zrobić. Maile pojawiały się nagle i nie było w nich żadnych konkretów. Jednak najlepsza była wiadomość jaką otrzymaliśmy pewnego dnia. Otóż Voigt ma córkę. Lat ok. 14-15. Otwieram skrzynkę mailową, patrzę, jest coś od prezesa. Czytam i momentalnie zaczynam mieć atak śmiechu (taka reakcja obronna na kretynizm). AV poinformował nas łaskawie, że jego arcyzdolna córeczka ma kapitalny pomysł, którym okazało się być… zrobienie konkursu na nowe logo klubu. Dla niewtajemniczonych wyjaśnię, że ŁKS wtedy walczył o odzyskania swego herbu z przeplatanką i wszelkie tematy dotyczące logo/herbu itp. były mocno ryzykowne. Ale córeczka zdolna i wie co klubowi jest potrzebne!


Maili tego typu było mnóstwo. Nie będę przytaczać ich dokładnej treści, ale w razie czego mam je zapisane u siebie na skrzynce mailowej i skopiowane na nośnik danych. Fajna pamiątka będzie. Voigt uwielbiał robić z siebie prezesa, który doskonale się na wszystkim zna. Lubił pozować w mediach na wielkiego znawcę, a bywały sytuacje, że przed i po meczu wpychał się do szatni piłkarzy. Po co? Zapewne, by pokazać jak ważny i wszechmogący jest. Jego podejście do ludzi w klubie było na żenująco niskim poziomie. Pamiętam jak pewnego dnia chcieliśmy z rzecznikiem prasowym porozmawiać z prezesem na temat naszych umów i tego jak ma nasza praca wyglądać. Miał dla nas znaleźć chwilę czasu ok. 17. Oczywiście tak się nie stało. Jednak nie chcieliśmy dać za wygraną i czekaliśmy. Zresztą nie tylko my. Na korytarzu przed drzwiami do pokoju prezesa stali piłkarze, a także trener, pan Andrzej Pyrdoł. Pan Andrzej jak wiadomo to postać niezwykle zasłużona dla ŁKS-u i należy mu się szacunek. Niestety AV o szacunku do ludzi wie tyle co Jarosław Kaczyński na temat posiadania żony i dzieci. Pan Andrzej Pyrdoł stał i czekał niemal do godziny 19, by porozmawiać z prezesem. Ten jednak nie znalazł pięciu minut, by rozmowę z trenerem odbyć. Do tej pory pamiętam wyraz twarzy pana trenera. Smutek, zdegustowanie, zawód… powiedział tylko, że czekać dłużej nie może, bo musi odebrać wnuka z treningu i poszedł. My z rzecznikiem prasowym nadal czekaliśmy.


Rozmowa z AV przypomina gadkę z człowiekiem, który ma jakieś psychiczne problemy. Voigt nie spojrzy ci w oczy podczas rozmowy, nie da dojść do słowa i swoim zachowaniem pokazuje jak bardzo ma głęboko w dupie wibrato... znaczy twoje zdanie. Oczywiście z rozmowy nic nie wyniknęło. Ja zostałem z klubu zwolniony w kwietniu. Powód oficjalny nie został podany. Co lepsze sam AV nie miał na tyle godności, honoru i jaj żeby mi powiedzieć samemu o swojej decyzji. Musiał to zrobić rzecznik prasowy. A zwolniony zostałem w momencie gdy udało mi się zdobyć pozytywny rozgłos dla klubu wśród mediów, które wcześniej pisały jedynie o problemach i tym jak to źle się w ŁKS-ie dzieje. Voigt to niestety przykład tego jak nepotyzm niszczy Polskę od środka. Jego żonie nie spodobało się to, że to nie ona, a młodsza, zdolniejsza i piękniejsza dziewczyna stała się twarzą ŁKS-u. Ktoś musiał za to beknąć. Padło na mnie.


Dziś gdy piszę te słowa Andrzeja Voigta w klubie już nie ma od paru miesięcy. Nie było również nigdy obiecanych przez niego 3 mln zł, które miał znaleźć dla zespołu. Pod jego nieudolnymi rządami ŁKS spadł do I Ligi, popadł w jeszcze większe długi, cały zespół się rozleciał, a ludzie wciąż czekają na zaległe pieniądze. Tak właśnie wyglądała zabawa w prezesa. Ponad stuletni klub jeszcze bardziej ucierpiał na fatalnych decyzjach człowieka, który nie miał pojęcia o tym jak zarządzać piłkarskim zespołem. Robienie z siebie bohatera w mediach może wychodziło mu dobrze, ale każdy kto ma choć trochę oleju w głowie wie, jak słabym prezesem AV był. I szczerze mówiąc wątpię, by ktokolwiek mu jeszcze tą posadę zaoferował. Nikt o zdrowych zmysłach nie zechce w klubie pozera, który wiele gada, a nic nie robi.


Puenta tego wszystkiego jest jedna. Jak już pisałem w jednym ze swoich felietonów polski futbol niszczą ludzie nim zarządzający. Prezesi to największe zło jakie siedzi w naszej piłce i należy je wytępić niczym tępi się karaluchy w domach. Andrzej Voigt to idealny przykład tego jak dużo naobiecywać, nic nie zrobić, ale móc sobie potem wpisać do CV: PREZES KLUB PIŁKARSKIEGO. Oby takich postaci w futbolu było coraz mniej…
 

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)