Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Londyński festiwal ślepoty

Londyński festiwal ślepoty

Piłka nożna | 26 sierpnia 2015 17:50 | Artur Davtyan
James Milner i Olivier Giroud
fot. facebook.com/Arsenal
James Milner i Olivier Giroud

Takie bezbramkowe remisy mógłbym oglądać codziennie. Nie był to mecz dla wyznawców taktycznego perfekcjonizmu, ale piłkarska „jazda bez trzymanki”, w której fani obu stron kilkakrotnie doświadczali stanów przedzawałowych. Słupki, poprzeczka, nieuznany gol, nieodgwizdane karne. I wyjątkowo po meczach na Emirates, jeśli ktoś ma powody do zadowolenia, to będą to przyjezdni z czerwonej części Merseyside.

 

Pozycja wyjściowa Arsenalu wydawała się o niebo lepsza niż Liverpoolu. Mimo porażki z West Hamem i zrodzonego w bólach zwycięstwa z Crystal Palace, Kanonierzy pokazali już w tym sezonie zalążki bardzo dobrej piłki. Brakowało głównie skuteczności. Drużyna Brendana Rodgersa w ligę weszła wygranymi pojedynkami ze Stoke i Bournemouth. Spotkania te pokazały jednak, że The Reds daleko do optymalnej formy. Bramka Coutinho na Britannia to jedynie przebłysk geniuszu Brazylijczyka, a gol Benteke z Wisienkami w myśl przepisów nie powinien nawet zostać uznany.

 

Brendan, is that you?

 

Szkoleniowiec Liverpoolu ostatnimi czasy nie należał do ludzi, którzy łatwo zmieniają swoje zdanie. Tym większym zaskoczeniem było szybkie rzucenie w kąt formacji 4-2-3-1 i przejście na 4-3-3. W sobotnim wywiadzie Rodgers jasno określił, że jego celem nie będzie zdominowanie posiadania piłki, lecz przestrzeni. Jak powiedział, tak zrobił. Zagęszczony środek pola pozwolił na lepszą kontrolę nad poczynaniami Arsenalu. Swoista kompaktowość linii obrony i pomocy uczyniła łatwiejszym upilnowanie wolnych przestrzeni, tak chętnie obnażanych podaniami przez Ozila czy Cazorlę.

 

James Milner vs Arsenal

 

Największym beneficjentem zmian w taktyce stał się James Milner, kapitan drużyny z Merseyside w poniedziałkowym meczu. Czysto piłkarsko nie pokazał nam niczego więcej, niż w poprzednich dwóch kolejkach. Zasadnicza różnica brała się właśnie z ustalonej formacji. W dwuosobowym środku pola doświadczonemu Anglikowi niepokojąco często zdarzało się zostawiać osamotnionego Jordana Hendersona, co destabilizowało równowagę całego zespołu. Ustawienie 4-3-3 dało lepszy balans i pozwoliło wyeksponować atuty byłego gracza Manchesteru City. Zawsze tam, gdzie akurat brakowało pary nóg do grania. Klasa.

 

 

 

Kanonierzy zmuszeni byli operować piłką na skrzydłach, co nie należy do ich największych atutów. Przeciążenie lewej flanki w bardzo ekstremalnym wydaniu. Obecność sześciu z dziesięciu graczy z pola na tak niewielkiej przestrzeni stwarzała w drugiej połowie ogromne kłopoty defensywie Liverpoolu. Jednocześnie w przypadku udanego odbioru pozwalało wyprowadzać siejące popłoch kontry, z którymi szczególnie duże problemy mieli Calum Chambers i Hector Bellerin.

 

W transferach siła

 

O ile cały Liverpool jako kolektyw radził sobie zaskakująco dobrze, warto zaznaczyć, iż każdy z letnich nabytków Brendana Rodgersa pokazał kawał solidnego futbolu. Nowi gracze dali niewątpliwy skok jakościowy na swoich pozycjach. Kilka miesięcy temu piłkarze z Merseyside przegrali na Emirates aż 1:4. W Arsenalu względem tamtej drużyny zmienili się jedynie bramkarz i środkowi obrońcy. W ekipie The Reds z kwietniowej jedenastki ostali się tylko Mignolet, Can, Lucas i Coutinho, a Moreno pojawił się dopiero jako zmiennik.

 

Christian Benteke vs Arsenal

 

To czołg? To samolot? Nie, to Benteke! Były napastnik Aston Villi nie wywiązał się z podstawowego zadania napastnika, wszak poległ w sytuacji sam na sam z Petrem Cechem, ale w imponującym stylu zdominował przestrzeń powietrzną nad północnym Londynem. Szesnaście wygranych pojedynków robi kolosalne wrażenie. To zaledwie dwa mniej, niż cała drużyna Kanonierów. Belg czuje się jak ryba w wodzie jako target man, kilka razy pokazał się także do prostopadłych piłek. Jeśli utrzyma taką dyspozycję, może zostać dla Rodgersa tym, kim niegdyś dla Mourinho stał się Drogba.

 

Roberto Firmino vs Arsenal

 

Roberto Firmino był bez wątpienia najbardziej ekscytującym transferem Liverpoolu. W wyjściowej jedenastce znalazł się głównie ze względu na uraz Adama Lallany i bardzo dobrze wykorzystał swoją szansę. 63 minuty gry, w czasie których Brazylijczyk był motorem napędowym The Reds. Zdążył się popisać między innymi trzema wykreowanymi szansami i czterema udanymi dryblingami (80% skuteczności zwodów). Duże wrażenie robiła także jego gra bez piłki. Zaangażowany, świadomy taktycznie, ambitny w defensywie. Trzy odbiory, przechwyt, aż cztery zablokowane podania. Materiał na czołowego pomocnika ligi.

 

Joe Gomez vs Arsenal

 

Gdy Joe Gomez pojawiał się w klubie, dało się usłyszeć głosy, iż klub niepotrzebnie wydaje pieniądze na tak młodego piłkarza. Tymczasem osiemnastoletni Anglik bez kompleksów wszedł do Premier League i grając na nowej(!) dla siebie pozycji zaskakuje absolutnie każdego. Można mu zarzucić niepewność w wyprowadzeniu piłki, ale nie da się odmówić jednego – niesamowitych predyspozycji do torpedowania ataków rywali. Sześć udanych odbiorów, pięć przechwytów, trzy wybicia. Skała.

 

Arsene, pora na wnioski

 

Od początku sezonu przez drugą linię Kanonierów biegnie autostrada do bramki Petra Cecha i dla dobra drużyny Wenger powinien zareagować małym przemeblowaniem. Cofnięty Santi Cazorla jest świetny pod względem kontroli tempa i kreowania kolejnych akcji, ale jego przydatność w destrukcji to kwestia dość dyskusyjna. Większość życia grał jako atakujący pomocnik, sprawy nie ułatwiają też skromne warunki fizyczne i coraz bardziej zaawansowany wiek. Przesunięcie Hiszpana głębiej było ciekawym pomysłem, lecz długofalowo lepiej będzie rozejrzeć się za kimś, dla kogo środek pola jest naturalną pozycją. Tym kimś powinien być Aaron Ramsey, jeszcze dwa lata temu czołowy box-to-box ligi.

 

 

Aaron Ramsey vs Liverpool

 

Paradoksalnie, ustawiony na skrzydle Walijczyk był najlepszym piłkarzem ofensywy Kanonierów w meczu z Liverpoolem. Popisał się zabójczym wykończeniem przy niesłusznie nieuznanej bramce w siódmej minucie, strzałem tym powinien otworzyć wynik meczu. Imponował odpowiedzialnym podejściem do swoich obowiązków. Zaledwie jedno kluczowe podanie przy trzech Alexisa, Mesuta i Santiego wygląda biednie, ale numer szesnaście był płucami drużyny. Operował na całej szerokości boiska, czynnie udzielał się w destrukcji. Często wracał w okolice koła środkowego, by asekurować grających wyżej kolegów. Aż się prosi, by przesunąć go na ósemkę.

 

          

 

Zwróćmy uwagę na liczby Arsenalu jako zespołu. Podopieczni Wengera w pierwszych trzech kolejkach obecnej kampanii wykreowali najwięcej szans w lidze, ex aequo z piłkarzami Swansea, aż 49. Łabędzie ustrzeliły przy tym bramek pięć, a Kanonierzy... zaledwie dwie. W ogólnym rozrachunku są pod tym względem najgorsi w Premier League. Odrobinę lepiej wygląda zamiana szans na strzały celne, ale nawet tutaj Londyńczykom daleko do ligowej czołówki. Problemem nie jest „tylko” brak napastnika z najwyższej półki. To rażąca nieskuteczność całej drużyny powinna być powodem do zmartwień.

 

Szukając pozytywów

 

Obrona Arsenalu prezentowała się momentami rozpaczliwie, jednak to wśród piłkarzy czysto defensywnych wypatrywać należy najjaśniejszych punktów drużyny Wengera. Piłkarzem meczu uznać trzeba bezsprzecznie Petra Cecha. Wybronił w niemożliwy wręcz sposób „setkę” Christiana Benteke i fantastycznie strącił piłkę na słupek po uderzeniu Coutinho. Łącznie zaliczył osiem udanych interwencji.

 

Francis Coquelin vs Liverpool

 

Francis Coquelin po nie najlepszych pierwszych dwóch kolejkach nareszcie zagrał na poziomie, do którego przyzwyczaił nas w poprzednim sezonie. Bezwzględnie skuteczny w tyłach. Zaprezentował kilka świetnych wślizgów, a w obliczu zwartej defensywy Liverpoolu nierzadko pomagał kolegom w rozegraniu. Przyczepić można się jedynie do faktu, iż konstruując ataki zdarzyło mu się kilka razy zdublować pozycję Cazorli. Co ciekawe, nie popełnił ani jednego faulu, mimo że tydzień wcześniej aż cztery razy nieprzepisowo powstrzymywał piłkarzy Crystal Palace.

 

Gabriel Paulista vs Liverpool

 

Zaskakująco dobrze pokazał się Gabriel Paulista, przez niektórych już skreślony w północnym Londynie. Brazylijczyk na tle Caluma Chambersa wyglądał jak pan i władca obrony. Przerywał ataki The Reds, zdarzało mu się także wygrywać pojedynki w powietrzu z Christianem Benteke. Pewny w wyprowadzeniu piłki, do wysokości trzydziestego metra od własnej bramki zanotował tylko jedno niecelne podanie. W doliczonym czasie gry oddał niecelny strzał na bramkę Mignoleta. Bardzo solidny występ, dający nadzieje na walkę o pierwszą jedenastkę.

 

Perspektywy

 

Liverpool mecz na Emirates kończył z piłkarzami o szokującej średniej wieku 21.8 lat. Od pierwszej minuty obserwować mogliśmy osiemnastoletniego Joego Gomeza, zaś w wyniku zmian na murawie pojawili się Jordan Rossiter, rówieśnik Gomeza, i dziewiętnastoletni Jordon Ibe. Takie zaufanie do młodych graczy jest dziś w Premier League rzeczą niespotykaną. W ubiegłych miesiącach Brendan Rodgers był często (bardzo słusznie) krytykowany, ale za ostatnie spotkanie należy mu się masa pochwał. Elastyczność taktyczna, wielka wiara w młodzież, taki sposób kierowania klubem wlewa odrobinę optymizmu w serca kibiców The Reds.

 

Arsenal pierwszy raz od dawna ma drużynę, w której nie brakuje klasowych, doświadczonych graczy. Teoretycznie mają wszystko, by wejść na najwyższy poziom, poważnie walczyć o mistrzostwo. Problemem Kanonierów jest brak zdecydowania pod bramką rywala, syndrom „jeszcze jednego podania”. Gdy uda się to przełamać i złapać więcej wiary we własne umiejętności, pojawią się wyniki. Dwa lata temu transfer Mesuta Ozila dał piłkarzom z Emirates Stadium niesamowitego kopa psychologicznego. Jego pojawienie się w zespole wniosło mentalność zwycięzcy, napędzając zespół przez następnych kilka miesięcy do świetnej gry i regularnego meldowania się na szczycie ligowej tabeli. Być może teraz podopieczni Wengera potrzebują podobnego zastrzyku energii.


Artur Davtyan

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)