Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Panie Rodgers, w co pan gra?

Panie Rodgers, w co pan gra?

Piłka nożna | 30 sierpnia 2015 16:40 | Artur Davtyan
Brendan Rodgers i jego skomplikowane procesy myślowe
fot. facebook.com/LiverpoolFC
Brendan Rodgers i jego skomplikowane procesy myślowe

Ten tekst będzie hejtem, nie ukrywam tego. Obszernym, w stu procentach zamierzonym atakiem na Brendana Rodgersa. Być może powinienem sobie oszczędzić pisania. To dopiero czwarta kolejka, wiele jeszcze może się zdarzyć. Rzecz w tym, że jeśli spojrzeć na coś, co Anglicy nazwaliby „big picture”, nie potrafię się powstrzymać.

 

Zacznijmy od tego, że Irlandczyka w Liverpoolu nie powinno być już od dobrych kilku miesięcy. Szóste miejsce w lidze po sezonie wicemistrzowskim wygląda jak żart. Gdyby brało się to z nadspodziewanie silnej konkurencji, przy małej stracie do pierwszej czwórki, byłoby to stosunkowo do przełknięcia. The Reds uzbierali jednak aż osiem punktów mniej od zamykającego top4 Manchesteru United, który i tak ugrał „zaledwie” 70 oczek.

 

 

Nie pozycja bolała najbardziej. Bolało absolutnie żałosne zakończenie sezonu. Pożegnanie z Anfield – 1:3 z Crystal Palace. Ostatnia kolejka – 1:6 ze Stoke. Stosunek bramek 2:9 i piłkarska tragedia prezentowana przez podopiecznych Rodgersa na murawie. Pójdźmy dalej. Z pięciu ostatnich bramek strzelonych przez Liverpool w ubiegłych rozgrywkach, trzy strzelił odchodzący do LA Galaxy Steven Gerrard. Jeszcze dalej idąc, licząc od trzydziestej kolejki, wyniki LFC wyglądały tak: 2 zwycięstwa, 2 remisy, 5 porażek, bilans goli 9:18. Liga Mistrzów? Wolne żarty. Oddam w tej chwili głos Janowi Tomaszewskiemu.

 

 

Wyjaśniliśmy więc sobie tę kwestię. Rodgers ostatecznie w klubie został, najpewniej z uwagi na rozgrywki 2013/2014 i obiecującą passę trzynastu meczów bez porażki w ubiegłym sezonie. Dostał pełną władzę nad transferami, na co narzekał w poprzednich latach. Zyskał też możliwość dokonania kilku zmian w swoim sztabie. Na polecenie szkoleniowca położono nawet na nowo murawę na Anfield. Wszystko po to, by nareszcie wziął pełną odpowiedzialność za wyniki.

 

Zaniepokojenie wprowadziły już przedsezonowe sparingi. Pomijając wątpliwą jakość piłkarską prezentowaną w owych meczach, największy strach budziły wybory personalne Irlandczyka. Nic nowego. Konsekwentne pomijanie Alberto Moreno czy Lazara Markovicia to jedne z mniejszych grzeszków. Gra „bałkańskim murem” na środku obrony spędzała sen z powiek. Dejan Lovren i Martin Skrtel nawet w meczach z anonimowymi Tajlandczykami i Australijczykami byli tykającymi bombami.

 

Pierwszy mecz nowego sezonu, ironia losu sprawiła, że był to wyjazd do Stoke. Brak pomysłu na grę, dziura w środku pola, Benteke odcięty od podań. Trzy punkty uratował dopiero fantastyczny strzał Philippe Coutinho, cztery minuty przed końcem regulaminowego czasu gry. Pół żartem pół serio można powiedzieć, że był to progres, ale dajmy sobie z tym spokój. Zakazałbym Rodgersowi dożywotnio kontaktu z futbolem, gdyby nie poczynił postępów względem tamtej majowej katastrofy.

 

Druga kolejka, Anfield, beniaminek z Bournemouth. Było widać trochę pomysłu na grę, zaskakiwały nieszablonowe pomysły rozegrania stałych fragmentów gry. To tyle. Nie można zignorować faktu, że długimi okresami to Wisienki prowadziły grę. Zawodnicy Eddiego Howe'a zaliczyli tyle samo celnych strzałów i udanych dryblingów, co ich rywale z Liverpoolu. Wykreowanych szans mieli nawet więcej. The Reds wygraną zapewnili sobie dzięki bramce strzelonej ze spalonego.

 

Spotkanie numer trzy, wyjazd na Emirates i pojedynek, który miał zweryfikować drużynę Brendana Rodgersa. Odważne zmiany w taktyce, postawienie na młodych, świetna gra w pierwszej połowie. I koniec. Druga część meczu to głównie obrona Częstochowy, przeplatana co jakiś czas kontrami. Na ten moment jedyny występ, za który szkoleniowca Liverpoolu można pochwalić. Wszystko to ukrywa się jednak w cieniu błędnie nieuznanej bramki Aarona Ramseya, która w siódmej minucie meczu powinna dać prowadzenie Kanonierom.

 

Dochodzimy do wydarzenia, które sprowokowało powstanie tego tekstu. Domowy mecz z West Hamem, który w poprzednich dwóch kolejkach przyjął od Bournemouth i Leicester łącznie sześć goli. Dorzućmy do tego zapowiadającego postawienie autobusu Slavena Bilicia i mamy obraz drużyny, którą należałoby odprawić z kwitkiem do wschodniego Londynu. Dobre sobie. Trzy bramki do tyłu, jeden celny strzał, „gonienie” wyniku formacją z trzema środkowymi obrońcami, zdjęcie po pierwszej połowie najlepszego środkowego pomocnika. Upokorzenie.

 

Równie ciekawie było po meczu. Cytując:
„The first goal is a cheap goal and that gave them a motivation and fight. The second was a mistake, which can happen. We started brightly and then had Coutinho sent off.”

 

Wciąż nie wiem, w którym konkretnie momencie meczu Liverpool był „brightly”, bo właściwie cały czas grał na stojąco. Motywacja do walki dla West Hamu, jasne. A gdzie motywacja, by odrobić straty w domowym meczu? Ten zespół nie pokazał absolutnie niczego, co wskazywałoby na fakt, że chce wygrać. I najlepsze. Druga bramka – „błąd, który mógł się przytrafić”. Nie wiem, na którym poziomie rozgrywkowym takie rzeczy mogą się przytrafić. Na pewno nie w Premier League. Trzynastolatki w meczach trampkarzy nie popełniają takich patologii. Jamie Carragher w ostrych słowach stwierdził, że ta jedna akcja podsumowuje cały występ chorwackiego defensora. Spójrzcie sami.

 


Rodgers znany jest z dość oderwanych od rzeczywistości opinii, ale wydaje się, że teraz wspiął się na szczyty swojej ignorancji. Będąc szczerym, nie potrafię sobie przypomnieć pomeczowego wywiadu, w którym wziąłby na siebie odpowiedzialność za wynik. Taki brak jaj w klubie, który aspiruje do ligowej czołówki jest druzgocący.

 

Podsumowując – cztery kolejki, jeden gol strzelony zgodnie z przepisami, jeden strzelony ze spalonego i okradziony z bramki Arsenal. Jest siedem punktów, równie dobrze mogły być cztery, nikt nie miałby pretensji. Bańka pękła. Kadra jest wyraźnie lepsza, lecz progres w grze żaden. Oglądamy dokładnie to samo, co przez większość ubiegłych rozgrywek. 

 

Można mówić, że drużyna zdąży się jeszcze rozkręcić, punktów jest całkiem sporo itd. itp. Moim zdaniem – bzdura. Rodgers jest trenerem Liverpoolu od trzech lat i nie ma prawa liczyć na taryfę ulgową tylko ze względu na sam fakt startu rozgrywek.

 

Wyniki wynikami, zwróćmy uwagę na statystyki. Piłkarze Manchesteru City są kreatywni i skuteczni. Piłkarze Chelsea nie są kreatywni, ale są skuteczni. Piłkarze Arsenalu są kreatywni, ale nieskuteczni. Piłkarze Liverpoolu... No cóż, piłkarze Liverpoolu nie mają niczego.

 

 

By uniknąć tuzinów liczb, uprośćmy sprawę do wykresów siatkowych. Powyższe grafy dotyczą wymienionych wcześniej zespołów. Ekipę The Citizens można przyjąć za swego rodzaju wzorzec, ponadprzeciętni na każdym polu. Na drugim biegunie znajdują się The Reds. Podopieczni Brendana Rodgersa w pięciu z sześciu kategorii są na ostatnim miejscu. Nieznacznie tylko przebijają Kanonierów pod względem tak zwanego „chance conversion” (zamiana szans na strzelone bramki) – są lepsi o całe cztery dziesiąte punktu procentowego. Daruję sobie głębszą analizę, wszystko widać jak na dłoni.

 

Zaletą Rodgersa od zawsze była bezkompromisowa, ofensywna piłka. To właśnie ona przykrywała braki obrońców dwa lata temu, gdy Liverpool otarł się o mistrzostwo kraju. Jak jest teraz? W trzynastu ostatnich meczach tylko dwa razy The Reds zdołali strzelić więcej niż jedną bramkę. Sztuka ta udała im się wtedy, gdy rywalami były prowadzone przez Johna Carvera Newcastle i lecące do Championship Queens Park Rangers. Szukając trzech bramek w jednym meczu trzeba się cofnąć aż do początku lutego i wygranej 3:2 nad Tottenhamem.

 

Na początku tekstu wspomniałem jednak o serii meczów bez porażki. I rzeczywiście, Liverpool taką odnotował w poprzednim sezonie. Trzynaście spotkań, od 2:2 z Arsenalem w grudniu 2014 roku do 1:0 ze Swansea w połowie marca 2015. Wtedy wydawało się, że maszyna Rodgersa nabrała rozpędu, że poza zasięgiem The Reds jest tylko Chelsea. Wyniki te „przypadkiem” zgrały się z okresem, gdy najwięcej urazów łapali główni parodyści i hamulcowi zespołu – Glen Johnson, Dejan Lovren, Mario Balotelli czy (z bólem serca) Steven Gerrard. Gdy Brendan zaczął na nowo wprowadzać do zespołu swoich futbolowych „szwagrów”, drużyna zaczęła się sypać.

 

Wróćmy do tematu odpowiedzialności za transfery. Tajemnicą nie jest, że szkoleniowiec Liverpoolu nie patrzy przychylnym wzrokiem piłkarzy sprowadzonych przez komitet transferowy. Graczami tymi są między innymi Mamadou Sakho, Alberto Moreno, Lazar Marković i Emre Can. O pierwszych dwóch od kilku tygodni wiadomo, że klub jest skłonny rozpatrzeć wpływające oferty zakupu. Serb wypożyczony został do tureckiego Fenerbahce. Can zaś w tym sezonie jest u Rodgersa rezerwowym lub pierwszym do zdjęcia z boiska. Legenda głosi, że gdzieś hen daleko, w czeluściach szerokiej kadry, skrywa się jeszcze Tiago Ilori.

 

Pastwiłem się trochę wcześniej nad Dejanem Lovrenem, ale ślepy by zauważył, że Chorwat od momentu transferu do Liverpoolu nie zasługuje na miano piłkarza. Przejdźmy więc do Martina Skrtela, przez zaskakująco wielką rzeszę fanów uwielbianego. Aparycja typowego Seby z 4C/12, efektowne wślizgi, wybicia w sytuacjach beznadziejnych, strzelane bramki (oj tam, że co trzecia do własnej siatki). Walczak. Ostoja defensywy. Raz na pięć spotkań.

 

Resztę sezonu Słowak oferuje: sprowadzanie rywali do parteru przy KAŻDYM rzucie rożnym, zepsucie co drugiej pułapki ofsajdowej i ogólną niekompetencję w grze wysuniętą linią obrony. Nie jest przypadkiem, że swój najlepszy sezon zagrał wtedy, gdy cofaliśmy defensywę aż do własnego pola karnego, na modłę Tony'ego Pulisa czy innego Steve'a Bruce'a. Każdy rozsądny klub dawno opchnąłby taką tykającą bombę. Tylko że tutaj nie mamy do czynienia z rozsądnym klubem. Tutaj dajemy mu nowy kontrakt i sto tysięcy funtów tygodniówki, mimo że w grudniu skończy 31 lat.

 

 

W ciągu blisko czterdziestu miesięcy pracy Rodgersa, piłkarze z Anfield zdobyli całe sześć punktów więcej, niż Tottenham.  Uśredniając, dwa więcej na sezon. Chodzi tu o ten sam Tottenham, który w tym okresie ani razu nie był w top4 i od lat ma przypiętą łatkę średniaka z aspiracjami. Tottenham, który w tym czasie prowadzili Andre Villas-Boas, Tim Sherwood i aktualnie Mauricio Pochettino. To jest właśnie poziom prezentowany przez Liverpool irlandzkiego szkoleniowca. Średniak z aspiracjami. Strata do przechodzącego kryzys United i wiecznie czwartego Arsenalu wygląda strasznie.

 

Rodgersowi nie można odmówić umiejętności czysto trenerskich. Mając małą i starannie wybraną grupę piłkarzy jest naprawdę świetny. Takich sytuacji nie miewa się niestety w wielkich klubach. Potrzebna jest regularna i mądra selekcja, sprawiedliwa ocena umiejętności zawodników. Tego Irlandczykowi brakuje, a Liverpool nie jest klubem, który może sobie pozwolić na człowieka wciąż „uczącego się” fachu menedżera.

 

Mógłbym się jeszcze trochę poznęcać nad Brendanem, ale sami chyba rozumiecie, do czego zmierzam. Gdyby był menedżerem zdolnym do prowadzenia klubu na miarę Ligi Mistrzów, udowodniłby to już w ubiegłym sezonie. Jestem praktycznie przekonany, że za rok o tej porze nie będzie go już w klubie z Merseyside. Kto wie, czy nie pożegna się z Anfield jeszcze przed końcem tego roku.

 

Artur Davtyan



Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)