Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Stokowiec znów wskrzesił Polonię!

Stokowiec znów wskrzesił Polonię!

Piłka nożna | 02 marca 2013 01:00 | Przemysław Drewniak
Piotr Stokowiec podczas treningu
fot. Zbigniew Luchciński / ksppolonia.pl
Piotr Stokowiec podczas treningu

Być może za wcześnie by mówić, że Polonia będzie liczyć się w walce o czołowe miejsca. Być może za wcześnie by stwierdzać, że Piotr Stokowiec po raz kolejny dokonał przy Konwiktorskiej cudu, z niczego tworząc silny zespół. W piątkowy wieczór piłkarze Czarnych Koszul dali nam jednak wyraźny znak, że za wcześnie skazaliśmy ich wiosną na pikowanie w ligowej tabeli. Sensacyjnie pokonali na wyjeździe poznańskiego Lecha, dla którego była to już czwarta z rzędu porażka przed własną publicznością. Z kolei w Gdańsku Lechia podzieliła się punktami z Pogonią po bramce z rzutu karnego Andradiny w doliczonym czasie gry. Po tym meczu najwięcej się będzie jednak mówić nie o stalowych nerwach doświadczonego pomocnika Portowców, a... o arbitrze tego spotkania.


Lech Poznań 0-1 Polonia Warszawa


Ściągnięcie do Poznania zimą takich piłkarzy jak Kasper Hamalainen czy Łukasz Teodorczyk miało rozwiązać ogromne problemy Lecha w budowaniu ataków pozycyjnych. Właśnie to było w poprzedniej rundzie największą bolączką trenera Mariusza Rumaka. Na wyjazdach, gdzie łatwiej jest stawiać na grę z kontry, Lech zdobył jesienią aż 24 ze swoich 32 punktów. Zupełnie inaczej było jednak w meczach rozgrywanych przy Bułgarskiej - gdy przeciwnicy często wychodzili nastawieni defensywnie, Kolejorz wygrał jedynie dwa spośród ośmiu rozegranych spotkań. Przeciwko Polonii wystąpić nie mógł Teodorczyk, stąd po świetnym, okraszonym ładną bramką debiucie w Chorzowie, kibice z Wielkopolski pokładali swoje nadzieje w pomocniku z Finlandii, który miał dyrygować ofensywą gospodarzy. Hamalainen nie okazał się jednak zbawcą swojej drużyny, a Lech przez 90 minut nie potrafił odnaleźć sposobu na obronę rywala. 


Piotr Stokowiec doskonale wiedział co robi, decydując się na ustawienie z piątką obrońców. Wspomagani dwoma defensywnymi pomocnikami mieli rozbijać ataki Kolejorza, a zadaniem dynamicznych na skrzydłach Miłosza Przybeckiego i Pawła Wszołka było wyprowadzanie groźnych kontrataków. Taka taktyka w pełni się sprawdziła, a Czarnym Koszulom pomógł w dodatku gol strzelony już w 6. minucie gry. Wtedy to obrońcy Lecha pozostawili przed polem karnym zbyt wiele wolnego miejsca Łukaszowi Piątkowi, a ten pięknym strzałem w długi róg pokonał Jasmina Buricia. Od tamtej pory to gospodarze znacznie częściej utrzymywali się przy piłce, ale rzadko potrafili poważnie zagrozić bramce Mariusza Pawełka


Gdyby Poznaniacy wykorzystali którąś z kilku okazji do strzelenia bramki, być może ten mecz mógłby się ułożyć dla nich zupełnie inaczej. Strzały zza pola karnego najczęściej jednak mijały bramkę Polonii, Vojo Ubiparip zmarnował bramkową szansę tuż po rozpoczęciu drugiej połowy, a groźny strzał Aleksandara Toneva po błędzie Pawełka wylądował na poprzeczce. Podopieczni Mariusza Rumaka stworzyli sobie zdecydowanie zbyt mało klarownych sytuacji, by odmienić losy spotkania. Przesunięty na prawe skrzydło Hamalainen wyraźnie nie czuł się tak komfortowo jak w meczu z Ruchem, a występujący tym razem od pierwszej minuty Szymon Drewniak zagrał słabo. W drugiej połowie szkoleniowiec Lecha zdecydował się na zmiany, ale i one nie przyniosły oczekiwanych skutków.


Kolejorz przegrał przy Bułgarskiej już czwarty raz z rzędu. Co więcej, zanotował w tych spotkaniach fatalny bilans bramkowy 1-9. Przed Rumakiem zatem sporo pracy, bo walcząca o mistrzostwo Polski drużyna nie może sobie pozwolić na tracenie punktów u siebie z teoretycznie słabszymi rywalami, jak miało to miejsce jesienią. Nieco łatwiej powinno być wówczas, gdy na boisku wraz z Hamalainenem będzie przebywał Teodorczyk. W Chorzowie ta dwójka wykazała zadatki na dobrze zapowiadający się ofensywny duet.


Przydomek "FC Hollywood" przylgnął w ostatnich dniach do Legii Warszawa, ale w stolicy najlepszy materiał na dobry film mają przy Konwiktorskiej. Docenialiśmy umiejętności i dokonania Piotra Stokowca, ale po kolejnych zawirowaniach i odejściu z klubu kilku kluczowych piłkarzy mało kto spodziewał się, że szkoleniowiec Czarnych Koszul znów będzie w stanie zbudować zespół na miarę czołówki Ekstraklasy. Oczywiście na zbyt daleko idące wnioski jest za wcześnie, bo Poloniści rozegrali wiosną dopiero jeden dobry mecz. Pytanie, czy nie chorują na ten sam syndrom, co ich wczorajsi rywale. Tydzień temu przed własną publicznością z Lechią Gdańsk gra Czarnych Koszul wyglądała dużo gorzej niż w Poznaniu, gdzie mogli postawić na szybkie kontrataki. Jedno jest pewne - drużyna Stokowca znów pisze ciekawą historię i warto ją obserwować.


Lechia Gdańsk 1-1 Pogoń Szczecin


Niemal do samego końca tego meczu Portowcy mogli mówić o sporym pechu. Piłkarze Artura Skowronka wyszli na mecz na PGE Arenie wyraźnie zmobilizowani, chcąc zmazać plamę po zeszłotygodniowym blamażu w Lubinie. Już w 8. minucie powracający do składu Maciej Dąbrowski mógł po precyzyjnym dośrodkowaniu Takafumiego Akahoshiego dać prowadzenie swojej drużynie, ale jego główka minęła bramkę Michała Buchalika. Pierwsze nieszczęście zdarzyło się, jakby inaczej, w 13. minucie. Marcin Pietrowski pięknie zagrał do Piotra Wiśniewskiego, a ten został w polu karnym staranowany przez Radosława Janukiewicza. Sędzia pokazał mu czerwoną kartkę, a nierozgrzany Dusan Pernis nie miał szans, gdy z jedenastu metrów przymierzył Piotr Brożek. Doświadczony obrońca po profesorsku, technicznym strzałem dał prowadzenie swojej drużynie. Jakby tego było mało, kwadrans później z powodu kontuzji boisko musiał opuścić kapitan gości, Robert Kolendowicz. To wszystko spowodowało, że od tamtej pory gra Pogoni zupełnie się rozsypała.


Bezradni gracze ze Szczecina cofnęli się pod własne pole karne, a Lechiści spokojnie konstruowali swoje akcje, kilkukrotnie zagrażając bramce gości. Jeszcze w pierwszej połowie dobrych sytuacji nie wykorzystali m. in. Pietrowski oraz Deleu.


Po zmianie stron poziom i tempo meczu znacznie spadły. Piłkarze Bogusława Kaczmarka coraz wolniej rozgrywali piłkę, ograniczając się jedynie do strzałów z dystansu, a Portowcy często przez długie minuty nie potrafili wyprowadzić futbolówki z własnej połowy. Nie pomogło im za bardzo nawet wyrównanie szans - po tym, jak drugą żółtą kartkę obejrzał Wiśniewski, Pogoń wprawdzie przejęła lekką inicjatywę, ale nie potrafiła stworzyć sobie żadnej klarownej okazji do wyrównania. Arbiter doliczył do drugiej połowy cztery minuty, i gdy już wydawało się, że Gdańszczanie mogą dopisywać sobie trzy punkty, stało się coś zupełnie niespodziewanego. W ostatniej, pozornie niegroźnej akcji meczu, w polu karnym gospodarzy padł popychany przez Rafała Janickiego Edi Andradina. Stoper Lechii tylko lekko przytrzymywał pomocnika rywali, ale Tomaszowi Wajdzie wystarczyło to do podjęcia decyzji o podyktowaniu rzutu karnego. Edi, który mecz rozpoczął na ławce rezerwowych, ustawił piłkę na wapnie i bardzo mocnym uderzeniem w środek bramki nie dał szans Buchalikowi. Słabo grająca Pogoń w cudowny sposób uratowała tym samym remis w derbach Pomorza, a los poniekąd oddał im to, co zabrał jeszcze w pierwszej połowie spotkania.


Podobnie jak Lech, Lechia nadal ma ogromne problemy z wygrywaniem meczów przed własną publicznością. O ile taka niemoc w przypadku Kolejorza trwa zaledwie od kilku spotkań, to w przypadku PGE Areny możemy mówić już o fatum. Od otwarcia stadionu drużyna z Gdańska zdążyła zagrać na nim już 23 mecze, w których odniosła zaledwie 5 zwycięstw. W spotkaniu z Pogonią od trzech punktów dzieliły ją już tylko sekundy, ale piłkarze Lechii stracili wygraną na własne życzenie. W drugiej połowie gospodarze powinni zaatakować znacznie bardziej zdecydowanie i wykorzystać fakt, że osłabiony przeciwnik nie ma pomysłu na grę. W drużynie z Gdańska niewątpliwie tkwi duży potencjał, ale jak na razie po dwóch słabych meczach Lechia ma na swoim koncie tylko 2 punkty. W najbliższej kolejce na PGE Arenę przyjeżdża "banda" Leszka Ojrzyńskiego. Jeżeli i wówczas Lechiści nie wykażą charakteru, to i tak już słaba frekwencja na obiekcie w Gdańsku spadnie do poziomu kilku tysięcy widzów.


Na zakończenie o Tomaszu Wajdzie z Żywca, który sędziował mecz Lechii z Pogonią i na tle przeciętnego spotkania został bohaterem wieczoru w Gdańsku. Nawet komentatorzy Canal+ w pewnym momencie zauważyli, że podczas transmisji wymieniają jego nazwisko częściej, niż któregokolwiek z piłkarzy! Wajda dał się poznać jako aptekarz, który używa gwizdka (i kartek) niemal po każdym kontakcie pomiędzy zawodnikami obu drużyn. W piątkowe popołudnie pokazał aż siedem żółtych i trzy czerwone kartki (po faulu na Edim Janicki także został wyrzucony z boiska). Pierwszy rzut karny - słuszny. Dwa żółte kartoniki dla Wiśniewskiego - także. Rzut karny dla Pogoni? Dyskusyjny, ale Wajda miał pewne podstawy, by użyć w tej sytuacji gwizdka. W wielu sytuacjach jednak zbyt pochopnie sięgał po kartki, a piłkarze nie mogli sobie pozwalać na nawiązanie jakiegokolwiek dialogu z arbitrem. Wówczas momentalnie byli karani indywidualnie. Wajda pokazał, że na boisku lubi się rządzić i ostrzegamy przed nim pozostałych ligowców.

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)