Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Orlik Narodowy w Warszawie, czyli wnioski po Gibraltarze

Orlik Narodowy w Warszawie, czyli wnioski po Gibraltarze

Piłka nożna | 08 września 2015 10:26 | Marcin Borciuch
Radość reprezentantów Polski.
fot. Marcin Karczewski/superstar.com
Radość reprezentantów Polski.

 Hokejowy wynik, gra jak z dziećmi na Orliku lub podczas treningu, zabawa z amatorami – tak określiłby typowy Jan Kowalski wygraną „Biało-Czerwonych” 8-1 z Gibraltarem. Głównie można same plusy wyciągać z takiego meczu. Bo przecież nie wypada krytykować, gdy strzela się tyle goli. Nie tym razem. Wnioski zawsze trzeba wyciągać, nawet z takiej rzezi strażaków i bankierów.

 

Scenariusz tego spotkania trzeba podzielić na kilka elementów składowych. Goście, którzy grali i biegali, nie czując strachu przed Polakami, bombardowanie bramki gibraltarskiej w pierwszej i drugiej połowie, gest dla Błaszczykowskiego, wejście Kapustki i honorowy gol przeciwnika.

 

Husaria Nawałki rozbija fortecę Pereza

 

Jeśli mówimy o naszej reprezentacji, to trzeba zacząć od pozytywów. Nikt nie wyobrażał sobie innego zwycięstwa niż bardzo wysokiego. Dużo bramek musiało paść. Ale ile też mogło! Gdyby Lewandowski, Milik, Grosicki i reszta wykorzystali wszystkie 25 okazji, to byśmy przeszli do historii futbolu. Jednak nawałnicę ataków dzielnie odpierał bramkarz Gibraltaru, Jordan Perez. Można powiedzieć, że część uderzeń szła prosto w niego, ale wykazywał się momentami całkiem dobrym refleksem i wyczuciem. Może i jest amatorem, ale nie jest słaby jak na swój poziom, to trzeba otwarcie przyznać. Na 15 celnych strzałów wybronił siedem, co jest przyzwoitym wynikiem.

 

Nie ma co dyskutować, że dysponujemy dwoma wybornymi napastnikami. Posiadamy też skrzydłowego, który ciąg na bramkę ma chyba w genach. Tak nakręconego Kamila Grosickiego moglibyśmy oglądać w każdym meczu. Pieprznęło go turbo, klasyka. Na Szkocję i Irlandię też chcemy takie turbo!

 

Zgrani na boisku i poza nim

 

Ważnym aspektem przy tworzeniu silnej i stabilnej kadry jest zgranie przed, w trakcie i po meczu. Po wrześniowych meczach eliminacyjnych śmiało można powiedzieć, że mamy zgraną i dojrzałą drużynę. Współpraca na boisku wygląda coraz lepiej. Jest chemia, której długo nie było. Poza boiskiem też to kolorowo wygląda. Wywiad Szczęsnego z Krychowiakiem, przejęzyczenie Lewandowskiego w pomeczowej rozmowie są dowodem na dystans kadrowiczów i świetną atmosferę w reprezentacji, której brakowało za kadencji Fornalika. Jeszcze piękniejszym jest gest dla Błaszczykowskiego. Nie ma co ukrywać, że nasz były kapitan jest pod formą. Do rzutu karnego w drugiej połowie nie był wyznaczany, a mimo to, koledzy pozwolili mu wykonać. Świetny powód do motywacji i dalszej pracy, to daje kopa.

 

Wejście Kapustki

 

Chyba każdy z nas zaliczył w życiu wejście smoka. Do nowej pracy, do klubu, na uczelnię, do klasy… Gdziekolwiek. Piłkarska Polska od poniedziałku też ma swoje wejście. Wejście Kapustki. Chyba nikt się nie spodziewał, że w te wakacje objawi się ktoś, kto tak szybko zaliczy trochę minut w reprezentacyjnym trykocie. Nikt nie mówił, że na dzień dobry będzie wszystko pięknie i kolorowe. „Zadebiutuję i zadecyduję o zwycięstwie/awansie” - tak sobie marzy pewnie większość młodych chłopaków, którzy zaczynają przygodę z piłką, albo jej kolejny rozdział.

 

Przychodzi 62. minuta meczu z Gibraltarem. Z boiska schodzi Jakub Błaszczykowski, którego zmienia prawdziwy żółtodziób. Ma 18 lat, zabłysnął głównie dzięki jednej akcji w lidze, a tak naprawdę wchodzi dopiero w świat poważnej piłki. Dużymi krokami, ale wchodzi. Debiutuje z „10” na plecach. Teoretycznie ciężki numer do uniesienia, presja jego legendy, itp. (w „reprze” nie za bardzo, nie mieliśmy wielkiego gracza z tym numerem w historii”). Co robi kilka minut później? Strzela bramkę. Piłka w pole karne, on wybiega przed obrońców i piłka w siatce. Prawdziwe wejście „smoka z Krakowa” (tak nazwę go sytuacyjnie), Bartosza Kapustki. Co ciekawe, jest pierwszym od prawie 70 lat piłkarzem Cracovii, który strzela bramkę na poziomie reprezentacyjnym. Gol w zwycięskim debiucie, dzięki któremu przechodzi się do historii klubu. Pierwszy mecz jak marzenie.

 

Jednak, żeby nie zapeszać i nie robić na niego zbyt dużego hype'u (nie pompować balonika), to wypada przypomnieć kazus Rafała Wolskiego. Czarował na krajowym podwórku, będąc w podobnym wieku do zawodnika „Pasów”. Efektowne zwody i zagrania, piękne bramki, technika… Wielu kibiców upatrywało w nim największą nadziej polskiego futbolu. Nalegali, by został powołany na Euro 2012. Jak chcieli, tak Smuda zrobił, ale minuty mu nie dał. Później uciekł za granicę, zauroczył swoją grą skautów Fiorentiny. Perspektywa gry w Toskanii wydawała się bardzo kusząca, ale tam w ogóle sobie nie poradził. Teraz grywa w lidze belgijskiej, ale na razie jest tylko wspomnieniem, mało kto wie, jak dziś sobie radzi.

 

Oczywiście Kapustce nie chcę życzyć źle, a raczej wolałbym przestrzec, żeby nie robić z niego gwiazdy światowego formatu w tak młodym wieku, bo jedna akcja mu wyszła i bramkę na koncie w kadrze ma. Nie! Musi dojrzewać piłkarsko, a na to ma właśnie czas.

 

Defensywa z naganą od Goslinga i nie tylko

 

Ostatnio słyszę i czytam komentarze, że słabeuszom typu San Marino, Andora i Gibraltar powinno się zrobić osobną grupę, bo mecze z nimi dla Hiszpanii, Niemiec i innych potęg europejskich, to strata czasu. No, a na kim innym można sobie urządzić trening strzelecki, jak nie na nich? Poza tym zawsze można przećwiczyć taktykę, różne warianty, sprawdzić kilku graczy. Mimo że nie będzie można wyciągać wystarczających wniosków z takich spotkań, to wyjątkowo mamy po wczoraj nad czym pracować.

 

Wałkujemy to od kilku lat i ciągle jest źle. Może z wyjątkami jak zeszłoroczna jesień, ale teraz praca nad obroną jest czymś więcej niż koniecznością. O ile do Glika specjalnie zastrzeżeń mieć nie można, a Rybus prawdopodobnie zagości na dłużej na lewej obronie, o tyle Szukała zaczyna dawać powody, by przestać na niego stawiać. To nie jest ten sam piłkarz, co rok temu. Gdzieś zgubił umiejętność dobrego ustawienia się, wyczucie i timing. Szybki nigdy nie był, więc z tym nic się nie zrobi, choć jest to poniekąd jego mankamentem.

 

Zarówno przy meczu z Niemcami, jak i wczoraj, było coś, co mnie raziło po oczach. Praktycznie zerowa asekuracja ze strony pomocników. We Frankfurcie Krychowiak wziął się w tym elemencie mocno do roboty, ale to za mało. Z całym szacunkiem dla Mączyńskiego i Jodłowca, ale nie chcę ich oglądać w reprezentacji. Jeśli gramy na trzech defensywnych pomocników i żaden z nich nie jest w stanie odebrać piłki w środku pola, bo wolą biec sobie pod bramkę, to ja podziękuję.

 

Choć po bramce na 8-0 spuściliśmy dość porządnie z tonu i nie forsowaliśmy tak mocno tempa gry, to koncentracja musi być przez całe spotkanie, bez ani ułamka sekundy rozluźnienia. Właśnie chwila dekoncentracji przypadła w końcówce spotkania. Wchodzi Mila „na czilu” i od razu nie przejmuje piłki, gdy musi, a Gosling wchodzi w nas jak w masło i ratuje honor Gibraltaru, a nam daje powód do wstydu i zażenowania. Z drugiej strony może i dobrze, że zdobył tego gola, bo pozwoli on na więcej pracy kadrowiczów na treningach nad elementami, które wymieniłem.

 

Najlepsi z najgorszych

 

Szczerze, to byłem zachwycony postawą Gibraltaru. Woli walki i jakichś tam umiejętności nie można im odmówić, ale wczoraj zagrali mocno skoncentrowani i bez strachu. Chyba nie bez powodu mieli te 10 sytuacji bramkowych. Całkiem szybka i dynamiczna gra, mądre ustawianie się podczas kontry były kluczem do tego, by napędzić nam strachu. Takiego zaangażowania i myślenia na pewno brakuje Andorze Cy San Marino w meczach, które nie grają z takim polotem jak Gibraltar. Najlepsi z najgorszych? Bardzo możliwe, ale chyba to twierdzenie potwierdziłyby jedynie bezpośrednie mecze „turystów europejskiej piłki”.

 

Pewnie będę powtarzał to jak mantrę przy takich meczach (zresztą nie tylko ja), ale gdybym mógł, jako amator po całości, to bym pograł w Gibraltarze czy innej malutkiej reprezentacji. Podróżuję po Europie, zwiedzając piękne miasta i stadiony oraz poznając gwiazdy futbolu. Będąc zwykłym gibraltarskim zjadaczem chleba mam te i wiele więcej atrakcji. Tylko pozazdrościć.

 

Wnioski nasuwają się same – Szkocję można pokonać spokojnie, ale nie możemy zapominać, że Nawałka i jego wybrańcy ciągle muszą pracować nad sobą, zgraniem, taktyką i innymi elementami, bo inaczej wiadomo co będzie.

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)