Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Wataha rzymskich wilków zatrzymała Barcelonę. Co dalej?

Wataha rzymskich wilków zatrzymała Barcelonę. Co dalej?

Piłka nożna | 17 września 2015 14:37 | Marcin Borciuch

fot. FC Barcelona

Nie od dziś wiadomo, że nie wolno lekceważyć zespołów z Serie A, nawet jeśli poziom tej ligi w ostatnich latach nieco się obniżył. Na pewno nikt się nie spodziewał, że Barcelona będzie miała aż takie problemy z Romą, a rzymianie śmiało będą grać po swojemu. Zasadniczym pytaniem jest, jak na przestrzeni najbliższych kilku(nastu) tygodni będą sobie radzić oba kluby. Jednak zanim będziemy starali się uzyskać odpowiedź, warto wspomnieć kilka całkiem istotnych aspektów wczorajszego całkiem dobrego meczu.

 

Cojones Romy większe po golu

 

Od początku było widać, że gospodarze strach zostawili w szatni. Nie bali się podejść bliżej rywala, przeszkadzać mu w każdy możliwy sposób. Jednak przez te pierwsze 30-40 metrów same jaja nie wystarczały, by się postawić, „Dumie Katalonii”. Wyjście z piłką z obrony i szybkie przejście na połowę przeciwnika mogło się podobać, bo ten element rozegrania był mądrze poprowadzony. Jednak 20 metrów od bramki Salah czy Dżeko nie potrafili utrzymać nerwów na wodzy i albo niedokładnie dogrywali partnerom, albo w ogóle źle wybierali.

 

Kosmiczny gol Florenziego tchnął ducha w zespół, ponieważ jeszcze bardziej przycisnęli na „Blaugranę”. Mimo tego, co jest tradycją przy meczach z Barceloną, że posiadanie mieli dużo mniejsze, to starali się wykorzystywać jak najlepiej czas przy piłce. Pomysły na rozegranie bliżej bramki były konkretniejsze, a wykonanie lepsze, np. strzał Nainggolana, który sprawił kłopoty ter Stegenowi.

 

Jeśli Roma chce wyjść z grupy, to takie cojones musi pokazywać w każdym następnym spotkaniu, bo inaczej znowu będzie szukanie winnych niepowodzenia, zbędne analizowanie przyczyn i spora obniżka formy na zimę.

 

Tak solidnie, że to za mało – przewidywalność Barcelony

 

Tiki-taka dalej oczarowuje, ale bądźmy szczerzy, to nie jest to samo. Zrobiła się już jakiś czas temu do bólu przewidywalna, przeciwników zmusza do barykadowania się przed własną bramką, ale oni tylko stoją i czekają na lepsze zagranie niż niedokładna górna piłka za obronę lub gra na jeden kontakt na małej przestrzeni. O ile w lidze taka gra daje na razie profity w postaci zwycięstw, tak „Blaugrana” poza krajowym podwórkiem nie ma innego sposobu na rywali. Strzały z dystansu, które lecą w trybuny, za mocne wrzutki lub crossowe podania i bezsensowna gra w poprzek boiska. Nawet jeśli są przebłyski w trakcie meczu, to jednak to kibicom nie wystarcza. Brak polotu i nagłego przyspieszenia akcji jednym dokładnym podaniem to w ostatnim czasie problemy w grze podopiecznych Luisa Enrique. Nie chcę wieścić końca tiki-taki, bo ile razy ktokolwiek to robił, to się odradzała, ale znowu jest mniejszy kryzys, powolne popadanie w marazm futbolowy.

 

Marc-Andre Neuer, Manuel ter Stegen…?

 

W poprzedni sezon bramkarz mistrza Hiszpanii nie wszedł dobrze, a w ostatecznym rezultacie był ważnym ogniwem przy triumfie w LM. Jednak w porównaniu do początku ostatniego sezonu jest po prostu gorzej. Choć zdarzają mu się dobre interwencje, to generalnie MatS po prostu rozczarowuje. 10 goli przy 18 celnych strzałach, gdy stał w bramce, z czego dwa z połowy, mówią same za siebie. Wydaje się być za mało skoncentrowany, jakby za mało myślał na boisku. „Lucho” chce, by wychodził wysoko od bramki, ale nie może tak cały czas. Powinien użyć nieco rozumu i samemu pomyśleć, czy zostać czy się cofnąć, a nie spełniać tylko zalecenia trenera. Owszem, ma ogromny talent, ciągle jest diamentem do oszlifowania, ale jednak głowę na karku musi mieć od pierwszego do ostatniego gwizdka.

 

Liga Rzeźników UEFA

 

Zakończę ten tekst dość przykrym tematem, bo tylu groźnych kontuzji w ciągu dwóch dni to chyba nie było. Przeważnie złamania czy naderwania występują raz na kilkanaście tygodni, albo i kilka miesięcy. Jednak wczoraj na Stadio Olimpico bandytyzm boiskowy objawił się po raz kolejny.

 

Przedwczoraj ucierpiał Luke Shaw, jego kariera i eksplozja talentu wiszą na włosku. Mimo że lekarze twierdzą, że nie było żadnych komplikacji i powikłań, to strach o niego jest duży. Następnymi ofiarami zostali Wojciech Szczęsny i Rafinha Alcantara. Polak znowu „dostał po łapach” z Barceloną. Drugi raz przy trzecim starciu. Cztery lata temu po wolnym Daniego Alvesa miał wybity palec, a dzisiaj prawdopodobnie ma pękniętą kość po bezmyślnym zachowaniu Luisa Suareza, który kopnął/nadepnął dłoń polskiego golkipera. Kilka tygodni z głowy, ale oby nie za dużo.


Gorzej ma się sytuacja z pomocnikiem FCB. Początek sezonu miał całkiem dobry, ale recydywista Nainggolan wybił mu z głowy piłkę na jakiś rok, zrywając więzadła krzyżowe Brazylijczyka ostrym wślizgiem. Belg już wcześniej w lidze spowodował kilkumiesięczną przerwę od gry jednego z piłkarzy. W przypadku Shawa i Szczęsnego, winowajcy nie dostali nawet upomnienia, zaś pomocnik Romy otrzymał tylko żółtą kartkę.

 

W tym miejscu trzeba powiedzieć głośne „stop” jakiejkolwiek przemocy i agresji w futbolu. Bezmyślnym faulom, zwykłym przepychankom, wyzwiskom… Wszystkiemu, co psuje widowisko, jakim jest mecz piłki nożnej. Zdecydowanie powinny posypać się kary zawieszenia dla arbitrów za brak reakcji i dla piłkarzy (nawet jeśli wyszło wszystko przypadkiem), a dla tych drugich kary grzywny w ramach zadośćuczynienia. Choć sport zawodowy niesie ze sobą właśnie takie ryzyko, to powinno się robić jak najwięcej, by je zniwelować do niemalże zera.

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)