Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Niespodzianka przy Łazienkowskiej! Legia wciąż bez ognia

Niespodzianka przy Łazienkowskiej! Legia wciąż bez ognia

Piłka nożna | 02 marca 2013 22:50 | Przemysław Drewniak
Michał Żewłakow i jego koledzy tylko zremisowali z ostatnią drużyną Ekstraklasy
fot. Wojciech Tarchalski / Superstar.com.pl
Michał Żewłakow i jego koledzy tylko zremisowali z ostatnią drużyną Ekstraklasy

Po remisie na własnym boisku z krakowską Wisłą, GKS Bełchatów sprawił jeszcze większą niespodziankę i urwał punkty głównemu pretendentowi do mistrzowskiej korony. Po dobrym meczu piłkarze Kamila Kieresia bezbramkowo zremisowali z Legią, która swoją postawą znów zdecydowanie zawiodła swoich kibiców. W innych sobotnich meczach 17. kolejki T-Mobile Ekstraklasy Ruch zrehabilitował się za zeszłotygodniowy pogrom z Lechem i przed własną publiczności rozbił w meczu przyjaźni Widzew 3:0. W starciu dwóch drużyn ze środka tabeli, Piast podzielił się punktami w Gliwicach z Zagłębiem, a bramkę na wagę remisu dla lubinian strzelił w ostatniej minucie meczu Adam Banaś. 


Legia Warszawa 0-0 GKS Bełchatów


Już po spotkaniu z Wisłą Kraków pisaliśmy, że Bełchatów dla wielu drużyn Ekstraklasy może być wiosną nie dostarczycielem punktów, a kłopotów. Na potwierdzenie tej tezy nie musieliśmy długo czekać - Brunatni zaskoczyli Legię ofensywnym stylem gry i wywieźli ze stolicy jakże cenny jeden punkt.


Od początku przebieg tego spotkania sprawiał, że kibice z niedowierzaniem spoglądali na murawę stadionu przy Łazienkowskiej. Skazani przez wielu na pożarcie goście ani myśleli murować bramki. Kamil Kiereś ustawił swój zespół dosyć wysoko licząc, że jego drużyna od pierwszych minut wybije z rytmu gospodarzy. To się sprawdziło, bo na tle bezbarwnej Legii GKS imponował dynamiką, spokojem i dobrą organizacją gry. W pierwszej połowie goście wysłali faworyzowanym rywalom kilka ostrzeżeń, groźnie atakując bramkę Dusana Kuciaka. Swoje okazje mieli bardzo dobrze radzący sobie na prawej stronie Mateusz Mak, Łukasz Madej, który groźnie przymierzył z dystansu, a także Adrian Basta. Ten ostatni wykonał pod koniec połowy niebezpieczny rajd w pole karne, a Bełchatów mógł po tej sytuacji objąć prowadzenie. 


Wydawało się, że po przerwie gra gospodarzy ulegnie zmianie i Legia od początku narzuci ton wydarzeniom na boisku. Tymczasem zawodnicy prowadzeni przez Jana Urbana nadal wyglądali na ospałych, grali niedokładnie, a zagrożenie pod bramką Emilijusa Zubasa udawało im się stwarzać jedynie po świetnie egzekwowanych przez Danijela Ljuboję i Tomasza Brzyskiego stałych fragmentach gry. Tak było w 73. minucie gry, gdy Legia stworzyła sobie najlepszą w tym spotkaniu okazję do strzelenia bramki. Brzyski z prawego narożnika idealnie dośrodkował na głowę Serba, ale ten minimalnie chybił. Dziesięć minut później Zubas popisał się świetną interwencją po tym, jak strzałem z przewrotki z bliskiej odległości próbował pokonać go Michał Kucharczyk. W końcówce atakujący coraz większą ilością zawodników gospodarze kilka razy narażali się na groźne kontrataki Bełchatowa, ale w drużynie gości zabrakło kogoś, kto mógłby popisać się ich skutecznym wykończeniem. W 70. minucie po efektownym podaniu Mouhamadou Traore bliski tego był Mak, ale jego strzał z ostrego kąta wybronił Kuciak.


Tak naprawdę nie było w tym meczu momentu, gdy Legia zasługiwałaby na prowadzenie. Warszawiacy wykazali zbyt mało sportowej złości i determinacji, by przełamać defensywę rywali, a im bliżej było do końcowego gwizdka sędziego, tym więcej nerwowości wkradało się w ich poczynania. Czy przyczyną było niewłaściwe podejście do rywala? Nie sądzę. Legia to doświadczony zespół, który wyciągnął już lekcje z takich meczów jak w zeszłym sezonie z Podbeskidziem, gdy zlekceważenie Górali skończyło się porażką. Wygląda na to, że problem drużyny Jana Urbana może tkwić nieco głębiej. Dziś poza Ljuboją zupełnie niewidoczni pozostawali zawodnicy mający stanowić o sile ofensywnej Legionistów: rzadko piłkę przy nodze miał Wladimer Dwaliszwili, Jakub Kosecki nie miał szans by się rozpędzić, a dobrze pilnowany przez bełchatowskich stoperów Marek Saganowski wyglądał na bezradnego. Na panikę jest oczywiście zdecydowanie za wcześnie, ale alarmująca dla Legii jest dyspozycja szybkościowa jej zawodników. Dziś piłkarze GKS-u jako pierwsi dopadali niemal do każdej piłki i fizycznie wyglądali lepiej na tle swoich rywali. Drużynie Jana Urbana oddajmy fakt, iż w składzie na ten mecz zabrakło kilku kluczowych piłkarzy, m.in. Miroslava Radovicia, który mógłby nieco rozciągnąć szyki obronne Bełchatowa. Jeżeli jednak Legia chce zdobyć mistrzostwo Polski, musi wygrywać przed własną publicznością takie mecze jak ten.


GKS Bełchatów ma swego rodzaju patent na Legię. Wliczając dzisiejsze spotkanie, przy Łazienkowskiej nie przegrał już od pięciu meczów, a przy odrobinie szczęścia mógł pokusić się w sobotni wieczór o zwycięstwo. W Bełchatowie zdecydowanie brakuje jednak napastnika z prawdziwego zdarzenia, którym nie jest póki co Bartłomiej Bartosiak, ani wchodzący z ławki Traore. Kamilowi Kieresiowi udało się za to zbudować ambitnie walczący, nieźle zorganizowany młody zespół i trzeba przyznać, że ogląda się to z przyjemnością. 


Piast Gliwice 1-1 Zagłębie Lubin


Żywy i szybki mecz mogli momentami obejrzeć kibice przy Okrzei w Gliwicach. Faworytem sobotniej potyczki byli lubinianie, więc w Gliwicach remis powinno przyjąć z zadowoleniem. Okoliczności sprawiły jednak, że kibice Piasta, wychodząc ze stadionu czuli duży niedosyt. Przyjezdni wyrównującą bramkę zdobyli bowiem dopiero w 91. minucie, kiedy to po wrzutce z rzutu rożnego Roberta Jeża, piłkę do siatki skierował niepilnowany Adam Banaś.
 

Rzutu rożnego dla Zagłębia wcale jednak nie musiało być, gdyby nie fatalne zachowanie we własnym polu karnym Adriana Klepczyńskiego, który nie zrozumiał się z Dariuszem Trelą. W wyniku nieporozumienia, ten pierwszy wyekspediował piłkę na róg, dając sposobność do zdobycia bramki Zagłębiu.


Z przebiegu meczu remis jest wynikiem sprawiedliwym, choć w pierwszej połowie przyjezdni powinni prowadzić co najmniej 3:0. Fantastyczną szansę do zdobycia pierwszej bramki już w trzeciej minucie miał Michal Papadopoulos. Czech w piłkę trafił jednak kolanem, zamiast nogą, a ta wylądowała w rękach interweniującego Treli. Później szansę na umieszczenie piłki w siatce golkipera Piasta mieli jeszcze Robert Jeż, Kamil Wilczek i po raz drugi Papadopoulos.


Po zmianie stron więcej z gry miał Piast. Swoją przewagę gliwiczanie udokumentowali w 57. minucie, kiedy to po błędzie Bartosza Rymaniaka, niepilnowany w pole karne wbiegł Ruben Jurado. Hiszpan przytomnie podał do Tomasa Docekala, a ten wbił piłkę do pustej bramki. Gospodarze nie spoczęli na laurach i po składnej akcji Podgórskiego z Cicmanem mieli szansę na podwyższenie rezultatu. Strzał tego drugiego okazał się jednak minimalnie niecelny.


Ostatnie 10 minut pojedynku należało już do Zagłębia. Lubinianie pomimo frontalnych ataków nie potrafili sobie stworzyć dogodnych sytuacji… aż do wcześniej wspomnianej 91. minuty.


Wynik tego spotkania spowodował, że w środku tabeli utrzymał się status quo. Piast Gliwice nadal na przed Zagłębiem Lubin, a rozdziela je ósma ekipa Pogoni Szczecin.
 


Ruch Chorzów 3-0 Widzew Łódź


Po drugiej wiosennej kolejce Widzew będzie zasługiwał na miano najładniej przegrywającej drużyny w Ekstraklasie. Tydzień temu na zmrożonym boisku mistrza Polski we Wrocławiu łodzianie przegrali, choć zaprezentowali się z całkiem niezłej strony. Podobnie było w sobotnim pojedynku w Chorzowie, a wynik 3:0 nie do końca oddaje układ sił, jaki obserwowaliśmy na boisku.


Od pierwszych minut to goście starali narzucić swój styl gry i częściej stwarzali zagrożenie pod bramką rywali. W 15. minucie mogli nawet wyjść na prowadzenie, ale Mariusz Stępiński w sytuacji sam na sam przegrał pojedynek z Michalem Peskoviciem. Tymczasem Ruchowi, który dysponuje w ofensywie znacznie bardziej doświadczonymi piłkarzami, wystarczył zaledwie jeden strzał na bramkę, by objąć prowadzenie. W 17. minucie dobrym podaniem z głębi pola kontratak gospodarzy rozpoczął Pavel Sultes, a Maciej Jankowski strzałem w długi róg zza pola karnego po raz pierwszy tej wiosny uradował kibiców Niebieskich.


Mimo straconej bramki Widzew nie rezygnował i nadal prezentował się nieco lepiej od gospodarzy. Dobre sytuacje mieli między innymi Bartłomiej Pawłowski i Łukasz Broź, ale ten pierwszy zadryblował się w polu karnym Ruchu, a strzał prawego obrońcy trafił w słupek. W 41. minucie goście otrzymali jednak kolejny cios, po którym nie zdołali się już podnieść. Fatalny błąd popełnił Milos Dragojević, wychodząc aż na 40. metr, by zatrzymać kontratak Niebieskich. Pierwszy do piłki dopadł jednak Jankowski, golkiper łodzian zagrał piłkę ręką, a sędzia był zmuszony pokazać mu czerwony kartonik. Czarnogórca zastąpił między słupkami 20-letni Maciej Krakowiak i popisał się kilkoma dobrymi interwencjami, ale nie był w stanie uchronić swojej drużyny od porażki. Kilka minut po zmianie stron rzut karny zamienił na gola Marek Zieńczuk i od tej pory Ruch spokojnie kontrolował przebieg wydarzeń na boisku.


W drugiej połowie Widzew nie złożył broni, ambitnie starając się o kontaktową bramkę. Piłkarzom gości ewidentnie brakowało jednak jednego zawodnika, z czego skrzętnie korzystał wyprowadzający groźne kontry Ruch. Chorzowianie mogli ten mecz wygrać nawet nieco wyżej, ale swoich sytuacji nie wykorzystali między innymi Jankowski i Filip Starzyński. W doliczonym czasie gry łodzian dobił były Widzewiak, Mindaugas Panka, który pojawił się na boisku zaledwie kilkadziesiąt sekund wcześniej.


Ruch w przeciągu kilku dni zdołał podnieść się z kolan. Po fatalnym występie z Lechem najpierw zremisował w Pucharze Polski z Zagłębiem Lubin, a w sobotę w meczu przyjaźni zdecydowanie pokonał Widzew. Podopieczni Radosława Mroczkowskiego nie grają źle, ale po dwóch wiosennych meczach mają na swoim koncie zero punktów. Jeśli w następnej kolejce nie poradzą sobie w Bełchatowie, przy Piłsudskiego zrobi się gorąco.

 

Autor: Przemysław Drewniak

Współpraca: Hubert Błaszczyk

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)