Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Zagubiony w stolicy. Główne grzechy Henninga Berga

Zagubiony w stolicy. Główne grzechy Henninga Berga

Piłka nożna | 02 paździenika 2015 14:49 | Krzysztof Mokrzycki
Współpraca Berga z Legią się wypaliła
fot. wikipedia.org
Współpraca Berga z Legią się wypaliła

 Niespodzianki nie było. Legia walczyła, miała nawet swoje okazje, ale goście z Neapolu byli lepsi i zasłużenie wygrali. Tak naprawdę ekipa z Włoch pokazała „Wojskowym”, jak dużo im jeszcze brakuje, żeby być na ich miejscu w Europie, a przy okazji udowodniła, że samą ambicją nic się nie zdziała. To chyba koniec Berga w stolicy.


Prawdę powiedziawszy pierwsza połowa w wykonaniu Legii wyglądała całkiem solidnie. Trener Berg zaskoczył wszystkich składem, bo na ławce rezerwowych znalazł się najlepszy obecnie gracz wicemistrza Polski, czyli Węgier Nemanja Nikolić. Goście mieli oczywiście kilka dogodnych okazji w pierwszej części gry, ale albo strzelali zbyt lekko, albo nie trafiali w bramkę strzeżoną przez Dusana Kuciaka. Ze strony gospodarzy starał się Prijović, ale tego dnia nie wychodziło mu zbyt wiele.
Goście sforsowali obronę Legii dopiero w drugiej połowie, kiedy najpierw Mertens uderzeniem głową pokonał Kuciaka, a w samej końcówce fantastyczną akcją popisał się Gonzalo Higuain i świetnym uderzeniem pod poprzeczkę ustalił wynik spotkania.


Niezrozumiałe decyzje taktycznie i personalne sprawiły już jakiś czas temu, że Norweg nie jest mile widziany przez kibiców Legii na ławce trenerskiej. O ile w swoim pierwszym okresie po przejęciu zespołu miał ułatwione zadanie, bo warszawski klub przewodził ligowej stawce, co przejął w spadku po Janie Urbanie, o tyle drugi sezon zaczynał już na własną kartę. Musiał łączyć europejskie puchary z rozgrywkami ligowymi. Rotował składem jak pokręcony, ale co z tego, skoro w eliminacjach Champions League Legia grała znakomicie, poza pierwszą wpadką z amatorami z St.Patricks, a w polskiej Ekstraklasie przegrywała z ekipami pokroju Bełchatowa?


Na szczęście Berga broniła znakomita postawa w Europie. Wyśmienite spotkania z Celtikiem, a potem wygranie grupy w Lidze Europy pokazały, że Norweg tchnął nowego ducha w drużynę. W lidze dosyć szybko udało się dobić do fotelu lidera tabeli i zakończyć na nim rundę zasadniczą. Niestety, psuć zaczęło się po nowym roku. Dlaczego? Najpierw Legia przegrała w Amsterdamie 0:1 w Lidze Europy, choć trzeba uczciwie przyznać, że gdyby nie golkiper Ajaxu, to warszawiacy wywieźliby z Holandii pewną wygraną. W rewanżu „Wojskowi” musieli zaatakować, za co zostali dosyć szybko skarceni i ostatecznie przegrali aż 0:3 i z hukiem odpadli z rozgrywek. Dodatkowo niezrozumiałe były decyzje Berga. W zimowym okienku transferowym na Łazienkowską zawitało kilku graczy, o których Borweg zabiegał. Dziwnym trafem nie było wśród nich lewego obrońcy i nadal jedynym graczem, który nominalnie występował na tej pozycji, był Tomasz Brzyski, któremu bliżej do końca kariery niż lat świetności. Sprowadzono za to klasowego rywala dla Kuciaka, a mianowicie Arkadiusza Malarza. I tu zaczęły się cyrki; Berg zdecydował, że numerem 1 w lidze będzie właśnie były bramkarz GKS-u Bełchatów. Ten puszczał jak najęty, ale chociaż troszkę spełnił swoją rolę, bo oto jego przybycie na Ł3 na tyle zmobilizowało wspomnianego Słowaka, że ten zaczął bronić jak natchniony. Malarz z kolei zawalił ówczesnym mistrzom Polski mecz z Lechem, otrzymując w nim czerwona kartkę. Legia przegrała, a sam zawodnik od tamtej pory w lidze nie powąchał nawet murawy. Ba, nie grał nawet w spotkaniach Pucharu Polski, gdzie trener zazwyczaj dawał pokopać zmiennikom. Dodatkowo wtrącał się w pracę Magiery, trenera zespołu rezerw. Co tydzień Norweg dawał Polakowi rozpiskę, kto ma grać, a kto nie. W końcu "Magic" nie wytrzymał i powiedział Warszawie: "Adios".


Innym grzechem Norwega był Orlando Sa. Portugalczyk nie był ulubieńcem coacha i nie grywał w pierwszym składzie. Najciekawsze było to, że gdy tylko były reprezentant kraju pojawiał się na boisku, to trafiał do siatki rywala. Ale fakt bycia najlepszym strzelcem w zespole nie dawał mu choćby cienia szansy na wyjście w pierwszej „11” Legii. Trener wolał grać zbliżającym się do końca kariery Markiem Saganowskim, a w pierwszej części sezonu nawet Piechem, potem wypożyczonym do Bełchatowa. A gdy kontuzji nabawił się jedyny lewy defensor w zespole, to zamiast zastąpić go kimś z czołowego w kraju zespołu młodzieżowego, zdecydował się na przesunięcie na lewą stronę obrony Brazylijczyka Guilherme. Tutaj mamy kolejny paradoks, bo przecież ten zawodnik to piłkarz stricte ofensywny, a Berg rzucał go po niemal wszystkich pozycjach na boisku. „Gui” grał u Norwega na lewej obronie, lewej pomocy, jako klasyczna „10” a nawet na prawym skrzydle. Pełnił rolę typowej zapchajdziury. W ogóle nie wprowadzano do gry młodych i utalentowanych, a tych najzdolniejszych oddawano bez żalu na wypożyczenia, zazwyczaj do zaprzyjaźnionych: Dolcana Ząbki lub Zagłębia Sosnowiec. Ostatecznie Legia frajersko przegrała tytuł mistrzowski w dodatkowej rundzie na korzyść Lecha. Jasne, można narzekać na natężenie spotkań, kontuzje czy też podział punktów po rundzie zasadniczej. Można mieć zastrzeżenia do postawy Górnika Zabrze w przedostatnim meczu w Poznaniu, ale przecież nikt nie zabronił Bergowi tracić punktów w meczach z takimi zespołami, jak wspomniany Bełchatów czy Górnik Łęczna. Nad głową Berga zaczęły zbierać się ciemne chmury.


Ostatecznie postanowiono pozostawić go na stanowisku na sezon 2015/2016. Przygodę w Europie rozpoczął dobrze, bo wygrywał ze wszystkimi jak leci. Wcześniej jednak popełnił znowu stare grzechy na rynku transferowym. Czytaj: nie kupił lewego obrońcy. Legia testowała na tej pozycji kilku piłkarzy, ale żaden z nich, według Berga, nie prezentował choćby takiego poziomu, żeby być zmiennikiem dla Brzyskiego. Oczywiście też nikogo z młodzieżowej Legii nie włączył do kadry na tę pozycję. Jedynym szczęśliwym, który załapał się do ligowej kadry jest Makowski, który dostaje swoje szanse w wielu meczach, ale wchodzi zazwyczaj tylko na „ogony” spotkań. Ostatnio cyrkiem okazało się zezwolenie na występ w meczu rezerw zawieszonego za kartki Kuby Rzeźniczaka. Czy Berg nie wiedział, że w niższych ligach w Polsce piłkarze kopią się po kościach, a nie w futbolówkę? Chcąc nie chcąc naraził swojego kapitana na uraz, którego na szczęście ten się nie nabawił. We wspomnianym meczu zagrał też wspomniany, zardzewiały już Malarz, który zabrał miejsce między słupkami młodemu Haluchowi. Dodajmy, że mecz ten rezerwy Legii przegrały 1:4.


Jedynym, co ratowało Berga, był Nemanja Nikolić. Węgier trafił na Łazienkowską jako następca sprzedanego do Reading Orlando Sa i od razu znakomicie wkomponował się w zespół, ładując gola za golem. Do pary sprowadzono mu Prijovicia, który z wyglądu przypomina Zlatana Ibrahimovicia. Norweg zatem odstawił preferowany system z jednym napastnikiem i przeszedł na 4-4-2, z dwoma wyżej wspomnianymi zawodnikami z przodu. Legia nie mogła się w tej taktyce odnaleźć, ale ratował ją niezawodny Nikolić, którego współpraca ze Szwajcarem wyglądała bardzo solidnie. Niestety, na dłuższą metę jasne stało się, że ligowi rywale rozszyfrują grę „Wojskowych” i tak się też stało. Legia zaczęła tracić punkty z Piastem czy ostatnio Termaliką. Ten remis wywołał u kibiców złość na norweskiego szkoleniowca. O ile grzechem sezon temu było nadmierne rotowanie składem, tak teraz Heenning Berg zaprzestał tej praktyki. I to dosłownie. Czy to liga, europejskie puchary czy tylko puchar krajowy, grają w zasadzie ci sami ludzie. Brzyski, z całym szacunkiem dla niego, wygląda tak, jakby zaraz miał się rozsypać, bo tylko biega od jednego pola karnego do drugiego, niczym krążownik. A zmiennika nie ma, no bo przecież po co? Czarę gorczy przelała decyzja, by w meczu ligowym na środku obrony zagrał… nominalny pomocnik, Stojan Vranjes!


Gdy doszło do meczu z Napoli, szybko okazało się, że sam trener wie, że stąpa po cienkim lodzie. Szybko zmienił taktykę z 4-4-2 na poprzednie preferowane ustawienie, czyli 4-5-1. Ale oto na szpicy, zamiast skutecznego Nikolicia, zagrał Prijović. Berg tłumaczył to „taktyką” ale szczerze mówiąc nie chce mi się wierzyć, żeby wierzył, iż wysoki i silny fizycznie Szwajcar ugra więcej z defensorami Napoli, niższybki, zwinny i znakomicie grający w linii z obrońcami Węgier. Tak też się stało i warszawski Ibrahimović nie pokazał w tym meczu nic ciekawego.


Ogólnie posada Berga wisi nawet nie na włosku. Niemal przesądzone jest, że Norweg prędzej niż później zostanie wyrzucony, nawet pomimo wielkiego odszkodowania, które będzie musiała mu wypłacić Legia. Swoją przygodę w Warszawie zamknie zdobyciem dwóch Pucharów Polski oraz jednego mistrzostwa (notabene przygotowanego w dużej mierze przez Urbana). Kibice na pewno zapamiętają mu jednak złe rzeczy, czyli „zniszczenie” kilku niezłych, jak na polskie warunki, graczy, jak choćby wspomnianych jakiś czas temu Arkadiuszów; Piecha i Malarza, a także Jakuba Koseckiego. Ponadto do dziś, gdyby nie Nikolić, warszawska „Żyleta” wypominałaby sprzedaż za grosze Orlando Sa. Że o namiętnych rotacjach pozycjami na boisku nie wspomnę.


Berg pogubił się w Warszawie, a jego współpraca z piłkarzami zwyczajnie się wypaliła. Na pewno nie można napisać, że Norweg w stolicy nie zrobił absolutnie nic, bo przecież wygranie w zeszłym sezonie grupy w Lidze Europy to w dużej mierze jego zasługa. Jednak nic nie trwa wiecznie, a kiedyś sam Guardiola powiedział, że jak się spędza w jednym miejscu za dużo czasu, to kończy się to źle. Tego właśnie doświadcza Berg.

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)