Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna I have okazejszyn. Co się dzieje z Wojciechem Pawłowskim?

I have okazejszyn. Co się dzieje z Wojciechem Pawłowskim?

Piłka nożna | 13 paździenika 2015 12:16 | Krzysztof Mokrzycki
Pawłowski otrzymał kolejną szansę od Udinese. I chyba ostatnią.
fot. wikipedia.org
Pawłowski otrzymał kolejną szansę od Udinese. I chyba ostatnią.

A pomyśleć, że jeszcze kilka sezonów temu realnie mówiliśmy o tym, że wystarczy parę miesięcy, bo nawet nie lat, a polski zawodnik spokojnie przebije się do składu włoskiego Udinese. Wojciech Pawłowski miał przecież wszystko, co powinien mieć klasowy golkiper. Był młody, skoczny, miał znakomity refleks, kochał fruwać między słupkami. Niestety, we Włoszech mu nie wyszło, ale co gorsza – wyglądało na to, że to nie koniec zjazdu.

 

Niesamowite jest to, jak toczyły się losy Pawłowskiego. W Ekstraklasie, w barwach gdańskiej Lechii dostał swoją szansę i znakomicie ją wykorzystał. Rozegrał 16 meczów, z czego w lwiej części był najlepszym piłkarzem zespołu. A to była zupełnie inna drużyna niż obecnie, o czołowe lokaty nie walczyła. Młokos prezentował się podobnie, jak czyni to obecnie choćby Bartłomiej Drągowski. Fenomenalnie. Od razu zaczęły o niego pytać lepsze kluby, a ostatecznie, po dokończeniu sezonu w zielono-białych barwach, podpisał umowę z zespołem Serie A, Udinese Calcio, gdzie szukano następcy Samira Handanovicia, którego wodził na pokuszenie mediolański Inter. Wróćmy jednak do Lechii. 30 września 2011 roku zadebiutował w barwach klubu w zremisowanym 0:0 meczu z Bełchatowem. Jako debiutant nie wpuścił gola przez kolejne 321 minut, dzięki czemu pobił rekord należący wówczas do Łukasza Fabiańskiego, który tego wyczynu dokonał w barwach Legii.


W Ekstraklasie dał się pokazać jako bramkarz z charakterem, o dużej pewności siebie, poczuciu własnej wartości. Mentalnie nadawał się do gry na wysokim poziomie. Nie dał sobie w kaszę dmuchać, mówił buńczucznie o sobie, że jest najlepszym polskim bramkarzem. Po transferze do Włoch zdecydował się nawet odrzucać powołania do reprezentacji młodzieżowej.


Same początki w klubie, którego nieśmiertelną sławą jest Antonio Di Natale, miał co najmniej barwne. Chwalili młokosa trenerzy, a zgodnie z klubową tradycją, jako nowy zawodnik został zaproszony do Udinese Channel na wywiad. I to, co stało się w studio telewizyjnym stacji przeszło chyba do historii. Polak poprosił o tłumacza włosko-angielskiego, zamiast polskiego. Zdecydował, że rozmowa będzie toczyć się w języku, w którym włada większa część świata. Co stało się potem, wiecie sami. A jeśli nie pamiętacie, to polecamy obejrzeć poniższy filmik.

 

 

Niestety, teraz z lekkim przekąsem można stwierdzić, że powyższa sytuacja była najgłośniejszym „wyczynem” polskiego zawodnika we włoskim klubie. Szansy debiutu nie dostał, cały pierwszy sezon trenerzy wyżej cenili konkurencję. Polakowi udawało się jedynie czasami załapać na ławkę rezerwowych, gdzie siedział obok między innymi młodziutkiego Simone Scuffeta. Nikt wtedy nie przypuszczał, że to szybciej włoski wychowanek klubu zadebiutuje w barwach Udinese, niż Pawłowski. Chcąc grać, Polak zgodził się rok później na wypożyczenie do występującej w Serie B Latiny. Zespół ten miał walczyć o utrzymanie, wydawało się, że nasz bramkarz bardzo szybko zostanie tam podstawowym wyborem trenera. Tak się jednak nie stało. Poza wypowiedziami w mediach, w których winni byli wszyscy, tylko nie on (choć akurat w kwestii Udinese miał trochę racji), Polak nie błyszczał niczym. Niby sztab trenerski chwalił go za postawę na treningach, a Latina, o dziwo, zamiast walczyć o utrzymanie do końca sezonu biła się o prawo udziału w barażach o Serie A. Tyle, że bez udziału Pawłowskiego. Były zawodnik Lechii dostał kolejny policzek w twarz, bo nie dość, że przegrał rywalizację o bluzę z numerem 1, to jeszcze z nikomu nieznanym piłkarzem. W Latinie rozegrał okrągłe ZERO meczów. Ani razu nie podniósł się z ławki rezerwowych, co musiało dać do myślenia skautom Udinese, o trenerach nie wspominając. A gdyby Wojciech został w Lechii, być może teraz jego kariera byłaby w kulminacyjnym momencie. On sam jednak wówczas twierdził, że powrót do polskiej ligi nie wchodzi w rachubę, bo to ogółem rzecz ujmując bagno i syf. Zresztą nasz kraj opuszczał w atmosferze skandalu, bo poskarżył się w mediach, że został uderzony w twarz przez trenera bramkarzy Lechii Dariusza Gładysia. W międzyczasie powiedział, że Korona Kielce prezentuje poziom czwartej ligi.

Jakaż była to ironia losu i jakże wielu kibiców uśmiechało się złośliwie pod nosem rok później, kiedy młodego wciąż bramkarza wypożyczył Śląsk Wrocław. Żeby było śmieszniej, na Dolnym Śląsku był jedynie zmiennikiem Mariana Kelemena, starszego o ponad 15 lat!


Wystąpił tylko raz, gdy z powodu absencji Słowaka zajął miejsce w bramce podczas spotkania z Koroną. Zagrał znakomicie, a był to jego pierwszy występ od dwóch lat! Potem jednak Kelemen powrócił i Wojtek znowu usiadł na czterech literach w boksie dla rezerwowych, ale gdy w kolejnym sezonie (wypożyczenie obowiązywać miało cały kalendarzowy rok) wyszedł w końcu w pierwszym składzie na otwarcie sezonu wydawało się, że wreszcie karta się odwróciła. Nic bardziej mylnego. Już w drugim meczu zagrał słabo, a w dodatku otrzymał czerwoną kartkę za nieudane wyjście a la Neuer, które skończyło się zagraniem ręką poza szesnastką. Jego miejsce między słupkami zajął Mariusz Pawełek, a potem z ławki rezerwowych wygryzł go podobno wielce utalentowany Wrąbel. Golkiperowi Udinese została gra w rezerwach w trzeciej lidze. Zresztą od zespołu rezerw zaczął się koniec Pawłowskiego we Wrocławiu, bo odmówił on gry w drugim zespole w meczu z Zieloną Górą. Tego trenerzy nie zaakceptowali i Wojtek nie dość, że został odsunięty na stałe do rezerw, to o grze w Ekstraklasie (czy też „Ekstraklapie”, jak to sam mówił) mógł teraz jedynie pomarzyć.

 

Zawodnik, dzięki ławce rezerwowych, spokorniał trochę i zaczął mieć poczucie, że wcale nie jest tak wielkim, jak mu się wydawało. Rozdział wrocławski zamknął ledwie trzema meczami w przeciągu roku. Słabiutko. Zdecydował się więc iść na kolejne wypożyczenie, szukając swojego miejsca na ziemi. Piłkarskie ścieżki są jednak kręte i zaprowadziły Wojtka do… 1.ligi, a konkretniej do walczącej o utrzymanie Bytovii Bytów. Wydawało się, że to w końcu będzie jakikolwiek krok w przód, bo przecież na drugim szczeblu rozgrywek, w drużynie walczącej o ligowy byt, musi być łatwo o miejsce w bramce. Jego rywalem był 30-letni Tomasz Laskowski. Nazwisko ani znane, ani bardziej kojarzone niż Pawłowskiego. Początki miał udane, bo trenerzy mu ufali i grał regularnie. Z klubu odszedł jednak po paru meczach Paweł Janas, który go sprowadził, a w debiucie nowego szkoleniowca, Tomasza Kafarskiego były bramkarz Udinese zagrał beznadziejnie i wpuścił trzy gole. Gdy do bramki wskoczył wspomniany Laskowski, to od razu w meczu o sześć punktów wybronił drużynie mecz, między innymi nie dając się pokonać z rzutu karnego.


Kariera Pawłowskiego w Bytovii zamknęła się na pięciu meczach. Było jasne, że Polak znowu będzie musiał ruszyć w świat „za chlebem”. I ruszył.


Udinese jasno stwierdziło, że jeśli były młodzieżowy reprezentant Polski znajdzie sobie chętnego na swoje usługi, to oni nie będą robić mu żadnych problemów. W klubie mają wspomnianego wcześniej Scuffeta, który po odejściu Pawłowskiego wskoczył do bramki w Serie A i zasłynął zatrzymaniem Milanu. Były więc zawodnik Lechii ruszył w Europę w poszukiwaniu klubu. Zaoferował się na… Litwie, a konkretniej w trzeciej sile ligi, czyli Atlantasie Kłajpeda. Dla wyjaśnienia, trzeci zespół ligi litewskiej nie ma szans na tytuł, gdzie ligą rządzi i dzieli od paru lat Żalgiris Wilno, który wygrywa mistrzostwa z olbrzymią przewagą. Dodajmy też, że liga litewska w rankingu UEFA znajduje się dramatycznie nisko, bo za ligami pokroju Macedonii, Luksemburga czy Liechtensteinu. Czyli w skrócie dno dna.


Ale do rzeczy. Trenerzy z Kłajpedy, zafascynowali bogatym CV zawodnika postanowili dać mu szansę, ale … na testach. To musiało boleć, że taki zawodnik ma przechodzić okres próbny w zespole, który w lwiej części składa się z amatorów. Mając jednak nóż na gardle, zgodził się i, co gorsza, oblał. Oficjalnie trenerzy uznali, że nie jest lepszy od ich bramkarzy. Od tamtej pory ślad po nim zaginął i nie wiemy, gdzie tym razem się uda w poszukiwaniu nowego pracodawcy. Ciekawi tylko, co musieli myśleć sobie w Udinese, skoro ich zawodnik nie potrafił załapać się do tak słabej ligi? Mawia się, że trzeba sięgnąć dna, żeby się mieć od czego odbić. Sęk polegał na tym, że wyglądało to tak, jakby polski bramkarz wpadł do studni bez dna. I nie miał się jak stamtąd wybić. Pomoc przyszła z najmniej chyba oczekiwanej strony.


Obecnie były golkiper Śląska trenuje ponownie z Udinese, z którym ma wciąż ważny kontrakt. Początkowo treningi zaliczał w drużynie rezerw, ale ostatnio udało mu się awansować do pierwszego zespołu i… kto wie?


Historia Pawłowskiego przypomina istną sinusoidę i pokazuje, jak dużą rolę w zawodowej piłce odgrywa… głowa. Bez niej nawet największy talent może nie wystarczyć do zrobienia kariery. Golkiper Udinese ma jednak taki plus, że na własnych błędach uczy się jako młokos. Przecież ma dopiero 22 lata i jak na ten wiek już olbrzymi bagaż doświadczeń na karku. Teraz od niego zależy, czy będzie potrafił zrobić z tego właściwy użytek i czy po tylu wzlotach oraz zwłaszcza upadkach uda mu się w końcu wyjść na prostą. Wszystko w jego nogach, a właściwie rękach, i wspomnianej głowie, czyli jak mawia klasyk: „we will say what time will tell”. Mamy jednak nadzieję, że Pawłowski w końcu znajdzie klub, gdzie zostanie numerem 1 w bramce i odbuduje się na miarę niemałego przecież talentu.

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)