Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Quo vadis Jagiellonio?

Quo vadis Jagiellonio?

Piłka nożna | 19 lutego 2016 20:14 | Mateusz Decyk

fot. Marcin Karczewski / Superstar.com.pl

Solidny łomot jaki otrzymała drużyna Jagiellonii w Warszawie, w inauguracyjnej kolejce wiosennej rundy Ekstraklasy musiał odcisnąć swoje piętno na białostockich piłkarzach. Nikt chyba nie spodziewał się, że po raz drugi w tym roku żółto-czerwoni wyjdą na boisko z kilkudziesięciominutowym opóźnieniem. Zwycięstwo? Trzy punkty cieszą, ale przy ulicy Słonecznej więcej jest zmartwień niż powodów do radości.


Trudno mieć zastrzeżenia do klubowej polityki, która stworzyła Michałowi Probierzowi laboratoryjne warunki do zbudowania w Białymstoku drużyny grającej o najwyższe cele w Ekstraklasie. Inteligentne transfery, obóz przygotowawczy zorganizowany w świetnych warunkach oraz wymagający sparingpartnerzy. Niestety, okazuje się że to wszystko na niewiele się zdało, bowiem to co w okresie przygotowawczym powinno zostać wypracowane, w przeciwieństwie do uchodźców nie przekroczyło tureckiej granicy, ponieważ na polskich boiskach Jagiellończycy prezentują się jak drużyna na poziomie juniorskim. Nie chodzi mi rzecz jasna o brak umiejętności poszczególnych zawodników, ale o organizację gry, której kompletnie nie było widać, roszady w linii defensywnej na niewiele się zdały, a jedyny piłkarz obrony – Matija Sirok, który nie zasługiwał na srogą burę po meczu przy Łazienkowskiej, po przerwie nadawał się do zmiany, gdyż rozegrał fatalne zawody, a co gorsza na jego konto możemy zapisać straconą bramkę, bo faulu którego dopuścił się na Robercie Pichu nie sposób zrozumieć, a nawet opisać w parlamentarnych słowach. Po tej sytuacji słoweński piłkarz kompletnie zatracił pewność siebie i raczej trudno spodziewać się, by po tym występie otrząsnął się do następnej kolejki, w której rywalem będzie poznański Lech. Nieco lepiej sytuacja wyglądała po wejściu Łukasza Burligi, dla którego był to jednak debiut i trudno wymagać od niego gry na najwyższym poziomie po kilku treningach z nową drużyną.


Jeśli chodzi o defensywę solidniej wyglądało już zestawienie Tarasovsa z Maderą, ale wynikało to raczej z klasy rywala, który nie kwapił się do wiązania nóg białostockiemu duetowi, a raczej ekspediował piłkę na ich głowę, bo trudno inaczej nazwać próby dośrodkowań wrocławskiej drużyny. Niepokojem napawała druga linia i widoczny gołym okiem brak Jacka Góralskiego. Już w pierwszych minutach Taras Romańczuk zasłużył na żółtą kartkę nie do końca radząc sobie z Marioką, który zdominował grę w środku pola. Dominacja gości objawiała się głównie w świetnym pressingu, który trener Szukiełowicz z pewnością wypracował u swoich zawodników w trakcie zakopiańskiego triathlonu. Piłkarze Jagiellonii grali z pominięciem drugiej linii, nieporadnie wysyłając w bój Grzelaka, który nie miał większych szans w pojedynkach główkowych z obrońcami Śląska. Gra na odgrywającego nie skutkowała, piłką po ziemi nie miał kto grać, a o dośrodkowaniach Przemysława Frankowskiego powinniśmy jak najszybciej zapomnieć. Jak to się więc stało, że Jagiellonia nie schodziła na przerwę przegrywając różnicą kilku trafień, a remisując? Okazuje się, że Śląsk to jednak nie jest drużyna tak świetna jak malowali ją kibice po inauguracyjnej batalii z Wisłą, a Mariusz Pawełek…nadal posiada swoją legendarną skłonność do wpadek na poziomie ligi okręgowej. Sytuację, w której bramkę strzelił Rafał Grzyb trzeba po prostu obejrzeć, bo opisanie jej mogłoby sprawić problem niejednemu bardowi polskiej prozy.


Po pierwszej części piłkarze Jagiellonii wymienili niemal o sto mniej podań od gości. Rzadziej byli przy piłce oraz stworzyli mniej sytuacji podbramkowych. Na szczęście dla Michała Probierza, rywal wolał skupić się na obijaniu band reklamowych niż zatrudnianiu Bartłomieja Drągowskiego. W drugiej połowie spotkanie stało się ,,typowym meczem walki’’. Jak wiemy tym terminem określamy w naszym kraju spotkanie, w którym żadna z drużyn nie jest w stanie stworzyć realnego zagrożenia w polu karnym rywala, większość akcji toczy się w środku pola i w zasadzie to obie drużyny wydają się być usatysfakcjonowane podziałem punktów. Momentem przełomowym okazało się wejście Karola Świderskiego, który zmienił Fiodora Cernycha. Litwin po raz kolejny zawiódł. Czego innego spodziewano się po byłym zawodniku Łęcznej w Białymstoku już na jesieni. Tymczasem młody napastnik nie pokazuje w swojej grze żadnego elementu, który moglibyśmy zapamiętać z jego najlepszego okresu podczas pobytu w drużynie Jurija Szatałowa. Trzy punkty zapewnił Jagiellonii wspomniany już wcześniej Świderski, który dzięki fatalnej interwencji Mariusza Pawełka zdobył bramkę. Po tej sytuacji zespół Jagiellonii poczuł krew i zaczął jeździć po trawie na wszystkich czterech literach jakie miał do dyspozycji. To była właśnie Jaga, która wyszarpała trzecie miejsce w poprzednim sezonie, ta którą zapamiętaliśmy z jej najlepszych spotkań. To przede wszystkim charakterem, a nie bezbłędnością i konsekwencją taktyczną ten zespół zdobył najwięcej punktów.


Mimo wszystko pewnych rzeczy Michałowi Probierzowi nie sposób wybaczyć. Trzy punkty cieszą, ale nawet przy sposobności do gry z kontry jego zespół nie był w stanie pokazać jakości, do której jest predysponowany. Problemem objęta jest cała organizacja gry, a czasu do meczu w Poznaniu pozostało naprawdę niewiele. Może się okazać, że podobnie jak jesienią, kilometry przebiegnięte przez Jacka Góralskiego nie wystarczą na wywalczenie miejsca w pierwszej ósemce. Do poprawy jest sporo, ale należy mieć nadzieję, że te trzy punkty będą pozytywnym impulsem do ciężkiej pracy na treningach. Fani z Białegostoku z pewnością liczą na poprawę przy stałych fragmentach gry, a nie wątpię, że z chęcią zobaczyliby na boisku Alvarinho. Portugalczyk tak naprawdę na stadionie przy Słonecznej nie pokazał jeszcze nic, a nie sądzę, by w roli zastępcy Cernycha lub Frankowskiego, znacząco obniżył jakość całego zespołu.


***


Dla Bartłomieja Drągowskiego ważniejsza od tych trzech punktów może się okazać podwójna interwencja z ostatnich minut meczu, kiedy to w cudowny sposób uratował dwa punkty dla gospodarzy. Taka robinsonada może dać młodemu golkiperowi zastrzyk pewności siebie na resztę sezonu, a to może się okazać kluczowe w kontekście walki o jak najwyższe miejsce w tabeli, ale również w wypracowaniu jak najwyższej kwoty odstępnego w letnim oknie transferowym.


Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)