Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Bez szału, lecz z dużym spokojem i cierpliwością. Wygrana z Serbią na dobry początek roku

Bez szału, lecz z dużym spokojem i cierpliwością. Wygrana z Serbią na dobry początek roku

Piłka nożna | 23 marca 2016 22:46 | Marcin Borciuch

fot. Monika Wantoła/SPORT4FANS

 Nikt nie mówił, że będzie łatwo, ale też nikt nie mówił, że będzie trudno. Serbia nigdy nie była dla nas wygodnym rywalem, to tym razem nie sprawiali dużych kłopotów. Spokojna wygrana 1-0 pokazała, że umiemy grać zespołowo, szanować piłkę i uczyć się na własnych błędach.

 

Ostatnie występy reprezentacji w listopadzie oraz mecze naszych zawodników w klubach napawały przeogromnym optymizmem przed marcowymi spotkaniami towarzyskimi. Te sparingi miały rozpocząć przygotowania już stricte pod francuskie EURO. Na pierwszym ogień poszła Serbia, którą dobrze znamy z eliminacji do Mistrzostw Europy w Austrii i Szwajcarii w 2008 roku – wtedy to wygraliśmy w Warszawie 1-0 i zremisowaliśmy w Belgradzie na koniec 2-2. Pełna historia starć polsko-serbskich jest minimalnie po stronie przeciwnika – na 25 meczów (liczymy jeszcze te z Jugosławią oraz Serbią i Czarnogórą) wygraliśmy dziewięć, tyle samo przegraliśmy, zremisowaliśmy siedem, ale bilans bramkowy jest gorszy - 50-54.

 

Choć w reprezentacji Serbii występują naprawdę wielkiego formatu piłkarze jak Branislav Ivanović, Nemanja Matić, Aleksandar Kolarov, Adem Ljajić, Filip Duricić, czy też dobrze prosperujący Predrag Rajković, mistrz świata z drużyną do lat 20, to nie powodzi się im dobrze w ostatnim czasie. Dłuższym czasie – na 15 poprzednich meczów wygrali tylko cztery, a w tym samym czasie my przegraliśmy tylko jeden – z Niemcami we Frankfurcie.

 

Pierwsza połowa, czyli przebudzamy się z zimowego snu

 

Niemrawy początek obu drużyn, a tu nagle mogła Serbia prowadzić – wolny Ljajicia „Fabian” wybił do góry, wyskoczył potem jeden z napastników serbskich do główki i z najbliższej odległości przelobował bramkę. Chwilę później ten sam zawodnik strzelił z dystansu po stracie Polaków pod własnym polem karnym, ale piłka minęła bramkę.

 

Trzeba było się w końcu wybudzić z zimowego snu, jak zwierzęta z lasu. Reprezentacja zaczęła grać się dużym spokojem i wykazywała się wysoką kulturą gry – mozolne budowanie ataku pozycyjnego, ale chyba za wolna i za grzeczna była to gra. Serbowie z łatwością wybijali i przejmowali piłkę. Powoli „Biało-czerwoni” łapali rytm, przejmowali inicjatywę, nie odpuszczali i w końcu dostali to, co chcieli – prowadzenie. Piłka spadła pod nogi Błaszczykowskiego na 16. metr. On niekryty, ma bardzo dużo miejsca, a biało-czerwona futbolówka od Nike jakby mówiła do niego „Błagam, strzel teraz mną bramkę!”. Jak chciała, tak zrobił. Bez przyjęcia, po ziemi, nie dał szans bramkarzowi, Vladimirowi Stojkoviciowi, i zrobiło się 1-0.

 

Serbowie po straconej bramce niby chcieli agresywniej podejść, żeby wyrównać jak najszybciej, ale to były prędzej jakieś małe podrygi, improwizacje, niż jakieś założenia taktyczne. Podopieczni Adama Nawałki cały czas grali po swojemu, bawiąc się na skrzydłach. Odważne zejścia do środka Błaszczykowskiego i Grosickiego mogły się podobać, sprawiały też problemy serbskim bocznym obrońcom. Szczególnie „Grosik”, czasem z Maciejem Rybusem, kręcili Ivanoviciem kilkukrotnie, co pokazywało, że kapitan reprezentacji Serbii jest bez formy.

 

Pierwsze 45 minut były bardziej szachowe, statyczne, mało przyspieszeń i dynamizmu w akcjach. Piotr Zieliński specjalnie nie mógł rozgrywać, ponieważ miał też dużo zadań defensywnych, więc wykazać się specjalnie nie mógł. Bartosz Salamon, który wrócił do kadry narodowej po 2,5 roku, grał dobrze, nie miał jakichś trudniejszych sytuacji. Grając u boku Kamila Glika może dużo się nauczyć, a i myślenie mają trochę podobne w kwestii obrony – w końcu obaj grają we włoskich klubach, a Italia słynie z bardzo dobrego szkolenia defensorów.

 

Druga połowa – zmiany i więcej dobrej agresji

 

W drugiej połowie pojawił się między słupkami Wojciech Szczęsny. Do tego zaczęliśmy agresywniej, zwiększyliśmy pressing w środku pola, a z nim Serbia miała kłopoty. Czary Milika i strzał w słupek, dobra sytuacja „Lewego”, ale spalony… Początek dużo lepszy w tej połowie niż w poprzedniej. Ciągle panował duży spokój w szeregach naszej reprezentacji, zawodnicy mądrze się ustawiali, grali naprawdę dojrzale.


Szczęsny pierwszy raz został sprawdzony w 60. minucie. Mocny strzał Ljajicia obronił, ale z problemami i przeciwnicy mieli tylko rzut rożny. Ljajić był chyba największym zagrożeniem ze strony serbskiej w tym meczu. Był najbardziej aktywny, szukał gry, sytuacji i okazji do strzału. Najbardziej jemu chciało się walczyć i biegać za piłką.

 

Z czasem pressing został zmniejszony, co było na rękę Serbom, bo mogli w końcu pograć piłką i tworzyć zagrożenie takie jak na początku spotkania. Jednak nie mogli się z tego długo cieszyć. Futbolówka wolała być przy nogach Błaszczykowskiego. Około 70. minuty po kilku ładnych podaniach dotarła do niego, a on huknął mocno na bramkę. Tym razem obok, w pierwszej połowie trafił jeszcze w słupek. Pomocnik Fiorentiny wykazywał się dużą chęcią do kombinacyjnej gry i wolą walki.

 

Kilka chwil później znowu dośrodkowania, kilka podań, piłkę jak na tacy dostał Krychowiak, ale popularny „Krycha” uderzył niecelnie. Znowu zagrali większą ilością zawodników z przodu, z pazurem, większą mocą.

 

Serbia próbowała coś poszarpać, wyłuskać piłkę i coś swojego rozegrać. Raz się udało, ale gol Duricicia ze spalonego. Potem Szczęsny intuicyjnie i efektownie sparował na poprzeczkę strzał głową jednego z Serbów, a w jeszcze następnej akcji zablokował strzał po indywidualnym rajdzie jednego z rywali.

 

Nawałka dał pograć Jodłowcowi, Borysiukowi, Pazdanowi i Teodorczykowi i całkiem przyzwoicie wykorzystali otrzymane minuty.

 

Być może grząska murawa utrudniała poruszanie się i płynną grę przez cały mecz i to miało wpływ na daleki od perfekcji występ kadry Nawałki. Mimo to dalej panuje wśród kibiców i w drużynie optymizm. Materiałów do analizy pewnie trochę jest, ale nauki nigdy za wiele.

 

Ładny mecz nowych trykotów

Nike i PZPN długo trzymały nas w niepewności, jakie będą nowe stroje reprezentacyjne. Do Internetu wyciekały projekty innych drużyn narodowych, które się potwierdzały, a o naszych poszło info dzień, góra dwa, przed oficjalną prezentacją. Słynną amerykańską łyżwę można posądzić o lenistwo w przypadku pozostałych klientów (identyczny wzór dostały m.in. Anglia, Francja, Holandia). Naszą kadrę potraktowali inaczej niż resztę, co przyjęło się nie tylko wśród polskich kibiców, ale najlepsze opinie polskie trykoty zbierały również w innych częściach świata.

 

Może i stroje nie grają, ale „Najka” wypuściła najlepszy komplet strojów od czasów eliminacji do mundialu w RPA w 2010 roku. Bez zbędnych zabaw z rękawami, granatowymi koszulkami, czy paskami na środku. Klasycznie, biała koszulka, czerwone spodenki, jakiś lampas wzdłuż tułowia czy ramion i gotowe. Bez żadnych „urozmaiceń”, wyjątkowy minimalizm. Nawet te cieniowane ścięte paski w dolnej części koszulki nie wyglądają źle. Ładnie się wszystko prezentuje, ze sobą komponuje, nic tylko taką kupić.

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)