Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Finał Pucharu Polski na trybunach, czyli wyboista droga do normalności

Finał Pucharu Polski na trybunach, czyli wyboista droga do normalności

Piłka nożna | 03 maja 2016 18:01 | Przemysław Drewniak
W drugiej połowie na murawie Stadionu Narodowego wylądowało kilkadziesiąt rac
fot. P. Drewniak
W drugiej połowie na murawie Stadionu Narodowego wylądowało kilkadziesiąt rac

Finał Pucharu Polski w Warszawie zachwycił swoją otoczką, ale skończyło się dobrze znanym scenariuszem – całość zepsuła grupka idiotów. W środę PZPN zdecyduje, w jaki sposób ukarać Lecha Poznań. I musi sięgnąć po radykalne środki, by działacze i kibice klubu z Wielkopolski nie przeszli po poniedziałkowych wydarzeniach do porządku dziennego.


Pod względem organizacji i przedmeczowej otoczki finał Pucharu Polski nie odstaje od decydującego meczu w Lidze Mistrzów czy Lidze Europy. Zbigniew Boniek i spółka przygotowali produkt, który ma szansę przywrócić modę na klubową piłkę w Polsce – tak jak udało się to zrobić z reprezentacją. Oczywiście, zainteresowanie meczami kadry rosło wraz z coraz lepszymi wynikami osiąganymi przez drużynę Adama Nawałki, ale swoje zrobiły też zabiegi marketingowe i budowa odpowiedniej oprawy.


Już teraz można powiedzieć, że żaden mecz pomiędzy klubami nie budzi w Polsce takich emocji, jak finał Pucharu Polski. Tym większa szkoda, że zachowanie kiboli całkiem przyćmiło znakomicie przygotowaną otoczkę poniedziałkowego meczu.


- Podpowiadałem sędziemu, żeby przedwcześnie zakończyć spotkanie. Bo jaki to miało sens, skoro gra co chwilę musiała być przerywana? Kilka rac poleciało przecież na Arka Malarza – mówił Michał Pazdan. Ostatecznie sędzia Szymon Marciniak się nie ugiął, co budzi kontrowersje. Ostatecznie wszystko skończyło się dobrze – mecz udało się rozegrać, Legia okazała się lepsza na boisku, a nie przy zielonym stoliku. Nic dziwnego, że w oficjalnym oświadczeniu PZPN podziękował arbitrowi, bo gdyby kibole wygrali w poniedziałek ze sportem, skandal byłby nieporównywalnie większy. Ale więcej było w tym szczęścia niż rozumu. Bo co by było, gdyby któraś z rac zraniła Malarza czy któregoś z porządkowych? A uwierzcie, że niewiele ku temu zabrakło.


- Miałem taki mecz we Włoszech, że na boisku nic nie było widać z powodu mgły, ale nie rac. Pierwszy raz w życiu zobaczyłem, by tyle wylądowało ich na boisku – opowiadał po spotkaniu Stanisław Czerczesow. Trener Lecha, Jan Urban, stwierdził za to wprost, że zachowanie kibiców z Poznania utrudniło jego drużynie odrabianie straty w końcówce.


Zachowanie kiboli nie tylko wpłynęło na przebieg i być może wynik meczu, ale również zmusiło do przedwczesnego opuszczenia stadionu kilku kibiców. Wychodziły zwłaszcza rodziny z dziećmi, bo jak doświadczył niżej podpisany – dym z rac drażnił drogi oddechowe i mocno ograniczał komfort oglądania meczu. Jak w takich okolicznościach oczekiwać, by w całej Polsce ludzie walili drzwiami i oknami na spotkania ligowe?


W środę PZPN ma podjąć decyzję w sprawie ukarania Lecha Poznań i być może wykluczy go z kolejnej edycji Pucharu Polski. Część piłkarskiego środowiska huczy: „Wy organizowaliście finał, więc sami się ukarzcie!” Jasne – to nie dopuszczalne, że fanom obu zespołów udało się wnieść taką ilość pirotechniki i PZPN powinien wyciągnąć z tego wnioski, być może wewnętrzne konsekwencje. Tylko w jaki sposób poprawi to sytuację? To kluby są odpowiedzialne za to, jakich kibiców sobie „wychowają”. Obcują z nimi na co dzień, monitorują ich zachowania i mają szansę na to, by reagować. Niestety często tego nie robią i pozwalają kibolom współrządzić klubem. Nic dziwnego, że ci potem czują się bezkarni rzucając na boisko race.


Dlatego rola PZPN-u ogranicza się w tym wypadku do karania klubów na tyle mocno, by te wewnątrz wyciągały konsekwencje wobec kibolskich recydywistów. Nie wyplewimy chamstwa z polskich stadionów jak za odjęciem ręki – powiązania środowisk kibicowskich z klubami są zbyt głęboko zakorzenione. Zarówno Legia jak i Lech przekonały się już, że wejście z nimi na wojenną ścieżkę nie jest opłacalne dla żadnej ze stron.


Może to słabe pocieszenie, ale mimo zwężonych sektorów buforowych na Stadionie Narodowym ani na moment nie było zagrożenia, że powtórzy się sytuacja z finału w Bydgoszczy. Jest lepiej niż kilka, kilkanaście lat temu, ale kluby wciąż mają wiele do zrobienia. Trzeba kontynuować pracę u podstaw - nikt nie mówił, że droga do normalności będzie bezproblemowa i przyjemna.

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)