Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Mistrz słaby, ale znów szczęśliwy

Mistrz słaby, ale znów szczęśliwy

Piłka nożna | 17 marca 2013 21:55 | Przemysław Drewniak
Górale dzielnie walczyli, ale w doliczonym czasie gry stracili zwycięstwo
fot. Marcin Karczewski / Superstar.com.pl
Górale dzielnie walczyli, ale w doliczonym czasie gry stracili zwycięstwo

Piłkarze Śląska Wrocław po raz kolejny mogą mówić o dużym szczęściu. W niedzielnym meczu z Podbeskidziem Bielsko-Biała grali słabo, długo przegrywali, a i tak w doliczonym czasie gry uratowali remis za sprawą pięknego trafienia Łukasza Gikiewicza. W drugim spotkaniu Wisła Kraków uporała się na własnym boisku z Pogonią Szczecin, zasłużenie wygrywając 2:0.


Śląsk Wrocław 1-1 Podbeskidzie Bielsko-Biała


Już byli w ogródku, już witali się z gąską, ale ze stolicy Dolnego Śląska wywieźli tylko punkt. Tylko, bo od 66. minuty prowadzili na boisku mistrza Polski. Wtedy to prawą stroną przebił się aktywny w tym spotkaniu Damian Chmiel, zgrał piłkę do Roberta Demjana, a ten bardzo umiejętnie się zastawił i wyłożył piłkę Fabianowi Paweli. Po jego strzale piłka jeszcze otarła się od Antona Slobody i wpadła do siatki, przelatując obok bezradnego Mariana Kelemena. Akcja ta była nagrodą za walkę oraz konsekwencję taktyczną, jaką zaprezentowali bielszczanie. W ich przypadku nie było bowiem mowy o widowiskowej, ładnej dla oka grze. Do momentu objęcia prowadzenia Podbeskidzie nie stwarzało sobie okazji do strzelenia bramek, a Kelemen mógł się czuć zagrożony jedynie przy stałych fragmentach gry. Jak w 18. minucie, gdy zastępujący w wyjściowej jedenastce Błażeja Telichowskiego Tomasz Górkiewicz trafił główką w poprzeczkę.


Być może gra Śląska w niedzielne popołudnie wyglądałaby zupełnie inaczej, gdyby w pierwszej połowie większą skutecznością popisał się Sebastian Mila. Krytykowany ostatnio kapitan wrocławian już w pierwszej minucie gry trafił w słupek, a w 32. minucie miał okazję na strzelenie bramki z rzutu karnego po tym, jak błąd (naszym zdaniem) popełnił sędzia Hubert Siejewicz. Wbiegający w pole karne z piłką Łukasz Gikiewicz padł na murawę zanim zdążył złapać kontakt z interweniującym Richardem Zajacem, a źle ustawiony arbiter wskazał na wapno. Słowacki bramkarz zadbał jednak o zachowanie sprawiedliwości. Wybronił strzał z 11 metrów Mili, który uderzył źle i potwierdził, że w ostatnich tygodniach zdecydowanie nie jest sobą.


Te sytuacje wprowadziły więcej nerwowości w poczynania piłkarzy Śląska, którzy prowadzili grę, ale w sposób nieudolny. Na pozycji napastnika tym razem wystąpił Łukasz Gikiewicz i w odróżnieniu od Cristiana Diaza wykazywał chęci do gry, ale z kiepskim pożytkiem dla drużyny. Jednak w doliczonym czasie gry, gdy goście szykowali się już do świętowania cennej wygranej, napastnik pokazał Stanislavovi Levy’emu, że warto było trzymać go na boisku do końca meczu. Z prawej strony dośrodkowywał Waldemar Sobota, a Gikiewicz pięknym uderzeniem z pierwszej piłki nie dał szans Zajacowi. „Górale” byli sami sobie winni. Przy stanie 1:0 wyprowadzili kilka groźnych kontrataków, które powinny się dla nich skończyć podwyższeniem rezultatu. Przed niemal stuprocentowymi szansami stanęli Demjan i Chmiel, ale za każdym razem lepszy okazywał się Kelemen.


Być może nie byłoby wyrównania dla Śląska, gdyby nie debiutujący w barwach mistrzów Polski Eric Mouloungui. Reprezentant Gabonu nie brał wprawdzie udziału w akcji bramkowej, ale po wejściu na boisko w 82. minucie rozruszał nieco ofensywę gospodarzy. Kilka razy szarpnął lewą stroną, wprowadzając zamieszanie w szeregi obrony Podbeskidzia. Trudno po tak krótkim występie pomocnika wyciągać jakiekolwiek wnioski, ale te kilka minut dały nadzieję, że Śląsk już wkrótce może mieć z niego duży pożytek. I może to pobudzi nieco wrocławian, bo z taką grą trudno będzie im o miejsce w pierwszej trójce na koniec sezonu.


Wisła Kraków 2-0 Pogoń Szczecin


Radosław Sobolewski
to człowiek, na którego przy Reymonta mogą liczyć zawsze. Kapitan Wisły jest jedynym zawodnikiem „Białej Gwiazdy”, do którego po żadnym z dotychczasowych wiosennych meczów nie można było się przyczepić. Urodzony w Białymstoku środkowy pomocnik nigdy nie schodzi poniżej pewnego poziomu, a w spotkaniu z Pogonią Szczecin doprowadził swoją drużynę do trzeciego z rzędu zwycięstwa. W 37. minucie wszedł w pole karne gości, ograł obrońców rywali i potężnym strzałem dał prowadzenie wiślakom. Piłka minęła bezradnego Dusana Pernisa, a zanim wpadła do siatki odbiła się jeszcze od słupka. Gol ten był udokumentowaniem przewagi gospodarzy, którzy poza samym początkiem meczu, gdy lekką inicjatywę miała Pogoń, stworzyli sobie znacznie więcej okazji do strzelenia bramki. Wisła powinna była objąć prowadzenie już kilkanaście minut wcześniej, ale fatalnie pomylili się sędziowie. Wówczas Łukasz Burliga zagrywał piłkę do Ivicy Ilieva, ale zanim ten przejął podanie, przeciął go obrońca. Futbolówka trafiła do ponownie występującego w roli jedynego napastnika Rafała Boguskiego, a ten wpakował piłkę do siatki. Arbiter boczny zasygnalizował jednak spalonego, a główny nie wychwycił jego pomyłki i Wisła już w drugim z rzędu meczu przed własną publicznością została przez sędziów niesłusznie skrzywdzona.


W drugiej połowie gospodarze nie próbowali za wszelką cenę iść za ciosem, skupiając się na defensywie i przyjmowaniu szczecinian na własnej połowie. Pogoń w kolejnym meczu z rzędu nie była jednak w stanie znaleźć drogi do bramki. Nie potrafiła stworzyć sobie żadnej klarownej sytuacji, a Sergei Pareiko mógł poczuć się zagrożony jedynie po strzale z rzutu wolnego Takafumiego Akahoshiego. Estoński golkiper wybił jednak zmierzającą pod poprzeczkę piłkę na rzut rożny.


Wisła liczyła głównie na kontrataki i właśnie w taki sposób strzeliła swoją drugą bramkę. W 82. minucie akcję gospodarzy zainicjował nie kto inny jak Sobolewski, który popisał się doskonałym odbiorem piłki w środku pola i podał do znajdującego się po lewej stronie Patryka Małeckiego. Ten wykorzystał pasywną postawę w obronie zmęczonego Juliena Tadrowskiego (debiut w barwach Portowców) i wyłożył piłkę Cwetanowi Genkowowi. Powracający do składu po kontuzji napastnik wszedł na boisko w 67. minucie zmieniając Ilieva i popisał się pierwszym ligowym trafieniem od 11 listopada, gdy jego gol dał Wiśle remis z Koroną w Kielcach. Teraz Bułgar przypieczętował zwycięstwo „Białej Gwiazdy”, która awansowała już na 9. miejsce w tabeli i ma zaledwie sześć punktów straty do podium. Przy Reymonta żałują pewnie, że teraz czeka nas dwutygodniowa przerwa na mecze reprezentacji.


Inne odczucia mają za to kibice w Szczecinie. W czterech wiosennych meczach Pogoń nie zdobyła jeszcze ani jednej bramki z akcji i spadła już na 13. pozycję w tabeli Ekstraklasy. Portowcy mają szczęście, że w lidze są jeszcze Podbeskidzie i GKS Bełchatów, które mimo dobrej postawy w tej rundzie nie potrafią wygrywać swoich spotkań. Przed trenerem Arturem Skowronkiem jednak sporo pracy, by drużyna osiągnęła do końca sezonu magiczną barierę 30 punktów. Tyle bowiem od lat gwarantuje ligowy byt w Ekstraklasie.

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)