Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Rzeczywistość inna od normalnej

Rzeczywistość inna od normalnej

Piłka nożna | 21 marca 2013 16:48 | Jakub Kacprzak


W tym miejscu pojęcie czasu wydaje się nie istnieć. Cały obiekt zatrzymał się na latach 70 ubiegłego wieku. Rozpadająca się ruina nazywana przez wielu Estadio da Gruz odstrasza swym obliczem. W środku nie jest lepiej. Sala do koszykówki i siatkówki to sprawdzian na twardość charakteru dla osób tam trenujących i grających. Przeciekający dach, obskurne ściany, spadający tynk i brak ogrzewania dają się we znaki szczególnie jesienią i zimą. Siedziba klubu składa się z dwóch pięter. Na parterze mamy istną kanciapę, który służy za pokój dla kierownika drużyny, a po drugiej stronie mamy biuro, które składa się z trzech pomieszczeń. Piętro wyżej znajdują się szatnie i pokoje dla „władz” klubu. Ja ŁKS poznałem niemal od każdej strony. Jako kibic, dziennikarz i pracownik klubu. Pracowałem dla ŁKS-u w sezonie 2011-2012, a więc okresie największego wariactwa. Zbierałem się przez długi czas do napisania tych wspomnień, które równie dobrze mogłyby posłużyć za dobrą opowieść dla książki (może kiedyś takową napiszę). To co przeczytacie jest w stu procentach prawdą, a nie wytworem mojej wyobraźni choć niekiedy mam wrażenie, że żadna wyobraźnia nie stworzyłaby tak komedio dramatycznej sytuacji.


O trenerach, których było wielu…
 

Sytuacji ŁKS-u przyglądałem się od dawna. Byłem na niemal wszystkich spotkaniach w sezonie 2010/2011 na własnym terenie gdy łodzianie walczyli o powrót do Ekstraklasy. Byłem na ostatnim meczu z Flotą i widziałem świętowanie kibiców z okazji awansu. Gdy rozpoczęły się nowe rozgrywki wiadomo było, że będzie to sezon pełen tragicznej komedii. Już samo to, że ŁKS nie mógł rozgrywać swoich pierwszych spotkań w Łodzi było czymś chorym. Rozpadający się obiekt (stadionem tego nazwać nie można) przy Al. Unii 2 nie mógł zostać oddany do użytku przez co biało-czerwono-biali grali swoje mecze w Bełchatowie. Pierwsze spotkanie zakończyło się pogromem i wysoką porażką z Lechem Poznań, po którym Andrzej Pyrdoł został zwolniony z funkcji trenera. Przyznam szczerze, że pana Andrzeja podziwiam, bowiem przez władze ŁKS-u był zawsze traktowany jak popychadło. Zwolnienie po pierwszym spotkaniu, potem gdy potrzeba było człowieka z licencją trenerską, bo Piotr Świerczewski takowej nie miał, przywrócenie do łask. Zrozumiałbym jeszcze gdyby zamiast po trenera Pyrdoła sięgnięto od razu po kogoś dobrego. Jednak Kuba Urbanowicz, Filip Kenig i Jarosław Turek postanowili, że nowym szkoleniowcem zostanie Dariusz Bratkowski.



Duet Pyrdoł – Bratkowski był ciekawym zjawiskiem na ławce rezerwowych. Pan Andrzej to typ spokojnego człowieka, który nie lubi krzyczeć i woli rozmawiać z piłkarzami niż na nich wrzeszczeć. Natomiast Bratkowski to jego zupełne przeciwieństwo. To on odpowiadał za opieprzanie piłkarzy podczas meczów i dawanie im wskazówek. Jak ryknął to jego głos było słychać na całym obiekcie. Jednak trenerem był fatalnym. Dodatkowo kiepsko prezentował się w mediach co powodowało, że ŁKS nie miał z niego żadnego pożytku. Jego pracę pierwszego trenera wspominam jako jeden wielki niewypał. Wszystko w klubie wyglądało na wielką prowizorkę, a humoru były coraz gorsze. Wtedy stał się cud. Do klubu przyszedł Michał Probierz i pokazał w czym tkwi problem ŁKS-u.


Ze wszystkich szkoleniowców z jakimi miałem do czynienia Probierz jest bez wątpienia najlepszym. Nie chodzi tylko o trenerski talent. Ten facet ma po prostu jaja i wie czym jest pełen profesjonalizm. Od momentu jego zatrudnienia wiele się zmieniło. Konferencje prasowe były ciekawe i organizowane regularnie, także przed meczami, treningi wyglądały dużo bardziej profesjonalnie, a zawodnicy traktowali go z ogromnym szacunkiem. Nikt o zdrowych zmysłach Probierzowi nie próbował podskoczyć. Trener swoim podejściem budził respekt, szacunek, a także sympatię. Można z nim było porozmawiać o wszystkim, nie odmawiał wywiadów i potrafił zainteresować człowieka tym co mówił. Pamiętam jak spotkałem go na meczu koszykarzy ŁKS-u. Widać było, że żyje tym co dzieje się w klubie i robił wszystko, by wyciągnąć go z dna. I Rycerze Wiosny rzeczywiście grali lepiej. Byłem pod wrażeniem jakościowej zmiany, która pozwoliła na wyjście zespołowi z dna tabeli. Niestety okazało się, że Tomasz Wieszczycki tak umówił się z Probierzem, że ten w razie lepszej oferty mógł odejść w dowolnym momencie. Niestety wraz z jego przejściem do Grecji zaczął się powolnym rozpad ŁKS-u.


Na jeden mecz zastąpił go wspomniany Wieszczycki. Wydawało się, że nie da się zepsuć tak szybko tego co zbudował Probierz. Jednak okazało się, że były reprezentant Polski nie był odpowiednim człowiekiem w odpowiednim miejscu. Być może piłkarze pamiętali mu jego nienajlepsze podejście do nich. Prawda bowiem jest taka, że Wieszczycki w klubie sprawiał wrażenie jakby uważał się za kogoś ważniejszego. Dawało się to wyczuć w kontaktach z nim. Być może piłkarze zagrali w jego jedynym spotkaniu w roli trenera przeciwko Ruchowi Chorzów, przeciwko niemu. Widać było, że chciał jak najszybciej umyć ręce od tego i nie miał chęci do rozmów po meczu. Przyszedł, spieprzył, poszedł. Jak wielu w ŁKS-ie. Po nim w zespole pojawił się Ryszard Tarasiewicz. Piąty trener w przeciągu jednej rundy. Dziwicie się, że w ŁKS-ie nie było normalnie, a drużyna nie osiągała wyników?


Tarasiewicz był za spokojny do prowadzenia łodzian. Potrzebował czasu, by wszystko uporządkować, a tego przy Al. Unii brakowało równie mocno co pieniędzy. Widać było w jego oczach, że trudno mu się odnaleźć w takim bałaganie. Starał się, robił co mógł, ale co z tego skoro władze klubu nie ułatwiały mu pracy. To, że odejdzie szybko było do przewidzenia. Urbanowicz i Turek ciągle nie wiedzieli, w którą stronę wszystko pociągnąć. Mówiło się o upadłości i wycofaniu z rozgrywek. Tarasiewicz nie chciał w tych warunkach pracować i dobrze zrobił, że zrezygnował. Mi jednak najbardziej w pamięć zapadła sytuacja po meczu ze Śląskiem Wrocław, a więc jakże ważnym dla pana Ryszarda klubem. Lada moment miały nadejść święta. Po konferencji prasowej odprowadzałem Oresta Lenczyka do klubowego autokaru. Przy wyjściu z Atlas Areny stał akurat Tarasiewicz, który miło i serdecznie złożył świąteczne życzenia Lenczykowi. Ten odburknął jedynie dziękuję i poszedł w swoją stronę. Szkoda mi było Tarasiewicza. Praca w upadającym klubie i zero kultury od kolegi po fachu.


Długo nie było wiadomo kto zostanie nowym trenerem, już szóstym w sezonie. Mówiło się o Rafale Ulatowskim, krążyły pogłoski również o Piotrze Świerczewskim. Niestety w Łodzi pojawił się ten drugi, a wraz z nim Andrzej Voigt. O ile Świr był piłkarzem solidnym, tak o trenowaniu miał równie słabe pojęcie co Jarosław Kaczyński o byciu normalnym człowiekiem. Żałuję, że nie założyłem się ze Świerczewskim o to czy utrzyma ŁKS. Chyba uważał, że jego pewność siebie wystarczy, by drużyna została w Ekstraklasie. Problemem był brak licencji trenerskiej. Ściągnięto więc oficjalnie z powrotem Andrzeja Pyrdoła. Jednak nie miejcie złudzeń. Pan Andrzej był tylko przykrywką. Treningi, ustalenia składu, taktyka i prowadzenie meczu z ławki rezerwowych – to wszystko robił Świerczewski, a pan Andrzej miał tylko siedzieć cicho i nie przeszkadzać.


O tym jakie pojęcie o trenowaniu miał Świr niech świadczy fakt jak przygotowywał się do meczu. Zero zapoznania się z tym jak grali rywale w ostatnich spotkaniach, a odprawy przedmeczowe były istnym kuriozum. Do dziś pamiętam dialog Świerczewskiego z kierownikiem drużyny. Świr pytał Jacka Żałobę czy ten ma jakiś film z grą Cracovii. Jacek odpowiedział, że tylko ten z meczu przeciwko nim z zeszłej rundy. Świerczewski stwierdził, że wystarczy, bo po prostu trzeba puścić byle co piłkarzom na przedmeczowej odprawie. Nie potrafił on reagować odpowiednio na boiskowe wydarzenia, a do klasyki przejdzie okrzyk: „Adams! Na chaos! Gramy na chaos!”. Jedno trzeba mu przyznać. Nazwa taktyki dopasowana była idealnie do sytuacji w klubie. Było pewne, że nie utrzyma drużyny. Gdy Przemek Kita świetnie spisywał się w Młodej Ekstraklasie nie dał mu szansy, choć ŁKS miał ogromne problemy ze strzelaniem bramek. Ale pewność siebie dopisywała mu non stop. Jego treningi wyglądały jakby prowadził je początkujący żółtodziób (w sumie Świr nim był). Trochę przypominało mi to grę w nogę na lekcjach WF-u. Jedyna różnica była taka, że Świerczewski lubił krzyczeć i wprowadzać różne scenariusze. A, że to końcowe minuty i trzeba cisnąć, a to więcej gry skrzydłami. Szkoda, że nie skupił się na kwestiach taktycznych i tym, by odpowiednio dopasować styl gry do umiejętności i możliwości piłkarzy.


Sześciu trenerów w przeciągu jednego sezonu. Wynik końcowy: spadek. Nie mogło być inaczej. Co gorsza z tej szóstki jedynie Michał Probierz wypadł dobrze co pokazuje, że władze ŁKS-u szukały często po omacku kandydata. Pozwolenie na prowadzenie drużyny Świerczewskiemu było pokazem tego, że Urbanowiczowi i Turkowi nie zależało na utrzymaniu. Jaki prezes, któremu zależy na dobru zespołu daje w tak ważnym momencie funkcję trenera człowiekowi, który nigdy nie prowadził żadnej drużyny?!


O zarządzaniu klubem…


Dobry klub musi działać jak zgrany organizm. Wszyscy muszą wiedzieć co robić. Niestety w ŁKS-ie trudno było o jakąkolwiek stabilizację. O trenerach wiadomo już wszystko. Warto jednak zwrócić uwagę na inne aspekty. Dział marketingu był jedną, wielką prowizorką. Na początku pracowali w nim Michał Sieczko, Bartosz Gralewski i Monika Sylwanowicz. Potem została Monika i ja, a na koniec tylko ja. Zero pieniędzy, planu naprawczego. Często było tak, że trudno było ustalić czy dany projekt wprowadzać czy też nie, bo Urbanowicza, a potem Voigta przy Al. Unii rzadko kiedy można było spotkać. Urbanowicz często nie pojawiał się nawet na meczach. Cała kadra pracująca w biurze ŁKS-u składała się w rundzie wiosennej z sześciu osób: mnie, księgowego, kadrowej, kierownika do spraw biletów, osoby od oficjalnego sklepu ŁKS-u i kierownika bezpieczeństwa. Wstyd było tak naprawdę zapraszać ludzi na jakiekolwiek rozmowy w sprawie pomocy. Biuro bardziej przypominało składowisko dokumentów i rupieci.


Atmosfera była fatalna. Ludzie nie dostawali pieniędzy, o czym się nie mówi. Na jaw wychodzą tylko zaległości w stosunku do piłkarzy, ale prawda jest taka, że pracownikom cały czas klub winny jest bardzo duże pieniądze. Jednak najgorsze jest to, że jakimś cudem znajdowała się kasa na to, by zarejestrować piłkarza. Pamiętam jak poproszono mnie żebym poszedł na pocztę i wysłał przelew za rejestrację Marka Gancarczyka. Było to ponad 4,5 tysiąca zł. Podobną kwotę ŁKS jest mi winny do tej pory. Inni mają jeszcze większe straty i czekają na kilkunastotysięczne zapłaty. Dlatego gdy słyszę, że Filip Kenig daje pieniądze na rejestrację nowych zawodników, a byłym piłkarzom i pracownikom klub zalega ogromne kwoty to chce mi się śmiać.


Wszystko było robione na odwal się. Gdy chciałem wziąć piłkarza do szkoły żeby spotkał się z dziećmi słyszałem odmowę. Wywiad w radiu – odmowa. Gdyby ktoś z ligi niemieckiej czy angielskiej przyjechał i zobaczył jak to wszystko funkcjonowało to złapałby się za głowę. Zero organizacji, wszystko robione na zasadzie fuszerki. Prawda jest taka, że gdyby nie wolontariusze, którzy odwalali całą robotę to nawet nie można byłoby rozegrać meczu. Im należy się wielki szacunek, bo pokazują swoje oddanie dla klubu. W zamian nie mogli liczyć na wiele, ale pomagali.


O Andrzeju Voigtcie napisałem już wiele. O jego pseudo prowadzeniu klubu, o okłamywaniu wszystkim wokół i obietnicach, które nigdy nie miały zostać spełnione. Prawdą jest, że wszyscy w klubie mieli go po dziurki w nosie. Facet działał na nerwy każdemu, łącznie z piłkarzami. Ludzie śmiali się z niego i tego za kogo się uważa. Jak ktoś taki miał postawić klub na nogi?


Podsumowanie…


Historia z tamtego sezonu jest idealnym przykładem jak nie prowadzić klubu sportowego. Wszystko co działo się przed przyjściem Michała Probierza i po jego odejściu należy uznać za przestrogę. Nie zatrudniajcie u siebie Piotra Świerczewskiego, nie przygarniajcie Andrzeja Voigta, a jak ktoś wam zaoferuje wsparcie Jarosława Turka to uciekajcie. W ŁKS-ie było tyle obietnic (3 miliony wsparcia finansowego, Liga Europy, kredyty na uratowanie drużyny), że nawet Walt Disney nie stworzyłby tak dużej bajki. Wszystko co się działo prowadziło do upadku. Ludzie, którzy chcieli zrobić coś dobrego szybko z klubu byli wyrzucani, lub sami odchodzili, bo nie mieli już sił i chęci.
 

Puentą niech będzie to wszystko co opowiedziałem…
 

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)