Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Blamaż Śląska w Bełchatowie! Legia powiększa przewagę w tabeli

Blamaż Śląska w Bełchatowie! Legia powiększa przewagę w tabeli

Piłka nożna | 30 marca 2013 23:15 | Przemysław Drewniak
Sebastian Mila i jego koledzy mają nad czym myśleć...
fot. Aleksander Marszałek / Superstar.com.pl
Sebastian Mila i jego koledzy mają nad czym myśleć...

Miało się dziać, no i się działo! W Wielką Sobotę na boiskach T-Mobile Ekstraklasy nie zabrakło emocji. Największym wygranym dzisiejszych meczów okazała się Legia, która w derbach Warszawy pokonała przy Konwiktorskiej Polonię i w ligowej tabeli odskoczyła jej już na jedenaście punktów. Podopieczni Jana Urbana powiększyli przy tym swoją przewagę nad mistrzami Polski, którzy sensacyjnie polegli na boisku w Bełchatowie. Gorąco było także w Gliwicach, gdzie Jagiellonia podzieliła się punktami z miejscowym Piastem.


Piast Gliwice 1-1 Jagiellonia Białystok


Dwie bramki, dwie czerwone kartki i niewykorzystany rzut karny - pierwszy sobotni mecz Ekstraklasy dostarczył nam nieoczekiwanie wiele emocji. Kibice Piasta i Jagiellonii mogli przeżyć prawdziwą huśtawkę nastrojów, bo obie drużyny były w drugiej połowie bardzo bliskie zwycięstwa. Ostateczny wynik nie skrzywdził jednak żadnej ze stron.


Spotkanie w Gliwicach od początku stało pod względem piłkarskim na niezłym poziomie. W pierwszej połowie inicjatywa należała do gospodarzy, którzy zdecydowaną większość ataków przeprowadzali prawą stroną boiska, gdzie błąd za błędem popełniał Alexis Norambuena. Defensor Jagiellonii spisywał się tak fatalnie, że trener Tomasz Hajto już po 32. minutach gry stracił cierpliwość i wprowadził w jego miejsce Lubosa Hanzela. Niestety dla białostoczan, szkoleniowiec odrobinę się spóźnił. Kilkadziesiąt sekund wcześniej rozgrywający doskonały mecz Pavol Cicman po raz kolejny z łatwością ograł Palestyńczyka, dograł do Artisa Lazdinsa, a ten płaskim strzałem z woleja pokonał Jakuba Słowika, strzelając swojego pierwszego gola w Ekstraklasie. Golkiper gości miał w tej sytuacji dodatkowo utrudnione zadanie, bo piłka na drodze do bramki odbiła się jeszcze od nogi Tomasa Docekala i przeleciała między nogami Rubena Jurado.


Jagiellonia, która miała w pierwszej połowie duże problemy z utrzymywaniem się przy piłce, znów mogła jednak liczyć na niezawodny niegdyś duet Tomaszów – Kupisza i Frankowskiego. Obaj zawodnicy byli ostatnio krytykowani za swoją kiepską postawę, ale w meczu z Piastem szczególnie ten pierwszy zaprezentował się z bardzo dobrej strony. Były pomocnik Wigan w swoim stylu przeprowadził szybką akcję lewą stroną i zagrał w pole karne do Frankowskiego, który strzelił gola numer 167 w naszej lidze. Po dokładnych wyliczeniach okazało się jednak, że nie dogonił jeszcze trzeciego w klasyfikacji strzelców wszech czasów Gerarda Cieślika. Legendarnemu napastnikowi Ruchu Chorzów przed laty ktoś przez pomyłkę odjął jedno trafienie, przez co w wielu statystykach błędnie określano liczbę zdobytych przez niego bramek. Frankowski będzie więc musiał się jeszcze wysilić, by wskoczyć na podium ligowych strzelców.


Po zmianie stron emocje nie opadły. W 63. minucie fatalny błąd popełnili Damian Zbozień i Jan Polak. Obrońcy gliwiczan niemal rozstąpili się przed wychodzącym do prostopadłego podania Kupisza, a pomocnika Jagiellonii sfaulował na linii pola karnego Dariusz Trela. Sędzia nie miał innego wyjścia i musiał pokazać golkiperowi Piasta czerwony kartonik. Grający w przewadze liczebnej goście zmarnowali jednak nadarzającą się okazję, bo przez następne 20 minut mieli problem ze stworzeniem sobie klarownej okazji do zdobycia bramki. Podopieczni Marcina Brosza wyprowadzali za to groźne kontrataki i po jednym z nich Filip Modelski zahaczył w polu karnym o nogi Tomasza Podgórskiego, za co sędzia (chyba nie do końca zasłużenie) pokazał mu czerwoną kartkę. Do piłki ustawionej na jedenastym metrze nie podszedł jednak kapitan Piasta, a Marcin Robak, który zmienił w drugiej połowie Docekala. Strzał doświadczonego napastnika w znakomity sposób wybronił jednak Słowik, a dobitka byłego gracza Widzewa powędrowała w trybuny.


W końcowych minutach obie drużyny miały jeszcze swoje szanse, ale nie były w stanie ich wykorzystać. Piłkę meczową miał na prawej nodze Zbozień, ale zupełnie niepilnowany przed bramką gości fatalnie spudłował i zgłosił akces do przyznania mu przez nas tytułu gamonia 20. kolejki.


GKS Bełchatów 1-0 Śląsk Wrocław


Cud w Bełchatowie. Podczas gdy już piąty mecz z rzędu przetrwała fantastyczna passa Emilljusa Zubasa, „Brunatni” sami wreszcie się przełamali i trafili do siatki rywala. Wszystko za sprawą Dawida Nowaka, który pojawił na boisku w przerwie i wystarczyło mu zaledwie sześć minut, by wywalczyć dla swojej drużyny jedenastkę. O zwycięstwie gospodarzy przesądził Łukasz Madej.


Działacze GKS-u mogą tylko żałować, że wcześniej nie poszli po rozum do głowy i już w przerwie zimowej nie spróbowali ściągnąć Nowaka do pierwszej drużyny. Po napastniku widać jeszcze co prawda braki w przygotowaniu, ale przez 45 minut meczu ze Śląskiem zrobił on więcej, niż pozostali gracze ofensywni Bełchatowa w pierwszych czterech spotkaniach wiosny. Już w 50. minucie po jego rozegraniu piłki z Madejem przed świetną okazją do strzelenia bramki stanął Bartosz Żurek, ale wypożyczony z Legii 20-latek trafił w interweniującego Mariana Kelemena. 120 sekund później Nowak po prostopadłym podaniu ze środka pola wyszedł sam na sam z bramkarzem Śląska, który musiał ratować się faulem, a sędzia Tomasz Wajda zasłużenie wyrzucił go z boiska i wskazał na jedenasty metr. Chwilę wcześniej arbiter z Żywca popełnił jednak fatalny błąd. Nie zauważył, że inicjujący akcję Grzegorz Baran zagarniał sobie piłkę ręką, dzięki czemu mógł obsłużyć podaniem napastnika GKS-u. Rafał Gikiewicz, który zmienił w bramce Kelemena, zrobił wszystko, by zdeprymować egzekutora rzutu karnego. Jego wejście na boisko trwało ponad pięć minut, ale Madej zachował zimną krew i przełamał strzelecką niemoc drużyny z Bełchatowa.


Piłkarze Śląska mogą mieć po meczu pretensje do sędziego, ale przede wszystkim powinni je zacząć od samych siebie. Mistrz Polski zaprezentował się na boisku outsidera Ekstraklasy fatalnie. Absolutnie przespali pierwszą połowę, jakby dopiero co wrócili z odległego Świnoujścia, gdzie w tygodniu po całkiem niezłej grze pokonali pierwszoligowca i awansowali do półfinału Pucharu Polski. W Bełchatowie prezentowali się jednak znacznie gorzej, na co niewątpliwie duży wpływ miały zaskakujące decyzje trenera Stanislava Levy’ego. Trener wrocławian zszokował już przed pierwszym gwizdkiem, nie wstawiając do gry Przemysława Kaźmierczaka. Niezrozumiała była też zmiana po czerwonej kartce dla Kelemena, gdy rezerwowy bramkarz zajął miejsce Sebastiana Mili.


Od początku grał za to Dalibor Stevanović, który znów snuł się po boisku i nic nie wnosił do gry swojej drużyny. W drugiej połowie szkoleniowiec gości wprowadził na boisko Mateusza Cetnarskiego i Erica Mouloungiego, ale na zmianę rezultatu było już za późno. Tak jak w poprzednich meczach GKS-u, świetnie na linii bramkowej spisywał się Emiljus Zubas. Litewskiemu golkiperowi znów dopisywało także szczęście i wybitna nieskuteczność piłkarzy Śląska. Na przykład Łukasza Gikiewicza, który w 61. minucie z bliskiej odległości najpierw trafił w Zubasa, a potem huknął z woleja w poprzeczkę.


W Bełchatowie Śląsk potwierdził, że póki co nie zasługuje na miejsce w czołówce i w żadnym razie nie może myśleć o włączeniu się do walki z Legią i Lechem o mistrzostwo Polski. Stanislav Levy nie może dłużej czekać – musi od pierwszej minuty postawić na Erica Mouloungiego, który być może wniesie więcej jakości w grę drużyny z Wrocławia.


Po zasłużonym zwycięstwie GKS Bełchatów wygrzebał się z ostatniego miejsca w tabeli i do czternastego w tabeli Ruchu Chorzów traci już tylko sześć punktów (Niebiescy rozegrają swoje spotkanie w poniedziałek).


Polonia Warszawa 1-2 Legia Warszawa


Daniem głównym w Wielką Sobotę miały być derby stolicy. Starcie Polonii z Legią przez większość meczu niestety rozczarowywało, ale ostatnie minuty pojedynku przy Konwiktorskiej były już jak prawdziwy dreszczowiec. Po golu Łukasza Piątka w 86. minucie wydawało się, że mecz zakończy się podziałem punktów. Jednak decydująca akcja Legionistów w doliczonym czasie gry przesądziła o wygranej podopiecznych Jana Urbana, a bohaterem kibiców z Łazienkowskiej został Dominik Furman.


Po pierwszej połowie wydawało się, że taktyka zastosowana przez trenera Czarnych Koszul, Piotra Stokowca, zdaje egzamin. Ustawieni piątką w defensywie piłkarze Polonii skutecznie neutralizowali największe atuty Legii, która nie potrafiła skonstruować w pełni składnej, groźnej akcji. Jedyną dogodną okazję miał Danijel Ljuboja, gdy z bliskiej odległości próbował pokonać Sebastiana Przyrowskiego uderzeniem… klatką piersiową.


Od początku drugiej części goście bardziej zdecydowanie przycisnęli i już siedem minut po zmianie stron objęli prowadzenie, które mogli zawdzięczać przede wszystkim Przyrowskiemu. Bramkarz Polonii zastąpił w bramce kontuzjowanego Mariusza Pawełka i choć popisał się kilkoma dobrymi interwencjami, to rzucił na nie cień fatalnym błędem z 52. minuty. Wówczas to po dośrodkowaniu Daniela Łukasika z rzutu wolnego wyszedł na przedpole, minął się z piłką, a Tomasz Jodłowiec dograł piłkę przed bramkę do Ljuboji, który dopełnił formalności. Przyrowski miał po tym golu ogromne pretensje, ale tak naprawdę nikt do końca nie wie, do kogo. Bo o utratę pierwszej bramki może obwiniać tylko siebie.
 

Po zdobyciu prowadzenia Legia całkowicie przejęła kontrolę nad meczem i wydawało się, że druga bramka dla gości wisi na włosku. Jednak po kilkunastu minutach dominacji piłkarze Jana Urbana z niewiadomych przyczyn spuścili z tonu, jakby byli już pewni końcowego rezultatu. Nieporadnie grająca w ofensywie Polonia nagle zaczęła stwarzać sobie coraz to groźniejsze sytuacje, aż w końcu dopięła swego. Cztery minuty przed końcem meczu bardzo dobrą centrą w pole karne popisał się Miłosz Przybecki, głową uderzał Wszołek, a poprawił kapitan gospodarzy, Łukasz Piątek. Jak jednak wykazały telewizyjne powtórki, pomocnik Czarnych Koszul był w tej sytuacji na spalonym i trafienie to nie powinno zostać uznane.
 

Trójka arbitrów miała jednak szczęście, że Legia przeprowadziła w doliczonym czasie gry decydującą akcję. Jakub Kosecki zagrał głową do niepilnowanego Ivicy Vrdoljaka, a ten z prawej strony wyłożył futbolówkę Dominikowi Furmanowi. Defensywny pomocnik niespełna pół godziny wcześniej pojawił się na boisku i w najważniejszym momencie nie zawiódł, zapewniając wyjazdową wygraną Legii nad rywalem zza miedzy.
 

Lider Ekstraklasy stworzył sobie w całym meczu więcej okazji do zdobycia bramki i przy Konwiktorskiej wygrał zasłużenie. Swoją grą jednak nie zachwycił i przed Janem Urbanem jeszcze sporo pracy, by ta drużyna zasłużyła na przydomek FC Hollywood czymś więcej, niż tylko głośnymi nazwiskami. Z kolei Polonia po trzeciej porażce z rzędu traci do Legii już jedenaście punktów i powoli osuwa się w ligowej tabeli.

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)