Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Horror w Lubinie, spacerek Lecha

Horror w Lubinie, spacerek Lecha

Piłka nożna | 02 kwietnia 2013 02:07 | Hubert Błaszczyk
Dwie bramki Adriana Błąda nie dały punktów Zagłębiu.
fot. T-Mobile Ekstraklasa / x-news
Dwie bramki Adriana Błąda nie dały punktów Zagłębiu.

Nieprawdopodobny horror obejrzeli w poniedziałkowe popołudnie kibice w Lubinie. Pięć bramek i wiele zwrotów sytuacji spowodowało, że to mecz Zagłębia z Ruchem był najbardziej emocjonujący tego dnia. W Szczecinie, Lech okazał się lepszy od Pogoni, a w meczu przyjaźni w Gdańsku padł bezbramkowy remis.


Zagłębie Lubin - Ruch Chorzów 2:3
W poniedziałkowe popołudnie w Lubinie oglądaliśmy Błąda za błędem. Zastępujący Szymona Pawłowskiego w wyjściowym składzie Adrian Błąd strzelił dwie bramki dla gospodarzy, ale nie został bohaterem swojej drużyny, bo serię błędów popełnili defensorzy Zagłębia. Błędu nie ustrzegł się także sędzia, który w końcówce meczu nie zauważył brutalnego faulu Marcina Baszczyńskiego na Arkadiuszu Woźniaku, za który Zagłębiu należał się rzut karny. Jak się ostatecznie okazało, w tym całym zamieszaniu najlepiej odnaleźli się piłkarze Ruchu Chorzów. Nie rozegrali oni wielkiego meczu, ale potrafili wykorzystać ten festiwal błędów i za sprawą bramki Jakuba Smektały w doliczonym czasie gry niemal zapewnili sobie już utrzymanie w Ekstraklasie.


Przed meczem, który był jednocześnie rewanżem za niedawne starcie obu drużyn w ćwierćfinale Pucharu Polski, wszyscy zastanawiali się, czy Zagłębie Lubin potrafi strzelać bramki bez Pawłowskiego i Michala Papadopoulosa, którzy mieli bezpośredni wkład w niemal każdego gola zdobytego przez „Miedziowych” w tym sezonie. Odpowiedź otrzymaliśmy już po 10 minutach gry. Robert Jeż uruchomił podaniem Adriana Błąda, a ten strzałem w długi róg nie dał szans Peskoviciowi. Przez pewien czas gospodarze spokojnie kontrolowali przebieg spotkania, ale później nieoczekiwanie oddali pole zawodnikom Ruchu Chorzów, którzy choć stwarzali sytuacje, to marnowali je w sposób popisowy. W kilku momentach Łukasz Janoszka czy Maciej Jankowski zachowywali się w polu karnym przeciwnika jak juniorzy, i tylko temu niefrasobliwi obrońcy Zagłębia zawdzięczali fakt, iż na przerwę schodzili z jednobramkowym prowadzeniem. Problemy gospodarzy w defensywie spotęgowała kontuzja jej lidera, Adama Banasia, który musiał opuścić boisko jeszcze w pierwszej połowie.


Goście w żadnej z akcji nie potrafili postawić kropki nad „i”, więc… zrobili to za nich piłkarze Zagłębia. W 52. minucie po dośrodkowaniu z rzutu rożnego nieatakowany Dorde Cotra najwyraźniej chciał wywinąć primaaprilisowy żart i zamiast wybić głową piłkę w pole, wpakował ją do własnej bramki. Bocznemu obrońcy gospodarzy trzeba jednak przyznać, że ma charakter i nie zamierzał rozpamiętywać pechowej sytuacji. Już chwilę później po podaniu Małkowskiego pociągnął lewym skrzydłem i idealnym podaniem w pole karne obsłużył Błąda, który strzelił swoją bramkę w tym spotkaniu. Tym samym niespełna 22-letni pomocnik wreszcie zaistniał w najwyższej klasie rozgrywkowej. Wcześniej przylgnęła do niego łatka zawodnika brylującego w pierwszej lidze, ale nie potrafiącego tego powtórzyć na boiskach Ekstraklasy. Być może więc mecz z Ruchem będzie punktem zwrotnym w karierze tego utalentowanego piłkarza.


Nie minęło jednak 60 sekund, a Michał Gliwa znów musiał wyciągać piłkę z siatki. Jak się gra w piłkę wreszcie przypomnieli sobie Marek Zieńczuk i Łukasz Janoszka, którzy szybką akcją zaskoczyli lubinian i kolejny raz wyrównali stan meczu. Z przebiegu gry remis w tym spotkaniu wydawał się zasłużony, ale w ostatniej, czwartej minucie doliczonego czasu gry Ruch wykorzystał kolejny prezent od obrońców gospodarzy. Na bramkę uderzył Smektała, Gliwa odbił piłkę przed siebie, a defensorzy zupełnie nie zaasekurowali rezerwowego „Niebieskich”, który skuteczną dobitką niespodziewanie zapewnił swojej drużynie trzy punkty. Zagłębie będzie jednak miało po tym meczu duże (i uzasadnione!) pretensje do trójki sędziowskiej z Kluczborka. Kilka minut wcześniej Baszczyński bez piłki brutalnie powstrzymywał w polu karnym Woźniaka, uderzając go łokciem w okolice mostka. Faul ten uszedł stoperowi na sucho, a sprawiedliwość może mu teraz wymierzyć już jedynie Komisja Ligi, która w tygodniu powinna przyjrzeć się tej sytuacji i wymierzyć Baszczyńskiemu karę zawieszenia na co najmniej jedno spotkanie.


Ruch wygrał w Lubinie szczęśliwie i tym samym najprawdopodobniej uratował się przed spadkiem. Zwiększył swoją przewagę nad strefą spadkową do dziewięciu punktów i ni stąd ni zowąd traci do zajmującego ósmą pozycję Zagłębia zaledwie cztery oczka.


Lechia Gdańsk – Wisła Kraków 0:0
Gra obu drużyn w pierwszej połowie wyglądała jak primaaprilisowy żart. Wiślacy, którzy mieli postawić pierwszy duży krok ku europejskim pucharom nie potrafili wymienić dwóch składnych podań. Żenujący byli Kamil Kosowski i Rafał Boguski. Sam tylko Tomasz Kulawik wie, dlaczego na ławce rezerwowych usiadł Tsvetan Genkow. Bułgar na boisko wszedł dopiero w 63. minucie i przez pół godziny stworzył sobie dwie niezłe sytuacje.


Optycznie lepiej prezentowali się jednak gospodarze, którzy dominowali w środku pola. Lechia miała kilka dobrych sytuacji. Najlepszą zmarnował w drugiej połowie Mateusz Machaj. Podstawowym problemem gdańszczan jest jednak brak środkowego napastnika. Jeśli ma być nim Piotr Wiśniewski, to przepraszamy, ale zbyt wielu bramek Lechia strzelać nie będzie. Jesteśmy ciekawi, gdzie teraz jest Grzegorz Rasiak. Były reprezentant Polski gra bowiem w trzecioligowych rezerwach Lechii, zamiast pomagać pierwszemu zespołowi. Bobo Kaczmarek pozbył się go chyba zbyt lekką ręką.


Lechia i Wisła nadal znajdują się w górnej połówce tabeli, ale wydaję się, że z taką grą obu drużynom będzie niezwykle ciężko cokolwiek więcej zdziałać. Krakowianom pozostaje jeszcze gra o Puchar Polski, ale to trofeum będzie wywalczyć niezwykle trudno. Legia jest bowiem w dużym gazie i wygrać z nią w ewentualnym finale to misja niemal niemożliwa do zrealizowania.


Pogoń Szczecin – Lech Poznań 0:2
Pogoń nie wygrała od czterech miesięcy i nie zanosi się na to, żeby miało to nastąpić w najbliższym czasie. Nie zadziałał efekt nowej miotły i trener Dariusz Wdowczyk musiał znosić żenującą grę swoich podopiecznych. Szczecinianie przez 90 minut gry nie stworzyli sobie ani jednej dogodnej sytuacji do strzelenia bramki.


Lech w Szczecinie grał naprawdę dojrzale i miał kilka sytuacji do zdobycia gola. Ostatecznie piłka w sieci ugrzęzła po strzałach Marcina Kamińskiego i Aleksandara Tonewa. Ten drugi potwierdził, że z dystansu potrafi przymierzyć jak mało kto. Wielokrotnie krytykujemy Bułgara, bo jest graczem bardzo chimerycznym i rzadko kiedy gra na swoim poziomie. Do jego gry w Szczecinie nie możemy się jednak przyczepić.


W Szczecinie od pierwszej minuty wystąpił Gergo Lovrencsics. W grze Węgra widać było nieprawdopodobną determinację. Lovrencsics zdaje sobie sprawę, że jego transfer definitywny do Lecha stoi pod dużym znakiem zapytania i jest to ostatni dzwonek, żeby przekonać do siebie Mariusza Rumaka. Jeśli Gergo nadal będzie tak grał jak z Pogonią, to szkoleniowiec Lecha nie będzie miał większego wyjścia, bo dobrych graczy w polskiej lidze jest jak na lekarstwo.


Tym samym Lech utrzymał czteropunktową stratę do Legii Warszawa. Jeśli ktokolwiek ma zagrozić warszawianom w marszu po mistrzostwo Polski, to będzie to Lech. Podopieczni Rumaka wygrali 10. spotkanie na wyjeździe, co jest wyczynem niebywałym. Gdyby tak jeszcze potrafili zagrać przy Bułgarskiej, to najpewniej przewodziliby w tabeli z dużą przewagą.

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)