Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Sagan razy dwa. Rewanż w Warszawie formalnością

Sagan razy dwa. Rewanż w Warszawie formalnością

Piłka nożna | 03 maja 2013 00:09 | Hubert Błaszczyk
Tak zawodnicy Legii świętowali zwycięstwo we Wrocławiu.
fot. Marcin Karczewski / Superstar.com.pl
Tak zawodnicy Legii świętowali zwycięstwo we Wrocławiu.

Śląsk Wrocław miał w środowy wieczór szansę na uratowanie niezbyt dobrego sezonu. Szansy jednak nie wykorzystał, bo Legia przy pełnych trybunach we Wrocławiu pokonała miejscowych 2:0 po dwóch trafieniach Marka Saganowskiego. Rewanż w takiej sytuacji powinien być formalnością, trudno bowiem spodziewać się, że zawodnicy Stanislava Levy’ego będą w stanie pokonać warszawian przy Łazienkowskiej dwoma bramkami.


Fantastykę odłóżmy jednak na bok. Jeśli Śląsk w dwóch niezwykle ważnych spotkaniach zgarnia sześć bramek, nie strzelając żadnej, to o jakichkolwiek sukcesach nie może być mowy. W weekend wrocławianie ulegli w derbach regionu Zagłębiu aż 4:0. To był sygnał, że w drużynie Śląska nie dzieje się dobrze. W związku z wysoką porażką zareagował trener Levy, wystawiając w ataku Erica Moulounguiego. Obecność zawodnika rodem z Gabonu jednak nie pomogła. Śląsk w pierwszej połowie nie istniał w ataku, a o efektywności byłego zawodnika klubów francuskiej Ligue 1 niech świadczy fakt, że na drugą połowę już nie wybiegł.


Z kolei Legii do zwycięstwa wystarczyła jedna dobra połowa. Grająca bez swoich serbskich asów – Ljuboji i Radovica – Legia stworzyła sobie kilka groźnych sytuacji, z których wykorzystała dwie. Pierwszą napędził Michał Kucharczyk, którego los przy Łazienkowskiej był w tej rundzie trudny. Kucharz jeszcze niedawno był przymierzany do kadry, a na wiosnę zdarzało się, że nie mieścił się do meczowej osiemnastki. W meczu Pucharu Polski jednak nie zawiódł. Przy pierwszej bramce dorzucił dokładnie z bocznych sektorów boiska do Marka Saganowskiego, a ten jak rasowy snajper umieścił piłkę w siatce. Drugą bramkę Legii sprezentowali zawodnicy Śląska. Rafał Gikiewicz nie porozumiał się z Markiem Wasilukiem, a wrocławskie gapy przechytrzył Saganowski, strzelając drugiego i jak się okazało ostatniego gola.


Druga połowa była już słabszym widowiskiem. Niby więcej z gry miał Śląsk, ale tak naprawdę, gdy dochodziło do strzałów, to nie były one w stanie zmusić Wojciecha Skaby nawet do minimalnego wysiłku. Jak na mecz o europejskie puchary i 600 tysięcy premii do podziału, to gospodarze zaprezentowali się wyjątkowo mizernie.


Za tydzień kibiców obu drużyn czeka rewanż przy Łazienkowskiej. Sprawa Pucharu Polski jest już jednak rozstrzygnięta. Fani Legii zyskali możliwość celebrowania sukcesu przez 90 minut, z której zapewne skorzystają, wypełniając Pepsi Arenę. A Śląsk? Jeśli nie zajmie na koniec T-Mobile Ekstraklasy trzeciego miejsca, to będzie największym przegranym tegorocznego sezonu. Wrocławianie mieli w tej rundzie kilka przebłysków, ale ogólnie ich gra wygląda słabo. Gdyby nie Piotr Ćwielong, który kilkakrotnie ratował punkty Śląskowi w ostatnich minutach, to o pucharach nie byłoby już mowy.


Przed ostatnimi kolejkami w głowach zawodników i kibiców mistrzów Polski tli się jeszcze iskierka nadziei. Pytanie tylko, kiedy zgaśnie, bo wrocławianie zmierzą się jeszcze w lidze i z Lechem i z Legią – to nie brzmi optymistycznie, zwłaszcza że obie drużyny są w dużym gazie. Wszystko wskazuje więc, że za rok nie obejrzymy już w Śląsku nie tylko Sebastiana Mili, ale też sympatycznego czeskiego Rumcajsa – Stanislava Levy’ego.

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)