Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Niedziela rezerwowych. Legia wciąż liderem

Niedziela rezerwowych. Legia wciąż liderem

Piłka nożna | 05 maja 2013 19:55 | Przemysław Drewniak
Piłkarze Legii i Śląska zanotowali w niedzielę ważne zwycięstwa
fot. Marcin Karczewski / Superstar.com.pl
Piłkarze Legii i Śląska zanotowali w niedzielę ważne zwycięstwa

W niedzielnych meczach 25. kolejki T-Mobile Ekstraklasy zabrakło emocji i przede wszystkim dobrego poziomu. Mimo tego, padły w nich bardzo ważne dla obu części tabeli rozstrzygnięcia. Legia Warszawa nie oddała pierwszego miejsca na rzecz Lecha i pokonała u siebie Lechię Gdańsk, natomiast we Wrocławiu Śląsk w ostatnich minutach rozstrzygnął na swoją korzyść losy starcia z walczącą o utrzymanie Pogonią i usamodzielnił się na trzecim miejscu w tabeli. W obu meczach decydujące bramki strzelali rezerwowi.


Legia Warszawa 1-0 Lechia Gdańsk


Zgodnie z naszymi oczekiwaniami, Legia odpowiedziała na wczorajsze zwycięstwo Lecha trzema punktami w rozgrywanym przed własną publicznością spotkaniu z Lechią Gdańsk. Wygrana nie przyszła jednak z łatwością, bo „Wojskowi” długo się męczyli, zanim wejście smoka zaliczył w drugiej połowie strzelec jedynego w tym meczu gola, Jakub Kosecki.


Spotkaniu w Warszawie daleko było do porywającego widowiska. Goście z Trójmiasta od początku nastawili się na defensywę, cofając się aż na 30. metr od własnej bramki. Przez 71% czasu to Legia utrzymywała się przy piłce, ale nie przekładało się to na ilość sytuacji pod bramką Michała Buchalika. W grze ofensywnej gospodarzy za mało było ruchu, a ich przewidywalne akcje z łatwością rozbijał „autokar” postawiony przez gdańszczan we własnym polu karnym.


Na postawę Legii mogły wpływać dwa czynniki: zmęczenie niektórych zawodników po czwartkowym, finałowym spotkaniu Pucharu Polski we Wrocławiu, oraz fakt, że tym razem to na podopiecznych Jana Urbana spoczywała presja znajomości wyniku meczu jedynego konkurenta w walce o mistrzostwo. Marek Saganowski co prawda asystował przy golu dla swojej drużyny, ale dla obrońców Lechii był znacznie mniejszym zagrożeniem niż kilka dni wcześniej dla defensorów Śląska. Występujący od pierwszej minuty Danijel Ljuboja jak zwykle był aktywny, ale często za długo holował piłkę i zbyt głęboko cofał się w kierunku środka pola, osłabiając tym samym potencjał Legii pod bramką rywali. Inna sprawa, że zadania nie ułatwiali mu koledzy z drużyny. Miroslav Radović potwierdził, że jest obecnie cieniem piłkarza z początku wiosny i w kolejnym meczu z kolei nie był wyróżniającą się postacią swojej drużyny. A to właśnie ten zawodnik musi brać na siebie ciężar gry w sytuacjach, gdy przeciwnik zmusza Legię do gry w ataku pozycyjnym.


W drużynie gospodarzy najlepiej funkcjonowało prawe skrzydło, gdzie często do ataku włączał się obrońca Artur Jędrzejczyk, wspomagając tym samym Michała Kucharczyka. Nieco „odkurzony” przez Jana Urbana skrzydłowy skorzystał z absencji kilku podstawowych zawodników, wskoczył do wyjściowego składu Legii i już w pucharowym meczu ze Śląskiem pokazał się z bardzo dobrej strony, asystując przy jednym z trafień Saganowskiego. W niedzielę również ten duet wypracował akcję, po której padła zwycięska bramka dla gospodarzy. Z prawej strony dośrodkowywał w pole karne Kucharczyk, piłkę na piątym metrze przyjął Saganowski i zgrał ją do wprowadzonego na boisko chwilę wcześniej Koseckiego. Powracający do gry po kontuzji „Kosa” bez zastanowienia przymierzył z pierwszej piłki w długi róg bramki Buchalika, mimo że był to dla niego zaledwie drugi kontakt z futbolówką w tym spotkaniu.


Legia swoją grą nie zachwyciła, ale i Lech przecież nie wygrał dwóch ostatnich spotkań w imponującym stylu. Status quo sprzed kolejki został zachowany, a do wielkiego starcia obu drużyn przy Łazienkowskiej pozostały już tylko dwa tygodnie.


Dziwimy się, że piłkarze Lechii przemierzyli pół Polski po to, by przeczekać 90 minut meczu przed własnym polem karnym. Gdańszczanie nawet przy stanie 0:1 nie wykazali ani trochę ambicji i chęci do zmiany rezultatu. Pod bramką Dusana Kuciaka nie stworzyli sobie ani jednej dogodnej okazji, a po bramce Legii w 62. minucie gry wyglądali tak, jakby już pogodzili się z porażką. Lechia nie wygrała w lidze już od siedmiu spotkań, z których aż pięć przegrała. Już tydzień temu po meczu z Podbeskidziem pisaliśmy, że w Gdańsku mogą spisywać ten sezon na straty. Tymczasem biało-zieloni na pięć kolejek przed końcem sezonu mają tylko siedem punktów przewagi nad strefą spadkową i muszą jeszcze zdobyć kilka oczek, by w ogóle mieć pewność utrzymania w lidze.


Śląsk Wrocław 1-0 Pogoń Szczecin


Skoro piszemy, że Legia się męczyła, to co powiedzieć o tym, co zaprezentował w meczu z Pogonią walczący o puchary Śląsk? Po stojącym na bardzo niskim poziomie meczu wrocławianie szczęśliwie pokonali najsłabszą drużynę rundy wiosennej 1:0. O zwycięstwie gospodarzy po raz kolejny w tym sezonie przesądził Piotr Ćwielong, który wykończył akcję innego z rezerwowych, Erica Mouloungiego. Ale przez 90 minut spotkania we Wrocławiu nie było widać kto walczy o grę w eliminacjach do Ligi Europy, a kto o utrzymanie w Ekstraklasie…


Przy ustalaniu wyjściowego składu na mecz z Pogonią, trener Stanislav Levy chwycił się ostatniej deski ratunku. Z przodu postawił na Jakuba Więzika, który miał zastąpić nieskutecznych i bezproduktywnych w ostatnich tygodniach Mouloungiego i Łukasza Gikiewicza. Ograny już na pierwszoligowych boiskach 22-latek zaliczył tym samym debiut na poziomie Ekstraklasy, ale spisał się przeciętnie. W wielu sytuacjach było widać po nim brak doświadczenia, tak jak w 8. minucie, gdy po akcji Waldemara Soboty zmarnował najlepszą w pierwszej połowie okazję Śląska na zdobycie gola. Do zmiany stron jedyny celny strzał na bramkę rywali oddali goście, gdy Bartosz Ława ładnym uderzeniem z dystansu zmusił do interwencji Rafała Gikiewicza.


W drugiej połowie obraz gry nie uległ zmianie. Obie drużyny miały ogromne problemy z wymienieniem kilku celnych podań i skonstruowaniem choć jednej składnej akcji. Gospodarze jedyną nadzieję na zmianę rezultatu mogli upatrywać w rezerwowych. Na ich szczęście, to właśnie oni pięć minut przed ostatnim gwizdkiem sędziego przesądzili o losach meczu. Akcję Śląska rozpoczął bardzo dobrym podaniem na skrzydło niewidoczny przez większość część spotkania Sebastian Mila. Tam przejął ją wprowadzony na boisko zaledwie dwie minuty wcześniej Mouloungui, który pognał z piłką do przodu i precyzyjnie dośrodkował ją do wbiegającego w pole karne Piotra Ćwielonga. Celnym strzałem z pierwszej piłki skrzydłowy po raz kolejny okazał się jokerem w talii Stanislava Levego i zapewnił trzy punkty drużynie Śląska.


Wrocławianie nie pierwszy raz mogli liczyć na Ćwielonga. Wiosną jego bramki przesądziły o zwycięstwach Śląska z Pogonią, Górnikiem i Flotą, oraz o remisach z Lechią i Koroną. Co ciekawe, 27-letni pomocnik aż cztery z tych meczów rozpoczynał na ławce rezerwowych, a gole za każdym razem strzelał w ostatnich 10 minutach. Gdy Ćwielong gra zaś w wyjściowym składzie, jego skuteczność drastycznie spada. Gdyby więc wzorem NBA Ekstraklasa przyznawała po sezonie nagrodę dla najlepszego rezerwowego, skrzydłowy Śląska byłby murowanym faworytem do jej zgarnięcia.


Dzięki wygranej z Pogonią, Śląsk ma po tej kolejce trzy punkty przewagi nad Górnikiem w wyścigu żółwi o trzecie miejsce w lidze. Patrząc jednak na dyspozycję obu drużyn, aż strach pomyśleć, co zaprezentuje latem nasz trzeci przedstawiciel w Europie.


Od dwóch kolejek gra Pogoni Szczecin wygląda nieco lepiej niż na początku rundy, ale nawet w tej dyspozycji „Portowcy” będą mieli ogromne problemy z utrzymaniem się w Ekstraklasie. W grze piłkarzy Dariusza Wdowczyka jest sporo niedokładności, a drużyna nadal pozostaje bez żądła z przodu. Dziś kontuzjowanego Donalda Djousse zastąpił w tej roli 20-letni Radosław Wiśniewski, ale zarówno on, jak i wprowadzony w jego miejsce Tomasz Chałas, blado wypadali w starciach z obrońcami Śląska. Na plus możemy po tym meczu zaliczyć „Portowcom” jedynie konsekwencję w taktyce, bo z przebiegu meczu gospodarze nie byli lepsi i nie zasłużyli na zwycięstwo, oraz przygotowanie fizyczne – pod tym względem Pogoń wyglądała lepiej niż w ostatnich meczach.


Po ostatnich dwóch kolejkach sytuacja na dole tabeli stała się jeszcze ciekawsza. Podbeskidzie traci do Pogoni już tylko trzy punkty (bezpośredni mecz obu drużyn w przedostatniej kolejce w Bielsku-Białej), a już za tydzień ci drudzy podejmą w Szczecinie GKS Bełchatów, dla którego będzie to ostatnia szansa na nawiązanie walki o utrzymanie.

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)