Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Mistrzowska forma Lecha!

Mistrzowska forma Lecha!

Piłka nożna | 11 maja 2013 01:00 | Przemysław Drewniak
Piłkarze Lecha mieli w piątek powody do zadowolenia
fot. T-Mobile Ekstraklasa / x-news
Piłkarze Lecha mieli w piątek powody do zadowolenia

Poznańska Lokomotywa nie zwalnia tempa. W 26. kolejce T-Mobile Ekstraklasy piłkarze Lecha w efektowny sposób pokonali na własnym stadionie Widzew Łódź 4:0 i przynajmniej do jutra odebrali Legii Warszawa pierwsze miejsce w tabeli. Wcześniej w stolicy, Polonia przerwała serię meczów bez zwycięstwa, wygrywając u siebie z Podbeskidziem Bielsko-Biała 2:1.


Lech Poznań 4-0 Widzew Łódź


Do ligowego hitu sezonu pozostał już tylko tydzień. Nie znamy jeszcze wyniku sobotniego meczu Legii w Białymstoku, ale chyba możemy już pokusić się o stwierdzenie, że to Lech będzie grał przy Łazienkowskiej w roli faworyta. Od początku tej rundy podopieczni Mariusza Rumaka prezentują się lepiej od warszawian, a w piątkowym meczu z Widzewem dali wyraźny sygnał, że są gotowi do przebycia ostatniej prostej w walce o mistrzostwo. Wygrali 4:0, wszystkie bramki aplikując przyjezdnym w drugiej połowie spotkania.


Patrząc na wyjściowy skład swojej drużyny, kibice w Poznaniu mogli mieć wątpliwości, czy Lech spisze się tym razem lepiej, niż chociażby tydzień wcześniej, gdy na własnym stadionie „umęczył” skromną wygraną nad Wisłą Kraków. W wyniku absencji Luisa Henriqueza trener gospodarzy po raz kolejny w tym sezonie namieszał w zestawieniu defensywy. Na lewą stronę przeszedł Hubert Wołąkiewicz, a po przeciwnej stronie od pierwszej minuty wystąpił Tomasz Kędziora. Zmiany dotknęły także linię pomocy, gdzie zabrakło dwóch motorów napędowych akcji Lecha – Aleksandara Toneva i Kaspera Hamalainena. Narzekający ostatnio na lekki uraz Fin zasiadł na ławce rezerwowych.


Głównego kreatora gry Kolejorza zastąpił Karol Linetty. 18-latek nie wywiązał się jednak ze swojego zadania – nie brał na siebie ciężaru rozgrywania akcji gospodarzy, był mało widoczny i został zmieniony już w przerwie. W pierwszej, zakończonej bezbramkowym remisem połowie, obie drużyny toczyły ze sobą wyrównany pojedynek. Obie miały swoje szanse na zdobycie bramki – już na początku spotkania Mariusz Stępiński w niezłej sytuacji groźnie uderzył z powietrza nad bramką Lecha. Gospodarze dwukrotnie byli bliscy objęcia prowadzenia, ale strzał Mateusza Możdżenia minimalnie minął słupek bramki Macieja Mielcarza, a Łukasz Teodorczyk w sytuacji sam na sam z golkiperem łodzian fatalnie przestrzelił.


Widząc problemy Lecha w ofensywie, trener Rumak szybko zareagował. Od początku drugiej połowy w miejsce Linettego i Teodorczyka pojawili się na boisku Hamalainen i Bartosz Ślusarski. Jak się okazało, to właśnie oni, wraz z najlepszym w tym meczu Gergo Lovrencsicsem, przesądzili o losach meczu.


Lech z przytupem rozpoczął grę po zmianie stron. Już po kilku sekundach bliski szczęścia był Ślusarski, ale jego strzał z woleja wybronił Mielcarz. Kilka minut później worek z bramkami rozwiązał Możdżeń. Pomocnik, jak niegdyś w meczu z Manchesterem City, uradował kibiców Lecha pięknym uderzeniem zza pola karnego. Od tego momentu dominacja Lecha nie podlegała żadnej dyskusji. Całkiem nieźle grający w pierwszej połowie Widzew zupełnie się rozsypał, a od momentu straconej bramki właściwie nie zagroził bramce Krzysztofa Kotorowskiego. Coraz swobodniej grający gospodarze zaliczali natomiast kolejne trafienia – Hamalainen wygrał pojedynek biegowy z Hachemem Abbesem i w pojedynku sam na sam okazał się lepszy od bramkarza Widzewa, a kilka minut później doskonałe podanie Wołąkiewicza z lewego sektora boiska zamienił na gola Ślusarski. Wynik meczu ustalił w doliczonym czasie gry Lovrencsics, czyli ten, który spośród wszystkich piłkarzy na boisku najbardziej na to zasługiwał.


Lech zrobił w piątek to, czego wymaga się od drużyny walczącej o tytuł mistrzowski – pozbawił wszelkich złudzeń swojego rywala i zainkasował pewną wygraną w stylu, na który przyjemnie było patrzeć. Widzew rozczarował w drugiej połowie – po zawodnikach Radosława Mroczkowskiego nie widać było żadnych chęci i dążenia do zmiany rezultatu. Znamienna jest statystyka fauli – goście zaliczyli w tym meczu zaledwie cztery przewinienia, przy 22 piłkarzy Lecha. Liczby te doskonale świadczą o tym, kto w piątkowy wieczór w Poznaniu bardziej chciał zdobyć trzy punkty.


Polonia Warszawa 2-1 Podbeskidzie Bielsko-Biała


Patrząc na ligową tabelę, aż trudno było uwierzyć, że to goście przyjeżdżają do stolicy w roli faworyta. Polonia nie wygrała jednak już od ośmiu meczów ligowych, a Podbeskidzie w dotychczasowych meczach rozgrywanych wiosną nie zaliczyło ani jednej wyjazdowej porażki. W takich okolicznościach to walczący o utrzymanie „Górale” wydawali się pewniejszym kandydatem do wygranej. Przy Konwiktorskiej doszło jednak do przełamania obu serii – „Czarne Koszule” w końcu zwyciężyły, a bielszczanie niesamowicie skomplikowali sobie sytuację w dole tabeli.


Spotkanie obu drużyn, delikatnie mówiąc, nie grzeszyło poziomem. Na boisku zamiast składnej gry było dużo chaosu i ostrej walki. Już w 8. minucie z boiska powinien wylecieć Anton Sloboda, który pozbawiony wyobraźni ostro wszedł w nogi Tomasza Wełny. Obrońca Polonii już kilka minut później nie był w stanie kontynuować gry i utykając, zszedł z murawy. Miał jednak szczęście, bo Sloboda o mało nie złamał mu nogi. Słowak obejrzał za to zagranie tylko żółtą kartkę.


Gospodarze stworzyli sobie w pierwszej połowie dwie stuprocentowe akcje do zdobycia bramki. Dwukrotnie jednak świetnymi interwencjami popisał się Richard Zajac, który najpierw pokonał w sytuacji sam na sam Pawła Wszołka, a później z najwyższym trudem interweniował po główce Daniela Gołębiewskiego. Mimo tych okazji, to goście schodzili do szatni z prowadzeniem po bramce Marcina Wodeckiego. Pomocnik bielszczan wykorzystał błąd Igora Morozova, który poślizgnął się i pozwolił mu dojść do piłki po zgraniu głową Roberta Demjana.


W 59. minucie Podbeskidzie mogło właściwie przesądzić o losach spotkania. W wymarzonej sytuacji znalazł się Piotr Malinowski, który przerzucił Mariusza Pawełka i miał przed sobą już tylko pustą bramkę. Uderzył jednak w boczną siatkę i zaprzepaścił ogromną szansę na powiększenie prowadzenia. Jak się wkrótce okazało, moment ten był punktem zwrotnym dla przebiegu meczu. Kilkadziesiąt sekund później popełniający dużą liczbę błędów obrońcy Podbeskidzia pozostawili zbyt wiele miejsca Miłoszowi Przybeckiemu, który dokładnie dograł w pole karne do Wszołka, a ten uderzeniem z pierwszej piłki trafił w górny róg bramki Zajaca. Od tego momentu to gospodarze zdecydowanie przeważali i już kwadrans później objęli prowadzenie. Fatalne zachowanie Marka Sokołowskiego, który zaplątał się z piłką we własnym polu karnym, wykorzystał Piotr Grzelczak, strzelając swoją pierwszą oficjalną bramkę w barwach Polonii.


Polonia znacznie utrudniła sytuację Podbeskidziu, które w walce o utrzymanie znów zdane jest na dyspozycję swoich rywali. Na koniec sezonu może się jednak okazać, że... to dzięki „Czarnym Koszulom” bielszczanie pozostaną w najwyższej klasie rozgrywkowej. Jeżeli Pogoń Szczecin zwiększy jutro swoją przewagę do sześciu punktów, podopieczni Czesława Michniewicza największą szansę na utrzymanie będą upatrywać w zajęciu przedostatniego miejsca w Ekstraklasie i właśnie braku licencji Polonii na przyszły sezon.

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)