Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Niedziela cudów! Piast bliżej pucharów, kanonada w Gdańsku

Niedziela cudów! Piast bliżej pucharów, kanonada w Gdańsku

Piłka nożna | 12 maja 2013 20:00 | Przemysław Drewniak
Uzasadniona radość piłkarzy Piasta. Na pierwszym planie smutny Waldemar Sobota
fot. T-Mobile Ekstraklasa / x-news
Uzasadniona radość piłkarzy Piasta. Na pierwszym planie smutny Waldemar Sobota

Dla kibica T-Mobile Ekstraklasy to był najlepszy dzień w tym sezonie. W dwóch niedzielnych meczach w Gliwicach i Gdańsku padło aż dwanaście bramek! Piast po niezwykle emocjonującym spotkaniu pokonał u siebie Śląsk Wrocław i awansował na trzecie miejsce w tabeli, a Lechia zremisowała z Ruchem Chorzów 4-4, choć jeszcze w 90. minucie przegrywała... dwoma bramkami! 


Piast Gliwice 3-2 Śląsk Wrocław


Piękny sen Piasta Gliwice trwa. Po golu zdobytym w doliczonym czasie gry, podopieczni Marcina Brosza pokonali na własnym stadionie Śląsk Wrocław 3-2 i kosztem mistrza Polski awansowali na trzecie miejsce w tabeli Ekstraklasy. Choć gospodarze grali przez ostatni kwadrans w dziesiątkę, zdołali strzelić decydującego gola za sprawą 19-letniego Radosława Murawskiego, który pojawił się na boisku kilkadziesiąt sekund wcześniej.


Wynik meczu nie kłamie – kibice w Gliwicach obejrzeli bardzo ciekawe widowisko, w którym nie zabrakło wielkich emocji, podbramkowych sytuacji, a przede wszystkim goli. Zaczęło się jednak nieciekawie dla gospodarzy. W 16. minucie gry prowadzenie Śląskowi dał najbardziej krytykowany w ostatnich miesiącach piłkarz Ekstraklasy – Dalibor Stevanović. Słoweniec wykorzystał dobre podanie Mateusza Cetnarskiego i strzelił swoją pierwszą bramkę na polskich boiskach. Jak się okazało, było to jedyne trafienie w pierwszej połowie. Piast powinien był jednak co najmniej wyrównać, bo zmarnował ku temu kilka dogodnych okazji. Najczęściej pudłował Marcin Robak, który był tego dnia wielokrotnie obsługiwany podaniami z drugiej linii. Były napastnik Widzewa nie miał jednak swojego dnia i psuł niemal wszystko, co się dało.


Druga połowa jeszcze bardziej obfitowała w emocje. Już w pierwszych pięciu minutach obie drużyny mogły strzelić bramki, ale Ruben Jurado skiksował w polu karnym gości, a strzały Sebastiana Mili i Piotra Ćwielonga minimalnie minęły słupek bramki Dariusza Treli. Chwilę później z pomocą przyszedł gospodarzom… sędzia Marcin Borski. Po zamieszaniu w polu bramkowym wrocławian podyktował dla Piasta rzut karny, choć nawet po obejrzeniu telewizyjnych powtórek ciężko było stwierdzić, jakie miał do tego podstawy. Z prezentu skorzystał Jurado, choć Gikiewicz był bliski wybronienia jego strzału z jedenastu metrów.


Już pięć minut później Piast ponownie został nagrodzony. Tym razem w rolę świętego Mikołaja wcielił się Waldemar Sobota, który na swojej połowie popełnił fatalny błąd w przyjęciu piłki. Wykorzystał to lewy obrońca Piasta Paweł Oleksy, który pognał z futbolówką w kierunku bramki gości i wyprowadził swój zespół na prowadzenie.


Wydawało się, że podopiecznym Stanislava Levego ten mecz wynika się spod kontroli, ale wrocławianie bardzo dobrze zareagowali na utratę dwóch goli. Nie ustali w atakach, a w 75. minucie wywalczyli rzut karny. Po zgraniu piłki przez Erica Moulounguiego w sytuacji sam na sam znalazł się Cetnarski, ale ciągnięty za koszulkę z tyłu przez Oleksego padł na murawę. Tym razem sędzia Borski podjął właściwą decyzję, dyktując jedenastkę i pokazując obrońcy Piasta czerwoną kartkę. Bezbłędnym egzekutorem okazał się Stevanović, który swoim występem częściowo odkupił winy u kibiców Śląska za fatalne występy z początku rundy.


Choć Śląsk grał z przewagą jednego zawodnika, na boisku nie było tego widać. Piast z godną uznania determinacją nadal walczył o trzy punkty i za sprawą rezerwowych dopiął swego w ostatniej minucie doliczonego czasu gry. Świetną akcję przeprowadził Pavol Cicman, który wyłożył piłkę wbiegającemu w pole karne Radosławowi Murawskiemu. 19-latek uderzył pod poprzeczkę bramki Gikiewicza, wprawiając w ekstazę miejscowych kibiców i ławkę rezerwowych gliwiczan. Załamani byli za to piłkarze Śląska, a trener Stanislav Levy tak się wściekł, że najpierw rzucił o murawę marynarką, a potem pięścią o mało nie zrobił dziury w ławce rezerwowych. Nie ma się co dziwić – po czerwonej kartce dla Oleksego Śląsk powinien był wykorzystać jedną ze stworzonych okazji, lub co najmniej wywieźć punkt ze stadionu w Gliwicach.


Może się okazać, że dla Śląska jedyną drogą do europejskich pucharów będzie zdobycie przez Legię mistrzostwa Polski. Wrocławianie stracili na rzecz swoich dzisiejszych rywali trzecie miejsce w tabeli, a przed sobą mają bardzo niewygodny terminarz: wyjazdy na Łazienkowską i do Białegostoku oraz mecze u siebie z Wisłą i Lechem. Biorąc pod uwagę, że nawet czwarte miejsce może dawać awans do pucharów, Piast po tym zwycięstwie jest już bliski gry w eliminacjach do Ligi Europy. A upór i determinacja w grze piłkarzy Marcina Brosza sprawiają, że w tym momencie to gliwiczanie chyba najbardziej zasługują na zajęcie najniższego stopnia podium.


Lechia Gdańsk 4-4 Ruch Chorzów


W Gdańsku czekał nas pojedynek o zachowanie godności. Mająca za sobą siedem meczów bez zwycięstwa Lechia podejmowała Ruch, który przegrał ostatnie spotkania i spadł na 13. miejsce w tabeli. Wielu spodziewało się więc meczu walki i niewielu podbramkowych sytuacji. Nic podobnego! Obie drużyny stworzyły kapitalne widowisko, być może jeszcze bardziej emocjonujące, niż wcześniejsze w Gliwicach. Z końcowego wyniku zadowoleni mogą być tylko gospodarze - Niebiescy mieli już bowiem zwycięstwo w kieszeni i tylko sobie mogą zawdzięczać utratę pewnej wygranej.


Zaczęło się od mocnego uderzenia. Już w 5. minucie idealnym dośrodkowaniem w pole karne popisał się Deleu, który dograł piłkę wprost na głowę Piotra Wiśniewskiego. Gdańszczanie nie zdążyli jeszcze nacieszyć się prowadzeniem, a na PGE Arenie znów był remis. Po bardzo ładnej akcji gości rozgrywający niezłe zawody Filip Starzyński wyłożył piłkę Łukaszowi Janoszce, który nie dał szans Michałowi Buchalikowi. W pierwszej połowie lepiej prezentowali się jednak gospodarze - głównie za sprawą brazylijskiego prawego skrzydła. To właśnie przez Deleu i Ricardinho przechodziła niemal każda najgroźniejsza akcja Lechii. Ten drugi w 23. minucie dał swojej drużynie prowadzenie pięknym uderzeniem z dystansu. Ten gol być będzie być może przełamaniem dla 23-letniego pomocnika z Sao Paulo, który wiosną był jak dotąd cieniem piłkarza z rundy jesiennej.


Do przerwy nic nie wskazywało na to, co wydarzy się w drugiej połowie meczu. Po zmianie stron grający ambitnie Ruch pokazał charakter, wyprowadzając trzy nokautujące ciosy. We wszystkich trafieniach brali udział Marek Zieńczuk i Pavel Sultes. W 58. minucie pierwszy z nich idealnie dośrodkował w pole karne do tego drugiego, przypominając swój najlepszy okres gry z Wisły Kraków, gdy takie asysty zaliczał niemal w każdym meczu. Już pięć minut później było 3-2 dla Ruchu. Bierną postawę Pawła Brożka w defensywie wykorzystał po podaniu Janoszki Sultes. Dla czeskiego napastnika były to trafienia numer dwa i trzy w bieżących rozgrywkach. Chyba równie zaskakujące, jak te w wykonaniu Stevanovicia. W 78. minucie wydawało się, że jest już po wszystkim. Sultes świetnie zastawił piłkę w polu karnym gospodarzy, odegrał ją do niepilnowanego Zieńczuka, a ten bardzo ładnym strzałem lewą nogą dał swojej drużynie, wydawałoby się, bezpieczne prowadzenie. 


Lechia w swoim stylu ruszyła do przodu i... marnowała coraz lepsze okazje. W dobrej sytuacji znalazł się wprowadzony z ławki Grzegorz Rasiak, ale uderzył obok bramki. Po pięknej wymianie piłki jeszcze bliżej szczęścia był Łukasz Surma, który strzelił w słupek. Wydawało się, że biało-zieloni po raz kolejny przegrają u siebie i sprawią ogromny zawód coraz mniej licznej publiczności na PGE Arenie. W doliczonych do podstawowego czasu gry czterech minutach gospodarze dokonali jednak niemożliwego - doprowadzili do wyrównania, strzelając dwie bramki. Najpierw Krzysztofa Kamińskiego pokonał po podaniu Pawła Buzały Rasiak, a chwilę później świetnie w pole karne gości wszedł Jarosław Bieniuk, który zagrał do Adama Dudy. Krytykowany od początku rundy napastnik wszedł na boisko w drugiej połowie i tym razem nie zawiódł. Pozostawiony zupełnie bez opieki przez obrońców Ruchu efektownie uderzył piłkę piętą obok zszokowanego bramkarza Niebieskich.


Kibice w Gdańsku po raz pierwszy od dłuższego czasu mogli wyjść ze stadionu usatysfakcjonowani. Tego samego nie mogą powiedzieć piłkarze Ruchu Chorzów, którzy przed meczem pewnie przyjęliby punkt z zadowoleniem, ale w doliczonym czasie gry we frajerski sposób stracili komplet punktów. To spotkanie może być jednak przełamaniem zarówno dla Lechii, jak i dla chorzowian. Obie drużyny zaprezentowały się w niedzielę dużo lepiej niż w poprzednich meczach i stworzyły niesamowite jak na warunki naszej ligi widowisko.


Mecz na PGE Arenie był historyczny nie tylko ze względu na rekordową dla tego stadionu liczbą strzelonych goli. W niedzielę prawdopodobnie po raz ostatni oglądaliśmy na boisku Marcina Baszczyńskiego. Obrońca Ruchu już od jakiegoś czasu głośno zastanawiał się nad zakończeniem kariery, a w drugiej połowie doznał groźnie wyglądającej kontuzji kolana, po której musiał przedwcześnie opuścić boisko. Baszczyński najpewniej sezon ma już z głowy, a następny rozpocznie już w innej roli - skauta bądź dyrektora sportowego chorzowskiego klubu.

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)