Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Czeska komedia we Wrocławiu

Czeska komedia we Wrocławiu

Piłka nożna | 13 maja 2013 22:30 | Jakub Kacprzak
Eric Mouloungui
fot. Marcin Karczewski / Superstar.com.pl
Eric Mouloungui

Na cztery spotkania przed końcem sezonu, obrońca mistrzowskiego tytułu, Śląsk Wrocław ma na swoim koncie 40 pkt i zajmuje dopiero piąte miejsce w tabeli. Wiadomo już, że nastąpił w ich formie regres. Nawet jeśli wygraliby wszystkie spotkania jakie pozostały do końca rozgrywek, to ostateczny bilans punktowy wrocławian wyniósłby 52 oczka. Na ten moment już dwie drużyny mają więcej zdobytych punktów, niż Śląsk w całym minionym sezonie. Prowadzi Legia – 59, a drugi w tabeli Lech – 57. Co ciekawe, ekipa prowadzona przez Stanislava Levego ma już teraz tyle samo porażek, co w całym minionym sezonie i o dwa remisy więcej. Ich bilans bramkowy to 37-36. W całych rozgrywkach 11/12 było to 47-31. Wyraźna obniżka formy, wiele haniebnych porażek i zagrożona pozycja, pozwalająca na grę w europejskich pucharach powoduje, że o Śląsku można powiedzieć wiele, ale niestety zbytnio nic dobrego z tego wybrać się nie da. 


Po ostatnim meczu Levy miał podobno krzyczeć, że jego zespół "to, kurwa nie drużyna, tylko pozoranci". Nic dziwnego. Jeśli mistrz (jeszcze) Polski, przegrywa niezwykle istotny mecz dużo uboższym finansowo i kadrowo Piastem Gliwice, grając na dodatek z przewagą jednego zawodnika, to nie ma co się dziwić, że czeskiego trenerowi puściły nerwy. I ja się panu Staszkowi nie dziwię. Obejrzałem w tym sezonie kilka spotkań obrońców tytułu i przyznam, że byłem załamany. Wiele też o Śląsku mówi to, że jego najskuteczniejszym strzelcem jest Piotr Ćwielong, który ma na koncie… 7 bramek. Drugie miejsce w tej klasyfikacji zajmuje Sebastian Mila, który ma o jednego gola mniej. Wrocławianie mają więcej problemów niż argumentów. Fatalnie spisują się napastnicy, obrona popełnia masę błędów, a środek pomocy jest mało efektywny. Z pewnością Levy zastanawia się, po cholerę przedłużał kontrakt o kolejny rok. Tym bardziej, że dla Śląska nastaną jeszcze cięższe czasy. Zygmunt Solorz nie ma zamiaru wykładać swoich pieniędzy na zespół, długi rosną, a dobrzy piłkarze nie chcą przychodzić. Dużo mówi się o odejściu Sebastiana Mili, a Waldemarem Sobotą z pewnością będzie zainteresowane również kilka klubów.


Należy jednak zastanowić się z czego wzięły się problemy wrocławian. Składa się bowiem na to kilka czynników. Problemy finansowe, brak atmosfery w zespole, fatalne transfery, słaba forma piłkarzy i brak skutecznych napastników. Są to główne bolączki Śląska, który próbuje być jak reprezentacja Hiszpanii i grać bez klasycznego snajpera. Jednak Mila to nie Xavi, a Ćwielong to nie Iniesta. Jedyny dobry transfer wrocławian przed sezonem – Tomasz Jodłowiec, odszedł w zimowej przerwie do Legii. Na jego miejsce przyszedł Kokoszka. Przed startem rozgrywek sprowadzono tylko jednego napastnika, Sylwestra Patejuka. Nie strzelił żadnej bramki w tym sezonie. Zimą wzięto Stefana Vukovica i Erica Moulounguiego. Efekt? Ani jednego trafienia. Patrzę na listę napastników we Wrocławiu. Znajduje się na niej osiem nazwisk: Diaz, Ł. Gikiewicz, Vukovic, Mouloungui, Patejuk, Przybylski, Voskamp i Więzik. Z ośmiu piłkarzy na liście tylko dwóch wpisywało się na listę strzelców. Gikiewicz i Diaz trafiali do siatki rywala łącznie… pięć razy. Nawet staruszek Edi Andradina ma na swoim koncie cztery gole w tym sezonie. Zresztą o czym tu mówić skoro trzech obrońców Legii ma na swoim koncie tyle samo trafień co wszyscy napastnicy Śląska?


O nieróbstwie i olewackim sposobie, w jaki piłkarze z Wrocławia podchodzą do spotkań i treningów, można napisać wiele. Z czego to wynika? Zbyt duże pensje, brak motywacji? A może brak szacunku do kibiców i trenera? Stanislav Levy nie jest na pewno takim charakternym szkoleniowcem jak Orest Lenczyk, ale wydaje mi się, że brak twardej ręki w Śląsku to ogromny problem. Zawodnicy po zdobyciu mistrzostwa czuli się jak bogowie. Jednak wrocławski Olimp powstał zbyt szybko, a piłkarscy bogowie zamienili się raczej w umarłe dusze płynące przez Styks. Rozumiem, że problemy finansowe mogą się odbić na postawie zawodników, ale jeśli przypomnieć sobie co Michał Probierz dokonał w ŁKS-ie, gdzie pieniędzy nie było w ogóle, to można mieć wątpliwości, czy kopacze ze Śląska mają w ogóle chęć wychodzić na murawę.


Mamy więc w ekipie, która zajmuje piąte miejsce w tabeli istną, czeską komedię. Trochę mi przypomina pewien film od naszych południowo-zachodnich sąsiadów, w którym dwóch gości zamieniło się żonami. W Śląsku mamy kadrę kopaczy, która zamieniła talent piłkarski na lenistwo. To jednak pokazuje, że Levy dokonuje cudu, bowiem Wrocław wciąż ma szansę na trzecie miejsce w Ekstraklasie. Choć z drugiej strony… czy to nie świadczy o słabości naszej ligi? Trener Levy ma problem, którego nie da się szybko rozwiązać. Kadra jego drużyny powinna być dokładnie posprzątana. Bowiem czy dla ludzi takich jak Voskamp i inni, jest miejsce w drużynie z ambicjami większymi niż kopanie się po czołach?  

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)