Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Robben – bohater niezwykły

Robben – bohater niezwykły

Piłka nożna | 26 maja 2013 02:28 | Jakub Kacprzak


Ludzi można określać poprzez kolory. O dobrych mówi się, że są biali. O złych, że czarni. Jednak bywają też tacy, których gama barw ich określająca, jest znacznie większa. Są ludzie, którzy czasami muszą dosięgnąć absolutnego dna, by osiągnąć sukces. Ich porażki wytyka każdy. O upadkach mówi się często. Ten człowiek poznał swoje największe słabości. Zawodził, był krytykowany i nienawidzony przez wszystkich. Zarzucano mu egoizm, gwiazdorstwo, niszczenie atmosfery w drużynie i to, że zawodzi w najważniejszych momentach. Przegrywał do tej pory wszystko co mógł. Finał oznaczał dla niego strach i upokorzenie. Był jak upadły anioł. Potrafił z jednej strony zachwycać cudownymi bramkami na miarę piłkarskiego raju, a po chwili upadać wprost w piekielną otchłań. Wiele złego o nim powiedziano i napisano. Media i kibice spisywali go na straty i żądali odejścia z klubu. Pomimo, że zagrał w ostatnich 4 sezonach, w aż 4 finałach najważniejszych rozgrywek to przed ostatnim występem zawodził za każdym razem. Jednak jego wola życia i zwycięstwa spowodowała, że powrócił jako heros. Arjen Robben to postać niezwykła. Warto oddać mu kilka chwil na przemyślenia, bowiem jest postacią, która w futbolu nie występuje zbyt często.


Większość z nas po tylu porażkach i problemach poddałaby się. Natłok niepowodzeń przygwoździłby wielu do samego dna i nie pozwolił się podnieść. Holender w swym życiu upokorzeń, porażek i przeszkód przeżył tyle, że spokojnie mógłby obdarować swym doświadczeń kilka innych żywotów. Gdy jego kariera nabierała rozpędu wykryto, że ma raka jąder. Zwyciężył z chorobą i kontynuował grę. Zdobywał mistrzostwo kraju z PSV Eindhoven, Chelsea Londyn, Realem Madryt i Bayernem Monachium. Łącznie sześciokrotnie triumfował na ligowym polu, dokładając do tego również dziewięć tytułów pucharowych danej ligi. Jednak gdy przychodziło mierzyć się na arenie międzynarodowej, Robben tracił wszystko co w nim najlepsze. Od 2010 roku uznawany był za postać upadłą. Najpierw przegrał w finale Ligi Mistrzów przeciwko Interowi Mediolan. Nie zdołał pomóc drużynie na tyle, by choć trochę Bawarczycy mogli nawiązać równorzędną walkę z mediolańczykami. Po tej porażce pojechał do RPA, by reprezentować swą ojczyznę na Mistrzostwach Świata. Holandia doszła do wielkiego finału, w którym zmierzyła się przeciwko reprezentacji Hiszpanii. Arjen miał dwie meczowe piłki, które mogły rozstrzygnąć spotkanie na korzyść zespołu Oranje. Dwukrotnie sam na sam stawał przed Ikerem Casillasem. Jednak ani razu nie zdołał pokonać swojego byłego partnera z zespołu Realu. Ostatecznie to Hiszpanie cieszyli się ze złotego medalu. Robben po raz drugi, w krótkim odstępie czasu był zaledwie drugi. Dwa lata później powrócił w finałowej rozgrywce z Bayernem. Na własnym obiekcie, Allianz Arena, Bawarczycy mierzyli się z Chelsea Londyn. Holender chciał za wszelką cenę pokazać się ze znakomitej strony przeciwko swej byłej drużynie. Monachijski zespół prowadził do 88 minuty 1:0. Ostatecznie przegrał po rzutach karnych. Robben miał jednak szansę zapewnić swej drużynie zwycięstwo. W pierwszej połowie dogrywki podszedł do jedenastki. Uderzył fatalnie, strzał pewnie obronił Petr Cech. W konkursie karnych już nie próbował swych sił. Kibice znienawidzili go za to, że nie potrafił zapewnić Bayernowi zwycięstwa. Miano go serdecznie dość.


Tym bardziej, że zawiódł w tamtym sezonie także w lidze. W kluczowym spotkanie przeciwko Borussi Dortmund nie wykorzystał, a jakże… rzutu karnego. BVB cieszyło się z mistrzostwa, a Arjen wraz z FCB znów był tylko drugi. Drugi, drugi, drugi. Wieszczono mu siedzenie na ławce rezerwowych lub wyrzucenie z Monachium. Dodatkowo trapiły go częste kontuzje. Więcej czasu przebywał w gabinetach lekarskich niż na murawie. To dodatkowo denerwowało zarówno zarząd klubu jak i fanów Dumy Bawarii. Ilu ludzi po takich przejściach powiedziałoby sobie: pas, odpuszczam, kończę z tym? Zapewne wielu. Jednak Robben nie stracił wiary w sukces. Jego forma odbiegała od optymalnej, ale robił co mógł, by w końcu być najlepszym. Miał dość upokorzeń i tego, że mu się nie ufa, że się go nie docenia. Postanowił dalej walczyć o swoje. W półfinale przeciwko Barcelonie zobaczyliśmy Holendra zupełnie odmienionego. To już nie był chaotyczny geniusz, który za wszelką cenę próbował sam wszystko zrobić i nie dostrzegał partnerów. Nie biegał od linii środkowej do linii końcowej na połowie przeciwnika z przyklejoną do stopy piłką. Nie próbował na siłę oddawać strzałów z dystansu, które o kilka metrów mijały bramkę rywala. Robben harował zarówno pod własnym polem karnym, jak i jedenastką rywala. Był wszędzie. Wracał do obrony, rozpoczynał kontratak, podawał, rozgrywał. Zobaczyliśmy Arjena, którego nigdy wcześniej nie mogliśmy obserwować. Ukoronowaniem dwumeczu z Blaugraną był cudowny gol w rewanżu. Jednak pytanie brzmiało: czy w finale będzie w stanie pokonać własne demony i w końcu zwyciężyć?


Mecz Borussią początkowo wydawał się być dla niego powrotem koszmaru. W pierwszej połowie znów był nieskuteczny. Po raz kolejny przegrywał pojedynki sam na sam z bramkarzem. Roman Weidenfeller wychodził ze starć z Robbenem górą. Kolejny raz można było spodziewać się, że dyspozycja Holendra znów zadecyduje o tym, że FCB nie odniesie upragnionego sukcesu. Jednak są w życiu takie chwile, gdy choć wszystko kumuluje się przeciwko nam, to my idziemy pod prąd, nie zważając na to, że kłody rzucane nam pod nogi są przeogromne. Że choć cały świat jest przeciwko nam, to wiemy, iż potrafimy dokonywać rzeczy wielkich. I Arjen tego dokonał. Zaliczył asystę, która dała Bayernowi prowadzenie. Wystawił idealnie piłkę Mario Mandżukićowi, choć przecież określano go mianem największego samoluba futbolu. Pokazał, że podawać umie i zrobił to fantastycznie. Potem jednak Borussia wyrównała. Koszmar monachijczyków powrócił. Znów mieli przegrać? Po raz kolejny, choć prowadzili, mieli zejść pokonani? Nie tym razem. Wypominający nieskuteczność Robbenowi zostali uciszeni. Holender znakomitym dryblingiem wdarł się w pole karne i niczym wykwintny snajper delikatnie skierował piłkę obok wychodzącego bramkarza BVB. 2:1 dla Bayernu. Potem końcowy gwizdek, ulga, radość, spełnienie marzeń.


Asysta i bramka w finale. Zrobił w tym starciu Robben wszystko to, za brak czego wcześniej go nienawidzono. Podał idealnie, trafił do siatki w najważniejszym momencie. Z postaci tak mocno znienawidzonej, stał się bohaterem. Postacią, która w futbolu zdarza się rzadko. Dziś gdy wszyscy zachwycają się ciągle wygrywającymi Cristiano Ronaldo i Leo Messim, którym udaje się praktycznie wszystko, zapominamy o tych, którzy przegrywają. Nie interesują nas antybohaterowie. My chcemy zwycięzców! Ludzi wielkich! Bo w sporcie zazwyczaj bywa tak, że albo przyspawa się ciebie do dna, albo będzie wciąż trzymać na piedestale. Przecież nikt nie lubi mówić, że ceni zawodnika, który przegrywa. Mimo to zobaczyliśmy w zakończonym kilka godzin temu finale cudowną historię. Historię człowieka, który przeszedł drogę tak ciężką, wyboistą i pełną znienawidzeni, iż za samo to należy mu się szacunek. Robben dokonał rzeczy niezwykłej. Po raz trzeci stanął naprzeciw rywali w finale Ligi Mistrzów. I jak mawia słynne przysłowie, do trzech razy sztuka, tak tym razem wygrał. Zrobił wszystko co powinien. Asystował i sam wpisał się na listę strzelców. Rozstrzygnął losy spotkania i dał Bayernowi puchar. Nie jest już tylko drugi. W końcu może powiedzieć, że jest pierwszy i że nie zawiódł.


Można Arjena Robbena nienawidzić za to jaki był. Że symulował faule, kłócił się z kolegami z drużyny, grał samolubnie i nie radził sobie z presją w trakcie najważniejszych spotkań. Jednak pokazał on siłę charakteru, za którą należy go szanować. Bez względu na to komu kibicujemy, to Holender zasługuje bezwzględnie na szacunek. Bowiem większość ludzi po takich przeżyciach i tylu problemach, najzwyczajniej w świecie poddałaby się. On walczył do końca i dopiął swego. A przecież ma dopiero 29 lat. Przed nim jeszcze kilka sezonów na najwyższym poziomie. Wiadomo, że może dać jeszcze wiele dobrego Bayernowi. Skojarzył mi się jego los z pewną postacią z gry. Graliście w God of War? Główny bohater – Kratos, w jednej z misji musiał wydostać się z Hadesu, by wrócić do świata żywych. Robben dokonał tego samego. I chwała mu za to, że przezwyciężył własne słabości. Dał bowiem przykład, że bez względu na wszystko należy walczyć do końca!

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)