Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Marsz, marsz Legio do nieba

Marsz, marsz Legio do nieba

Piłka nożna | 14 czerwca 2013 10:01 | Remek Piotrowski
Legia Warszawa po zdobyciu mistrzostwa.
fot. T-Mobile Ekstraklasa / x-news
Legia Warszawa po zdobyciu mistrzostwa.

Głową muru nie przebijesz, ale jeśli zawiodły inne metody należy spróbować i tej - powiedział niegdyś Marszałek Piłsudski, który maczał palce w akcie tworzenia piłkarskiej Drużyny Legionowej Legia, a dziś jego słowa winny być mottem dla spadkobierców "Wojskowych".


Polskiemu futbolowi awans do najbardziej prestiżowych rozgrywek klubowych świata potrzebny jest, jak rybie woda i to nie tylko ze względów stricte ekonomicznych, ale w równym stopniu - wizerunkowych i nade wszystko sportowych.

 

Możliwość rozegrania sześciu spotkań w elicie tylko pozornie nie wpłynie na ogólną kondycję "skopanej" nad Wisłą. Bo cóż można zyskać w ciągu 540 minut, rzecz jasna prócz surowej lekcji, którą w przypadku awansu, Polakom najpewniej udzielą nie tylko potęgi z Niemiec, Anglii, czy Włoch, ale i europejskie średniaki z Ukrainy, Rosji, czy Rumunii?


Krok do przodu

Wbrew pozorom można zyskać coś o wiele cenniejszego niż kilka milionów euro, a bez pokonania tego arcyważnego kroku Legia nadal pozostanie jedynie królem zaściankowego podwórka, które co prawda ładnieje w oczach, ale po którym nadal biega się za wolno i zwyczajnie głupio.

 

W przypadku awansu (szczęśliwego, czy zasłużonego - nieistotne) największą wartością, wartością nie do przecenienia, będzie n a u k a. Uczyć będą się zresztą nie tylko piłkarze i trenerzy, ale również działacze, marketingowcy, fizjoterapeuci, a więc wszyscy począwszy od Jana Urbana i prezesa Bogusława Leśnodorskiego, a skończywszy na Pani sprzątaczce.


Sześć wieczorów z Ligą Mistrzów, w tym trzy na Łazienkowskiej, to niecodzienna możliwość wzięcia korepetycji u nauczycieli z piłkarskiego Oxfordu; obcowania z piłkarską wiedzą i emocjami, których nie wzbudzi żaden oklepany polski klasyk z Lechem, Wisłą, czy Górnikiem. Przecenić tej nauki nie sposób.


Legioniści, pełni pokory, ale i pozbawieni jakichkolwiek kompleksów, muszą chcieć tej trudnej lekcji, nawet jeśli będzie ona sroga i koniec końców przykra. Bramy futbolowego raju, jak zwykło nazywać się mocno już skomercjalizowane, choć nadal cieszące się zasłużoną popularnością rozgrywki, nie otworzą się jednak same.


Legia, jak i żaden polski klub nie zna recepty na przekroczenie tego progu, choć sukcesy w drugiej połowie lat '90 należy traktować w kategoriach istotnej wskazówki.


Na tropie Janasa

Legia anno Domini 1995 sięgnęła po podwójną koronę dzięki umiejętnemu połączeniu trzech składowych, których w piłce nie sposób przecenić - niezłych umiejętności, zrozumienia na murawie i serca do gry.

 

Drużyna, która w sierpniu 1995 roku wyeliminowała IFK Göteborg (nie byli to kelnerzy, a zespół, który w tamtym czasie regularnie występował w pucharach, w tym w Lidze Mistrzów) nie została wybudowana w ciągu miesiąca. Tworzono ją przez lata, najpierw dłutem Janusza Wójcika, potem Pawła Janasa.


Trzon zespołu stworzony z takich graczy, jak Szczęsny, Jóźwiak, Ratajczyk, Pisz, Michalski, Podbrożny, Lewandowski, Mandziejewicz, Fedoruk, Zieliński, czy Bednarz, wspólnego piłkarskiego języka uczył się NIE sześć miesięcy, a kilka sezonów, a do tego zaraz po zdobyciu podwójnej korony został wzmocniony solidnymi kopaczami w osobach Cezarego Kucharskiego, Tomasza Wieszczyckiego, Ryszarda Stańka i Andrzeja Kubicy. - Pierwszych dwóch okazało się autentycznymi wzmocnieniami, pozostała dwójka solidnymi uzupełnieniami.

 

Taka Legia mogła stanąć u bram futbolowego raju bez kompleksów, a pamiętajmy, że zespół z Łazienkowskiej dołożył do tego charakter, życiową formę i piłkarskie indywidualności w postaci Leszka Pisza, Jerzego Podbrożnego, Macieja Szczęsnego, czy Jacka Zielińskiego.

 

Nie sposób nie docenić transferowych starań obecnych władz Legii. Z doniesień prasy wynika, że na Łazienkowskiej przeznaczono na transfery sumę prawie ośmiu i pół miliona złotych, a w kręgu zainteresowań mistrza kraju są, jak podaje „Przegląd Sportowy”: Inigo Lopez (Hiszpania, Granada), Bartłomiej Pawłowski (Widzew Łódź), Łukasz Broź (Widzew Łódź), Marcin Wasilewski (Anderlecht Bruksela), Dosa Junior (Cypr, AEL Limassol).

 

Dzierżąca dwie korony Legia A.D. 2013 niestety nie dysponuje takimi indywidualnościami, na boisko często mówi wieloma futbolowymi językami, a w dodatku po stronie strat zanotowała solidnego obrońcę (Artur Jędrzejczyk) i niereformowalnego, choć najlepiej wyszkolonego technicznego w lidze Danjela Ljuboję, wkrótce zaś może stracić i najbardziej utalentowanego, bo wróbelki ćwierkają, że Jakub Kosecki swoich sił spróbuje za granicą.

 

W każdej więc formacji, wyjąwszy z tego pozycję golkipera (bo Maciej Szczęsny w 1995 i Dusan Kuciak w 2013 roku to gwarant dobrego poziomu europejskiego) mistrzowie Polski z lat ’90 są zespołem silniejszym, lepiej skonsolidowanym i bardziej wyrazistszym od Legii trenera Jana Urbana.

 

Kto nie wierzy, że defensywa z Jóźwiakiem, Mandziejewiczem, Zielińskim i Ratajczykiem była pewniejsza od przykładowego kwartetu: Bereszyński, Astiz, Jodłowiec, Wawrzyniak, niech obejrzy chociażby powtórki z meczu z Blackburn Rovers. Nawet w przypadku sprowadzenia do stolicy Marcina Wasilewskiego należy zdać sobie sprawę, że po pierwsze „Wasyl” nie jest zawodnikiem klasy Jacka Zielińskiego z 1995 roku (przesadnie, czy nie, polska prasa nazywała w tamtym czasie Zielińskiego i Tomasza Łapińskiego z Widzewa jedynymi polskimi zawodnikami klasy światowej), a po drugie – obrońca reprezentacji nie bez powodu stracił miejsce w podstawowej jedenastce Anderlechtu Bruksela.

 

Porównania nie wytrzymuje również zestawienie linii pomocy (tu niegdyś prym wiedli grający szybko i z polotem Lewandowski, Michalski, Pisz, Bednarz, Wieszczycki, dziś zaś zastąpili ich m.in.: Furman, Gol, Łukasik, Vrdoljak i Radović) oraz ataku (tu, przynajmniej na papierze różnica wydaje się najmniejsza: Podbrożny i Kucharski kontra Saganowski i Dwaliszwili).


Zrobić ten krok

Każdy rok bez Ligi Mistrzów to dla polskiego piłkarstwa krok do tyłu i jeśli dziwimy się potem wpadkom reprezentacji w Kiszyniowie, czy polskich klubów na boiskach mistrzów Estonii to połączenie pewnych faktów powinno nasuwać się samo i nie jest bynajmniej wnioskowaniem na wyrost.


Tak (wybaczcie truizm) Liga Mistrzów jest możliwością wzniesienia się na wyższy poziom i co ważne, pociągnięcia za sobą całego polskiego futbolu, choć aby miało to widoczne i przede wszystkim trwałe skutki, potrzebna jest w tym względzie systematyczność.

 

I choć należy sobie zdać sprawę, że w chwili obecnej Legia nie jest faworytem do awansu, należy pamiętać, że reforma rozgrywek Platiniego rozłożyła przed polskimi czempionami wielki most na drodze do raju i choć droga, którą należy pokonać nadal jest daleka, w niewielkim stopniu marginalizuje to niedostateczną jakość piłkarską reprezentowaną przez mistrzów Polski. Prezes Leśnodorski w ostatnich dniach obiecywał znaczące wzmocnienia zespołu. Jeśli obietnicy dotrzyma, zespół będzie miał kilka tygodni, po pierwsze - na zgranie i po drugie – na wykłucie tego, czego nie da się kupić za największe nawet pieniądze – piłkarskiego charakteru.

 

Jeśli zabraknie jednego i drugiego (a czasu na to jest straszliwie mało!) skończy się tak, jak co roku – na rozczarowaniu i walce o Ligę Europejską, a szef Legii będzie mógł jedynie zacytować inne słynne zdanie z marszałka Piłsudskiego: „Ja was przepraszam, panowie. Ja was bardzo przepraszam, tak nie miało być.”


Oby nie musiał.

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)