Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Matrix Franciszka Smudy

Matrix Franciszka Smudy

Piłka nożna | 18 czerwca 2013 20:38 | Jakub Kacprzak

Z człowieka, o którym mało kto wiedział stał się w połowie lat 90 trenerem wybitnym. Jako ostatni doprowadził polski zespół do fazy grupowej Ligi Mistrzów. Prowadzone przez niego drużyny grały zawsze z największym zaangażowaniem i charakterem. Trzykrotny mistrz Polski, raz zdobywca Pucharu i Superpucharu Polski. Czytając ten opis mogłoby się wydawać, że mowa o trenerze wyjątkowym jak na polskie realia. Kimś kto powinien być w środowisku piłkarskim ceniony, szanowany i uważany niemalże za proroka, którego słowo jest święte. Tymczasem życie Franciszka Smudy można śmiało podzielić na dwa etapy. Ten przed przyjęciem czerwonej pigułki i ten po jej zażyciu. Jednak Neo po podjęciu decyzji stał się superbohaterem i wybawcą, natomiast Smuda z ikony polskiej piłki stoczył się do miana nadwornego błazna.

 

Trudno pojąć co stało się z Franciszkiem Smudą przez te wszystkie lata. Gdy w latach 90 przychodził do Widzewa, nikt nie był pewien czy wtedy czołowy klub naszej Ekstraklasy mądrze postępuje. Franz uczynił z łodzian jeszcze mocniejszą drużynę. Przez trzy sezony na 110 spotkań Widzew wygrał 74, 21 zremisował i przegrał zaledwie 15. Smuda stworzył niezwykle ambitny i charakterny zespół, który nikomu nie odpuszczał. Do historii polskiego futbolu przejdą zwłaszcza dwa mecze. Pierwszy rozgrywany w sezonie 96/97 przeciwko Legii i drugi także w tych samych rozgrywkach podczas eliminacji do Ligi Mistrzów przeciwko Broendby Kopenhaga. W spotkaniu przeciwko warszawiakom toczyły się losy o to, kto zostanie mistrzem kraju. Do 88 przy Łazienkowskiej prowadzili gospodarze. Wtedy Widzew dokonał prawdziwego mission impossible i strzelając trzy bramki w przeciągu zaledwie 5 minut wyrwał Legii zwycięstwo i przypieczętował zdobycie przez siebie mistrzostwa. Natomiast przeciwko Duńczykom sytuacja wyglądała jeszcze gorzej. W pierwszym meczu, który odbywał się w Łodzi, Widzew wygrał 2:1. W rewanżu już po 48 minutach było 3:0 dla Broendby. Jednak ponownie podopieczni Smudy wyszli zwycięsko, bowiem dwa gole (w tym jeden strzelony w 89 minucie) dał im awans, a słynne zdanie Tomasza Zimocha „kończ pan, panie Turek!” przeszło do historii dziennikarstwa.


Smuda miał jednak wtedy zawodników z mocnym charakterem. Szczęsny, Siadaczka, Łapiński, Michalski czy Wyciszkiewicz nie byli grzecznymi chłopcami. Każdy z nich miał własne zdanie na dany temat i nie owijał w bawełnę. Jednak dzięki takim osobowością Franz mógł osiągać sukcesy. Po odejściu z Widzewa nie szło mu już tak świetnie. Warto przypomnieć, że po tym jak przestał trenować w Łodzi, aż dwunastokrotnie zmieniał posadę. W sezonie 2002/2003 potrafił odejść z Widzewa, potem wrócić i znów odejść. Po pożegnaniu z RTS jedynie jeden sezon był dla Smudy mistrzowski. W rozgrywkach 98/99 zdobył on mistrzostwo z Wisłą, które jak do tej pory jest ostatnim w jego dorobku. Potem dwukrotnie zajmował trzecie miejsce w tabeli. Raz z Zagłębiem (słynny sezon z aferą korupcyjną w tle) i z Lechem. W Poznaniu wydawało się, że jeszcze stać Smudę na nawiązanie do genialnych lat 90. Puchar Polski i 1/16 Pucharu UEFA (dziś Liga Europy) wlały nadzieję w serca. Wierzono, że Franz powraca i będzie wiódł kolejny polski zespół po międzynarodowe sukcesy.

 

Tak się jednak nie stało. Coraz częściej Smudzie zarzucano złą politykę transferową i to, że nie panuje nad graczami z charakterem. Będąc w Lechu potrafił wyrzucić ze składu Hernana Rengifo (oficjalnym powodem był brak porozumienia w sprawie nowego kontraktu). Zaczęto wypominać mu, że nie panuje nad drużyną i w najważniejszych momentach nie wytrzymuje presji. Potem jeszcze na chwilę pojawił się ponownie w Zagłębiu Lubin, które zdołał utrzymać w Ekstraklasie. Każdy wiedział, że największym marzeniem Smudy była praca dla reprezentacji. I w końcu się tego doczekał. Został selekcjonerem, a cel jaki mu postawiono był prosty. Jak najlepsze przygotowanie kadry do Euro 2012, by ten historyczny występ na naszych boiskach nie okazał się kompletną klapą. I tak naprawdę przy okazji prowadzenia reprezentacji, wyszły na jaw wszystkie niedoskonałości w fachu jakie posiadał Smuda.

 

Dyplomatą nie był nigdy, ale nie potrafił zrozumieć, że prowadząc kadrę kraju ubogiego w dobrych piłkarzy, należy czasami przymknąć na niektóre sprawy oko. Nagle przestał lubić mocne charaktery i pozbył się z kadry Artura Boruca i Michała Żewłakowa. Długi czas nie dawał szans Kamilowi Grosickiemu. Zwlekał z powołaniem Marcina Wasilewskiego, który wracał do dobrej formy po fatalnej kontuzji. Media coraz mocniej zaczęły się zastanawiać czy Smuda potrafi wytrzymać presję i czy aby na pewno jest odpowiednią osobą na stanowisku selekcjonera. Jak cała historia z reprezentacją się skończyła, wiemy doskonale. Brak stylu, kłótnie z piłkarzami, kiepski występ na Euro. To wszystko spowodowało, że nie przedłużono z nim kontraktu. Jednak sam Smuda swych błędów nie widzi. Wciąż żyje w swoim urojonym świecie. W wywiadach mówi, że kibice dziękują mu za emocje na ME 2012 i wmawia wszystkim, że z kadry odszedł sam, podając się do dymisji. Również fatalna przygoda w Regensburgu nie była w stanie uświadomić mu, że nie jest w najlepszej formie. Co z tego, że na 12 spotkań zdobył zaledwie sześć punktów i nie uratował drużyny przed spadkiem? Całą winę zrzucił na to, że miał amatorów w składzie grających za 800 euro miesięcznie (co mocno mija się z prawdą, o czym napisał portal Weszlo.com). Jednak w Polsce znalazł się człowiek, który Smudzie wierzy. Na nieszczęście kibiców Wisły Kraków, Franz powrócił do byłej stolicy Polski.


I zaczął zarządzanie w swoim stylu. Z drużyną pożegnali się już Kamil Kosowski i Radosław Sobolewski. Obaj, pomimo tego, że wiekowo już zaawansowani dawali drużynie wiele dobrego zarówno na murawie jak i w szatni. Jednak było wiadomo, że skoro przychodzi Smuda, to tacy zawodnicy nie będą mu na rękę. Bowiem łatwo jest zauważyć, że im dłużej trwa praca Franza, tym trudniej mu kierować zespołem, w którym występują mocne i wyraziste charaktery. Nie ma co ukrywać. Zmienił nam się nasz były selekcjoner na przełomie wieków bardzo. W Lechu czy Zagłębiu swe błędy mógł tuszować dzięki transferom i temu, że trafił na złoty okres Kolejorza z Robertem Lewandowskim. Dziś nawet Michał Listkiewicz nazywa go człowiekiem bez kultury i klasy, który nie umie przyznać się do własnych błędów. Smuda bryluje w mediach opowieściami nie z tego świata. Widać, że wciąż podłączony jest do swego Matrixa, w którym rzeczywistość wydaje się być usłana dla niego różami, a on sam jest tam z pewnością większą sławą i fachowcem niż Sir Alex Ferguson i Jose Mourinho razem wzięci! A ja radzę Franciszkowi Smudzie jedno. Niech pan weźmie tabletkę!

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)