Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Próba, nie finał

Próba, nie finał

Piłka nożna | 03 lipca 2013 21:40 | Remek Piotrowski

fot. wikipedia.org

To o czym szepce cały piłkarski świat po rozstrzygnięciach w brazylijskim Pucharze Konfederacji jest rzecz jasna banałem, a argumentacja na temat zmierzchu hiszpańskich bogów, wyczerpaniu formuły i odrodzeniu brazylijskiej potęgi, choć nie pozbawiona sensu, wydaje się wnioskowaniem stawianym nieco na wyrost.


Puchar Konfederacji zaskoczył in plus. Brzydszy brat mundialu udowodnił podczas zakończonej niedawno imprezy, że potrafi sprawić wiele przyjemności – owej futbolowej frajdy, której prestiżowe i komercjalizowane na modłę NBA, NHL i NFL rozgrywki na najwyższym szczeblu przynoszą z edycji na edycję coraz mniej.

Większy taktyczny luz na boisku, ładne obiekty, gorąca publiczność (ach te piękne Brazylijki…), zmęczenie sezonem plus spore nakłady zaangażowania oraz piłkarskiej maestrii złożyły się na ogromną ilość goli, efektownych akcji, zaciętych pojedynków i turniejową dramaturgię, po których wyjść ze stadionu, czy wyłączyć telewizor było bardzo trudno.

Począwszy bowiem od sympatycznej, walczącej w duchu Pierre de Coubertina amatorskiej drużyny z Oceanii, poprzez niesamowicie efektownych i nieefektywnych zarazem Samurajów, nieobliczalnych Nigeryjczyków, mających przebłyski Urusów, trzymających pewien określony poziom Włochów i wreszcie niedzielnych finalistów, piłkarskie reprezentacje niezależnie od końcowych rozstrzygnięć zaznaczyły wyraźnie swój ślad na turniejowej mapie, a to w piłce nadal powinno być w cenie, zwłaszcza w przypadku tego typu kontrolnych rozgrywek.

Zanim jednak wysnujemy daleko idące wniosków na podstawie tylko tego jednego Pucharu Konfederacji warto wziąć na wstrzymanie. Zgoda, każdy mecz rozgrywany w ramach turnieju to coś więcej, niż zwykłe spotkanie towarzyskie, ale i znacznie mniej, niż spotkanie o punkty podczas Mundialu, czy EURO, a niekiedy i  podczas eliminacji.

Zgoda, formuła gry Hiszpanów jest na wyczerpaniu (co wielu zauważyło już nawet podczas polsko-ukraińskiego turnieju), ale powtarzalność, systematyczność i wyobraźnia graczy z Półwyspu Iberyjskiego karzą zachować daleką idącą przezorność. Jeszcze dużo wody upłynie w Tamizie, Sekwanie, Tybrze, czy Sprewie, zanim to rywale, a nie podopieczni Vicente del Bosque będą faworytami spotkań.

Rzecz jasna to, że dystans ten w ostatnim czasie zmniejszył się, jak już dawno, nie podlega żadnej dyskusji.

Podobną optykę należy zastosować w kontekście ekipy Luiza Felipe Scolari’ego. Czy, gdyby Canarinhos ulegli w półfinale Urugwajczykom lub w finale mistrzom świata to za rok przestaliby być jednym z głównych pretendentów do wygrania Pucharu Jules’a Rimeta?

Choć nie sposób nie docenić gry Neymara, niedowartościowanego Freda, czy niedocenianego dotąd w Europie Paulinho, który w niedzielę odebrał prestiżową nagrodę, a jeszcze kilka lat temu wraz z kibicami ŁKS-u szalał z radości po derbowym zwycięstwie z Widzewem, to w grze gospodarzy turnieju nadal widać wiele rażących felerów.

Puchar Konfederacji to niestety za mało, aby ferować wyroki. Choćby dlatego, że wbrew szumnym zapowiedziom i marsowym minom uczestników, na tę turniejową statuetkę gracze z Ameryki Południowej spoglądali od samego początku innym wzrokiem, niż Hiszpanie, Włosi, a podobnie do nich spoglądaliby na nią zapewne również Francuzi, Holendrzy, Anglicy i Niemcy.

Różnice w futbolowej mentalności, okoliczności związane z przygotowaniami do mundialu i nasycenie minionym sezonem klubowym powinny dać do myślenia wszystkim tym, którzy po brazylijskiej próbie generalnej (fakt, że udanej) obwieszczają koniec ery jednych i początek chwały drugich i to nawet wówczas, jeśli mają w tym wieszczeniu sporo racji.
Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)