Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Oblany test pucharowiczów

Oblany test pucharowiczów

Piłka nożna | 29 lipca 2013 01:42 | Przemysław Drewniak
Przerwa na picie - w niedzielę ten obrazek oglądaliśmy wiele razy
fot. T-Mobile Ekstraklasa / x-news
Przerwa na picie - w niedzielę ten obrazek oglądaliśmy wiele razy

W niedzielę na boiska T-Mobile Ekstraklasy wybiegły drużyny, które w środku tygodnia walczyły w europejskich pucharach. O dziwo, najlepiej z nich zaprezentował się gliwicki Piast, który z Ligi Europy już odpadł. W meczu przed własną publicznością zainkasował komplet punktów, czego niespodziewanie nie byli w stanie zrobić ani Śląsk, ani Lech.


Piast Gliwice 2-1 Zagłębie Lubin


Po tym meczu trener Pavel Hapal już dziś może stracić pracę. O jego trudnej sytuacji pisaliśmy już w przedmeczowej zapowiedzi, a porażka w Gliwicach sprawia, że jego posada wisi już na włosku. Na korzyść czeskiego szkoleniowca przemawia jednak fakt, że tym razem Zagłębie zagrało znacznie lepiej niż przed tygodniem z Pogonią i tak naprawdę przegrało mecz, którego przegrać nie miało prawa.


Lubinianie dobrze weszli w to spotkanie, w czym pomógł im stoper gospodarzy, Jan Polak. Czeski obrońca minął się z piłką we własnym w polu karnym, przejął ją Miłosz Przybecki i z łatwością dał swojej drużynie prowadzenie. W pierwszej połowie to „Miedziowi” przeważali na boisku w Gliwicach. Być może końcowy rezultat meczu byłby inny, gdyby goście wykorzystali jedną z dogodnych szans na podwyższenie prowadzenia. Najlepszą zmarnował Dorde Cotra, nie trafiając z kilku metrów do bramki po dynamicznej akcji i dokładnym podaniu Przybeckiego.


W przerwie trener Marcin Brosz musiał zareagować. Na boisko musieli wejść Tomasz Podgórski, Marcin Robak i Ruben Jurado, którzy z powodu zmęczenia po pucharowym meczu z Karabachem Agdam rozpoczęli mecz na ławce rezerwowych. Ich dublerzy, Hiszpan Carles Martinez i sprowadzony latem z juniorskiej drużyny Borusii Dortmund Patrick Dytko nie radzili sobie z rozgrywaniem piłki w środku pola. Po wejściu na boisko podstawowych zawodników gra Piasta nabrała nieco jakości, choć na zryw gliwiczan musieliśmy czekać aż do 80. minuty. Wtedy to były gracz Zagłębia, Kamil Wilczek, popisał się pięknym uderzeniem z dystansu i zmusił do kapitulacji Michała Gliwę. Zaledwie trzy minuty później było już 2:1. Krzysztof Król popisał się precyzyjnym dośrodkowaniem na piąty metr, a Jurado strzałem głową wpakował piłkę do siatki. Piast po raz kolejny potwierdził, że jak mało kto w Ekstraklasie doskonale potrafi odmieniać losy meczów.


Śląsk Wrocław 2-3 Jagiellonia Białystok

We Wrocławiu wszyscy pamiętają przyjazd Jagiellonii z poprzedniego sezonu, gdy zespół prowadzony przez Tomasza Hajtę w cudowny sposób uciekł spod topora i ze stanu 0:3 doprowadził do remisu. Tym razem to Śląsk znalazł się po drugiej stronie barykady. Gospodarze już po 52 minutach sensacyjnie przegrywali 0:3, ale mimo zrywu w końcówce nie udało im się wywalczyć choćby punktu.


Podobnie jak Marcin Brosz, trener Stanislav Levy po pucharowych wojażach dał odpocząć swoim kluczowym zawodnikom, między innymi Sebastianowi Mili i Marco Paixao. Jak się okazało, opiekun Śląska wyszedł na tym jeszcze gorzej niż szkoleniowiec Piasta. Gospodarze nie potrafili przedostać się z piłką pod pole karne rywali, a w obronie popełniali kolejne błędy. Pierwszy z nich wykorzystał Rafał Grzyb, który trafił do siatki po bardzo dobrym dograniu piłki przez Jonatana Strausa. Pod koniec pierwszej połowy stan meczu podwyższył strzałem z woleja obrońca Martin Baran, zaś na początku drugiej o swoim snajperskim instynkcie znów dał znać Bekim Balaj. Albańczyk wszedł na boisko w przerwie i potrzebował zaledwie siedmiu minut, by wpisać się na listę strzelców. Przypomnijmy, że podobnie było przed tygodniem w Bydgoszczy, gdzie jego trafienie dało „Jadze” trzy punkty.


Przed meczem twierdziliśmy, że Jagiellonii zajmie jeszcze trochę czasu przyswajanie stylu gry trenera Piotra Stokowca. Spotkanie we Wrocławiu jednak pokazało, że filozofia byłego szkoleniowca „Czarnych Koszul” błyskawicznie dociera do piłkarzy z Białegostoku. Goście bardzo umiejętnie się bronili, wyprowadzali zabójcze kontrataki i potrafili stworzyć sobie dobre okazje do zdobycia goli. Po dwóch kolejkach Jagiellonia zasłużenie ma na swoim koncie komplet zdobytych punktów.


Choć niewiele brakowało, by białostoczanie na własne życzenie zaprzepaścili w końcówce swój wysiłek. Do gry przywróciły gospodarzy trafienia Dudu i Paixao, jednak skuteczne interwencje Jakuba Słowika nie pozwoliły im doprowadzić do wyrównania.


Mecz z Jagiellonią pokazał, że Śląsk nie dysponuje dwoma równorzędnymi jedenastkami, dzięki którym Stanislav Levy mógłby skutecznie walczyć na kilku frontach. Co więcej, poza pierwszym spotkaniem z Rudarem Pljevlja, wrocławianie w ani jednym kolejnym występie nie zachwycili swoją postawą. Na starcie z Club Brugge w III rundzie eliminacji do Ligi Europy czekamy więc z dużym niepokojem.


Lech Poznań 1-1 Cracovia


Zawiódł również inny z pucharowiczów. W meczu z beniaminkiem z Krakowa Lech Poznań zanotował drugi remis w tym sezonie i już po dwóch ligowych kolejkach ma cztery punkty straty do warszawskiej Legii.


W stolicy Wielkopolski mieliśmy być świadkami meczu dnia, a zamiast tego piłkarze obu drużyn, w szczególności gospodarzy, zachęcali bardziej do wyłączenia telewizora i wybrania się na letni spacer, niż do oglądania ich poczynań. Komentatorzy Canal+ omal nie krzyczeli z zachwytu, gdy Milos Kosanović uderzeniem z rzutu wolnego zaliczył pierwszy w tym meczu celny strzał na bramkę. Na zegarze upływała wówczas 81. minuta spotkania…


Zawiódł przede wszystkim Lech, bo w roli gospodarza w potyczce z beniaminkiem miał obowiązek zainkasować komplet punktów. „Kolejorz” przez większą część meczu grał jednak toporny futbol, a grę toczył głównie w środku pola. Nie istniał w zasadzie żaden z ofensywnych piłkarzy Lecha, do czego przyczyniła się także Cracovia. W porównaniu do spotkania z Piastem, „Pasy” zagrały znacznie lepiej w obronie i załatały dziurę w środku pola, gdzie gliwiczanie swobodnie rozgrywali piłkę.


Niewiele brakowało, by cały wysiłek gości zniweczył Marcin Kuś. Obrońca Cracovii w bezmyślny sposób otrzymał drugą żółtą kartkę i osłabił zespół po tym, jak nie pozwalał Krzysztofowi Kotorowskiemu na wybicie piłki z własnego pola karnego. Gospodarzom wystarczyło zaledwie pięć minut, by wykorzystać osłabienie rywali. Uderzeniem zza pola karnego bramkę strzelił Vojo Ubiparip, który pojawił się na boisku w drugiej połowie i znów pokazał, że jest w formie. Krytykowany od początku pobytu w Poznaniu napastnik to w tej chwili zdecydowanie najlepszy strzelec drużyny – w czterech dotychczasowych oficjalnych meczach Lecha zaliczył aż trzy trafienia. Inna sprawa, że przy golu z 83. minuty pomógł mu Krzysztof Pilarz, przepuszczając piłkę między palcami.


Golkiperowi „Pasów” już zrobiło się lżej na sercu już kilka minut później, gdy zobaczył, co zrobił po drugiej stronie boiska Kotorowski. Doświadczony bramkarz Lecha w niewyjaśniony sposób zamienił się w słup soli, gdy bardzo słaby strzał z ponad 30 metrów od bramki oddał Saidi Ntibazonkiza. Burundyjczyk sam musiał być zdumiony, gdy zobaczyć, że posłana przez niego piłka ląduje w siatce. Dzięki temu „Pasy” uratowały jak najbardziej zasłużony punkt w Poznaniu.

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)