Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Czwartkowe show Soboty

Czwartkowe show Soboty

Piłka nożna | 08 sierpnia 2013 23:58 | Jakub Kacprzak

fot. Marcin Karczewski / Superstar.com.pl

Z trójki Legia, Lech, Śląsk to ci ostatni byli stawiani jako najsłabsi. Gdy wylosowali Club Brugge wszyscy skazywali ich na pożarcie. Rzeczywistość okazała się jednak zupełnie inna, a wrocławianie byli bezsprzecznie najlepszą polską drużyną, która zaprezentowała się nam w tym tygodniu w eliminacjach do europejskich pucharów. A prawdziwym bohaterem dwumeczu z Belgami był… Waldemar Sobota!


Muszę przyznać, że postawa Śląska mile mnie zaskoczyła. Wpierw wydarli u siebie zwycięstwo po heroicznej grze. Do Belgii przybywali z nadziejami, ale i obawami o szanse na korzystny wynik. Jednak szybko pokazali, że nie chcą iść drogą Lecha i dadzą z siebie wszystko. W 9 minucie Waldemar Sobota strzelił pierwszą bramkę, czym wprawił w osłupienie kibiców zespołu z Brugge. Zresztą cały dwumecz to popis 26-latka. Szybki, przebojowy, pewny, zdecydowany i skuteczny. Dawno nie widziałem gracza z polskiej ligi, który grałby w ten sposób. Wrocławianie imponowali w rewanżu opanowaniem. Starali się długo utrzymywać przy piłce i nawet gdy Club Brugge groźnie atakował, to wytrzymywali presję. Mogło się podobać poświęcenie każdego z zawodników Śląska. Nikt nie odstawiał nogi, do obrony wracali wszyscy. Często blokowali strzały rywali na własne ciało i próbowali rozmontowywać ich obronę ciekawymi akcjami. Choć można było mieć trochę pretensji o zbyt częste dopuszczanie Belgów pod własne pole karne, to mimo wszystko pierwsza połowa mogła się w wykonaniu trzeciej drużyny minionego sezonu Ekstraklasy podobać.


Druga była jednak o wiele ciekawsza. Nie przypuszczałem, że zobaczę mecz z udziałem polskiej ekipy, który dostarczy tylu fenomenalnych akcji i emocji. Trzeba przyznać, że całe spotkanie wyglądało jak pojedynek dwóch doskonałych bokserów. Cios za cios, zero udawania i walka na całego. Kibice zgromadzeni na stadionie jak i telewidzowie mogli być zachwyceni, bowiem ani przez chwilę na murawie nie wiało nudą. Jednak to Śląsk wyglądał lepiej. Grał dojrzalej i bardziej pomysłowo. Brugge opierało się na indywidualnych umiejętnościach Refaelova, Lestienne’a i Vasqueza. Wrocławianie natomiast byli drużyną. Zgraną i pewną tego co robią. Szczególnie podobała mi się odpowiedź na straconą bramkę. Podopieczni Stanislava Levego nie stanęli w miejscu i nie zaczęli trząść portkami. Wzięli się do roboty i po minucie ponownie byli na prowadzeniu. Szkoda, że w końcówce nieco się pogubili i stracili szansę na zwycięstwo. Widać, że odpuścili, ale z drugiej strony byli pewni awansu. Mieli do wyboru, wycieńczającą walkę o zwycięstwo, które i tak nie dałoby im nic więcej, albo oszczędzanie sił i dowiezienie korzystnego rezultatu do końca.


Śląsk pokazał klasę. Przeciwko bardziej renomowanej drużynie zagrał kapitalnie. Jeśli przełoży tą formę na rozgrywki ligowe to Legia będzie miała poważnego rywala w walce o mistrzostwo, a Lech będzie musiał zacząć czynić cuda, by tę dwójkę dogonić. Najważniejsze jednak, by wrocławianie awansowali do fazy grupowej LE. Dzięki temu zyskają finansowo i będą mogli w razie potrzeby wzmocnić skład. Cieszy także to, że w końcu mają oni w swej kadrze prawdziwego napastnika. Paixao gra solidnie, jest skuteczny i nie boi się brać ciężaru gry na siebie. Widać, że Levy umiejętnie prowadzi zespół i wykorzystuje najlepsze cechy swych podopiecznych. Jutro przekonamy się na kogo Śląsk trafi w ostatniej rundzie. Jeśli zagra tak samo jak z Club Brugge to możemy być spokojni o ich awans!
 

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)