Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Przełamanie Lecha. Śląsk wciąż bez wygranej

Przełamanie Lecha. Śląsk wciąż bez wygranej

Piłka nożna | 11 sierpnia 2013 21:33 | Przemysław Drewniak
Kibice Lecha w końcu mogli się cieszyć. Bilety kosztowały złotówkę, a ich zespół zwyciężył
fot. x-news / T-Mobile Ekstraklasa
Kibice Lecha w końcu mogli się cieszyć. Bilety kosztowały złotówkę, a ich zespół zwyciężył

Niczym w znanym wierszu ruszyła z miejsca poznańska Lokomotywa. Powoli, momentami nieco ociężale, ale ważne, że w ogóle. Lech zasłużenie wygrał u siebie z bezzębną Koroną Kielce 2:0 i po raz pierwszy w tym sezonie ligowym zainkasował komplet punktów. Ta sztuka nie udała się Śląskowi Wrocław, który rzutem na taśmę uratował remis w meczu z Pogonią w Szczecinie.


Pogoń Szczecin 2-2 Śląsk Wrocław


W przedmeczowej zapowiedzi zastanawialiśmy się, czy piłkarze Śląska w niedzielne popołudnie nie będą myślami w Sewilli, gdzie już za półtora tygodnia czeka ich pierwszy mecz w IV rundzie eliminacji do Ligi Europy. Na szczęście te przypuszczenia okazały się błędne, bo po zawodnikach Levego było widać, że zależy im na pierwszym triumfie w tym sezonie. Gorzej było z dyspozycją fizyczną. Wrocławianie wciąż mieli w nogach czwartkowe spotkanie w Brugii i szczególnie w pierwszej połowie nieco odstawali w starciach z piłkarzami Pogoni. Miejscowi wykorzystali ten fakt już po 12 minutach gry, używając swojej najgroźniejszej broni, czyli stałych fragmentów gry. Po wrzutce z rzutu rożnego Takafumiego Akahoshiego bez opieki obrońców pozostał Wojciech Golla, który z bliska dał prowadzenie swojej drużynie, strzelając zarazem swoją pierwszą bramkę na boiskach ekstraklasy.


Mecz był jednak cały czas wyrównany i piłkarze Śląska także dochodzili do sytuacji bramkowych, ale albo wyjątkowo nieskuteczny był Marco Paixao, albo na posterunku stał Radosław Janukiewicz. W pewnym momencie pachniało wyrównaniem, ale złą postawę defensywy gości znów wykorzystała Pogoń. Piłkę na 40. metrze stracił Dalibor Stevanović, trafiła ona do Akahoshiego, a ten pokonał Mariana Kelemena, choć uderzył niezbyt silnie i zaledwie kilka centymetrów od wychodzącego z bramki golkipera wrocławian.


W pierwszej połowie Pogoń mogła imponować cierpliwym rozgrywaniem piłki w środku pola. Często „Portowcy” grali szybko, na jeden kontakt, a najwięcej problemów Śląsk miał jak zwykle z duetem Japończyków. Po zmianie stron Akahoshi i Murayama nieco jednak zgaśli. Na domiar złego, błędy zaczęła popełniać również linia obrony gospodarzy. Najpierw po rzucie rożnym pozwoliła na niezwykle efektowny strzał Przemysławowi Kaźmierczakowi, a pięć minut przed zakończeniem meczu po świetnym podaniu tego drugiego bez krycia pozostał wprowadzony na boisko chwilę wcześniej Tomasz Hołota, który ładnym wolejem ustalił wynik na 2-2. „Kaz” był bezapelacyjnie najlepszym piłkarzem niedzielnego meczu w Szczecinie. Zresztą gdyby jego koledzy byli skuteczniejsi, miałby w tym spotkaniu więcej niż jedną asystę na swoim koncie. Poniżej wysokiego poziomu z pojedynków z Brugią nie zeszli również Waldemar Sobota i Sebastian Mila, którzy także sprawiali sporo kłopotów defensywie gospodarzy.


Kibice Śląska mogą mieć po tym meczu mieszane uczucia. Z jednej strony udało się dogonić wynik, a drużyna zagrała lepiej niż w poprzednich meczach ligowych. Z drugiej, po czterech kolejkach wrocławianie mają na swoim koncie zaledwie trzy punkty i zajmują odległe, 12. miejsce w tabeli.


Pogoń rozegrała bardzo dobry mecz w pierwszej połowie, ale momentami pozwalała sobie na nadmierną nonszalancję w obronie i dlatego pozwoliła rywalom odrobić straty. Największym problemem „Portowców” wciąż jest jednak brak snajpera. Gdyby Tomasz Chałas wykorzystał dziś jedną z kilku niezłych sytuacji, gospodarze dowieźliby zwycięstwo do końca. Jeśli Pogoni uda się jeszcze w tym okienku transferowym sprowadzić bramkostrzelnego napastnika, ekipa Dariusza Wdowczyka z powodzeniem może walczyć o miejsce w pierwszej ósemce.


Lech Poznań 2-0 Korona Kielce


W meczu drużyn rozbitych Lech zgodnie z oczekiwaniami pokonał Koronę. Kielczanie mają czego żałować, bo nie rozegrali złego meczu, a bramki praktycznie wbijali sobie sami. W Poznaniu zespół prowadził tymczasowo Sławomir Grzesik, ale już wkrótce na stanowisku szkoleniowca klub prawdopodobnie zatrudni Hiszpana Jose Juana Martina, który oglądał spotkanie z trybun stadionu przy Bułgarskiej.


Mariusz Rumak tym razem zdecydował się na bardzo ofensywne ustawienie w drugiej linii, z Łukaszem Trałką jako jedynym defensywnym pomocnikiem. Zawodnicy Lecha starali się, nie można było odmówić im zaangażowania, ale piłkarskiej jakości było w tym niewiele więcej niż w poprzednich spotkaniach. W ich grze było sporo niedokładności i niecelnych podań, ale z pomocą przyszli im… rywale. Najbardziej aktywny w szeregach gospodarzy, Gergo Lovrencsics, zakręcił obroną kielczan, dograł na piąty metr do Trałki, a ten z pierwszej piłki uderzył w światło bramki bronionej przez Wojciecha Małeckiego. Ani golkiper gości, ani Pavol Stano, który zdążył jeszcze dotknąć piłki, nie zdołali zmienić jej toru lotu i Lech objął prowadzenie. Już pięć minut później było 2:0. Bramkę do szatni dla gospodarzy strzelił nadzwyczaj skuteczny w tym sezonie Vojo Ubiparip. W tej sytuacji wydatnie pomógł mu Paweł Golański, odbijając piłkę głową w kierunku biegu napastnika „Kolejorza”.


W drugiej połowie Lech grał już spokojniej i kontrolował przebieg meczu, choć Korona się nie poddawała. Goście potrafili udanie rozegrać piłkę na połowie rywala, ale w ich akcjach brakowało wykończenia. Nic dziwnego, bo pod nieobecność rehabilitującego się Macieja Korzyma Korona, podobnie jak połowa naszej ligi, choruje na brak snajpera z prawdziwego zdarzenia.


Lech zyskał przed przerwą na reprezentację nieco spokoju i w końcu zdobył trzy punkty. Największym plusem w drużynie gospodarzy była postawa Lovrencsicsa, który pokazał się ze znacznie lepszej strony, niż w dwumeczu z Żalgirisem. Być może zwycięstwo z Koroną będzie dla „Kolejorza” początkiem drogi do odzyskania formy, ale do dobrego stylu drużynie Rumaka wciąż jeszcze daleko.

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)