Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Niesamowita Wisła. Zagrali jak za dawnych lat!

Niesamowita Wisła. Zagrali jak za dawnych lat!

Piłka nożna | 25 sierpnia 2013 21:19 | Przemysław Drewniak
Po takim meczu piłkarze Wisły sami mogli bić sobie brawo
fot. x-news / T-Mobile Ekstraklasa
Po takim meczu piłkarze Wisły sami mogli bić sobie brawo

To był jeden z tych wyjątkowych dni w ekstraklasie, kiedy nie warto zmieniać kanału na mecz ligi angielskiej czy niemieckiej, by móc zobaczyć dobrą grę w piłkę. Zawdzięczamy to piłkarzom Śląska Wrocław i Wisły Kraków, którzy wygrali swoje mecze w bardzo imponujący sposób. Szczególnie zachwyciła drużyna „Białej Gwiazdy”, pokonując Lecha Poznań 2:0 po spotkaniu stojącym na bardzo wysokim poziomie.


Śląsk Wrocław 3-1 Widzew Łódź

Stevanović 23', Paixao 29', Mila 59' - Visnakovs 76'


Jeśli jadąc do Wrocławia piłkarze Widzewa liczyli na zmęczenie rywali, boisko brutalnie zweryfikowało ich oczekiwania. Nie forsując tempa, ale grając z luzem i polotem, Śląsk łatwo pokonał łodzian 3:1 i sięgnął po swoje pierwsze zwycięstwo w tym sezonie.


Początkowo Widzew starał się nieśmiało atakować i szukać w polu karnym aktywnego Visnakovsa, ale po utracie pierwszego gola podopieczni Radosława Mroczkowskiego jakby stracili wiarę, że cokolwiek uda się na Maślicach ugrać. Gospodarze mieli na ten mecz prostą receptę – nie nabiegać się, ale jak najwięcej utrzymywać się przy piłce i od czasu do czasu przyspieszyć, by sprawić problemy rozklekotanej defensywie Widzewa. Widać było, że Śląsk fizycznie nie góruje nad rywalem, ale piłkarską jakością przewyższał go o dwie klasy.


Zaskoczyć mogą nazwiska pierwszoplanowych bohaterów drużyny z Wrocławia. Krytykowany i wyśmiewany Dalibor Stevanović rozegrał jeden z najlepszych, o ile nie najlepszy mecz w barwach Śląska. Nie dość, że otworzył wynik spotkania strzałem głową, to na dodatek miał udział w akcjach, po których padły kolejne dwie bramki dla gospodarzy. To samo można powiedzieć o Sylwestrze Patejuku. Skrzydłowy robił co mógł, by udowodnić Stanislavowi Levemu, że ławka rezerwowych Śląska nie jest całkiem do kitu, jak sugerował czeski szkoleniowiec w sobotnim wywiadzie dla „Przeglądu Sportowego”. Patejuk zaliczył asystę przy pierwszym i trzecim trafieniu wrocławian (w drugim przypadku akcję wykończył Sebastian Mila) i zaliczył prawdopodobnie najlepszy występ od czasów gry w Podbeskidziu. Drugie trafienie Śląsk zawdzięcza efektownej dwójkowej akcji Mila-Sobota, którą wykończył Marco Paixao.


Mimo tego, że Śląsk grał na pół gwizdka, mógł ten mecz wygrać znacznie wyżej. Gdy w szeregach gospodarzy nastało już całkowite rozluźnienie, do głosu doszedł Widzew. Dobrą zmianę dał w drugiej połowie Alex Bruno, który dokładnie dograł piłkę na głowę Eduardsa Visnakovsa, a ten wykorzystał krycie na radar obrońców Śląska i zdobył swoją piątą bramkę w ekstraklasie. Tego dnia goście byli jednak zbyt słabym zespołem, by móc dokonać czegoś więcej. Punktów Widzew będzie szukał raczej w meczach u siebie (na wyjazdach w dwóch spotkaniach stracili już osiem goli), ale i z tym może być problem. Ostatni mecz w drużynie łodzian rozegrał zapewne Thomas Phibel, który we wtorek wylatuje na testy medyczne do rosyjskiego Amkaru Perm. To oznacza, że Mroczkowski będzie musiał znaleźć nowy sposób na poukładanie gry swojej drużyny w obronie.


Śląsk pokazał, że jeśli w pełni skupi się na ekstraklasie, będzie bardzo trudny do ogrania na krajowym podwórku. Póki co wrocławianie rzucą w czwartek wszystkie siły, by choć z klasą pożegnać się z Ligą Europy.


Wisła Kraków 2-0 Lech Poznań
Brożek (k.) 30', Garguła 45'


Nie mamy wątpliwości – to był najlepszy w tym sezonie ekstraklasy występ jednej drużyny. W przedmeczowej zapowiedzi pisaliśmy, że spotkanie w Krakowie będzie dla obu zespołów sprawdzianem ich aktualnych możliwości. Wisła zdała go na piątkę z plusem, a Lech wyjeżdża spod Wawelu co najwyżej z tróją na szynach.


W pierwszych minutach kibice przed telewizorami mogli się zastanawiać czy aby na pewno dobrze ustawili kanał i czy przypadkiem nie oglądają transmisji z meczu ligi angielskiej. Jak na warunki polskiej ekstraklasy tempo tego pojedynku, szczególnie w pierwszej połowie, było wręcz zawrotne – przede wszystkim za sprawą Wisły, która do przerwy całkowicie zdominowała swoich rywali i zasłużenie schodziła do szatni z dwubramkowym prowadzeniem.


Po tym meczu niemal o każdym piłkarzu wyjściowej jedenastki „Białej Gwiazdy” możemy mówić w superlatywach. W bramce pewnie bronił Michał Miśkiewicz, kierowana przez Arkadiusza Głowackiego defensywa prezentowała się doskonale (aktualnie najlepsza formacja obronna w lidze), a linia pomocy rewelacyjnie współpracowała z wysuniętym do przodu Pawłem Brożkiem. Napastnik Wisły po raz pierwszy po powrocie do Polski strzelił bramkę, wykorzystując rzut karny podyktowany za faul Huberta Wołąkiewicza na Łukaszu Burlidze. Ten ostatni zaliczył bodaj najlepszy występ odkąd gra w ekstraklasie. Podobnie jak Gordan Bunoza, bardzo dobrze współpracował ze skrzydłowym i często włączał się w akcje ofensywne, będąc przy tym bezbłędnym w destrukcji.


Głównym bohaterem niedzielnego wieczoru w Krakowie był jednak Michał Chrapek, prawdziwy mózg ofensywnych akcji Wisły. Jego świetnie prostopadłe podania wiele razy otwierały drogę do bramki Lecha – właśnie po jednym z nich w polu karnym został sfaulowany Burliga. Tak grający defensywny pomocnik to prawdziwy skarb dla swojej drużyny. Nie ma w zwyczaju holować piłki i popisywać się zagraniami pod publiczkę. To taki typ piłkarza, który cały czas jest pod grą, preferuje grę na jeden kontakt, a jeśli już przyjmuje piłkę, to jak najszybciej chce się jej pozbyć. Jeszcze kilka takich występów i Chrapek szybko znajdzie się w notatnikach zagranicznych skautów.


Gdy dobiegała końca pierwsza część spotkania, można było odnieść wrażenie, że prowadzenie 1:0 to dla gości dość pobłażliwy wymiar kary ze strony Wisły. Tuż przed przerwą sprawy w swoje ręce wziął jednak Łukasz Garguła, który kilkanaście minut wcześniej zmarnował jedną z doskonałych okazji na podwyższenie wyniku. W polu karnym łatwo oszukał Luisa Henriqueza i silnym uderzeniem nie dał szans Krzysztofowi Kotorowskiemu.


Po zmianie stron do roboty wzięli się goście. Za dwóch harował Łukasz Teodorczyk, lewą stroną próbował atakować Vojo Ubiparip i choć Lech częściej utrzymywał się przy piłce, nie potrafił stworzyć sobie klarownych okazji do zdobycia bramki. W Krakowie goście nie zagrali fatalnie, ale na pewno poniżej swoich możliwości. Wyraźnie męczyli się nie grający na swoich nominalnych pozycjach Mateusz Możdżeń i Kasper Hamalainen. Poniżej oczekiwań spisują się także nadal Gergo Lovrencsics i Szymon Pawłowski. Lechowi w meczu z Wisłą ewidentnie brakowało kogoś takiego jak Chrapek, a więc piłkarza, który jednym podaniem potrafiłby wykreować dogodną szansę na strzelenie bramki. Inna sprawa, że poza drobnymi pomyłkami bezbłędnie spisywała się defensywa Wisły. Kto wie, czy tak świetnie dysponowanych gospodarzy potrafiłaby tego dnia ograć którakolwiek z drużyn ekstraklasy.


Wisła w tej kolejce zachwyciła i już wiemy, która drużyna będzie na ustach piłkarskiej polski przynajmniej do pierwszego gwizdka we wtorkowym meczu Legia-Steaua. Po pięciu kolejkach podopieczni Franciszka Smudy mają na swoim koncie tyle samo punktów co mistrz Polski i jest największą niespodzianką tego sezonu. Porażka z takim przeciwnikiem to nie wstyd, ale za tydzień Lech musi wygrać u siebie z beniaminkiem, Zawiszą Bydgoszcz. Po ewentualnym niepowodzeniu w tym meczu tylko cud może uratować Mariusza Rumaka przed utratą posady.

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)