Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Hokejowy wynik w Kielcach, Zawisza w końcu zwycięski
Trzema bramkami zdobytymi w Kielcach Wladimer Dwaliszwili potwierdził, że wraca do formy
fot. x-news / T-Mobile Ekstraklasa
Trzema bramkami zdobytymi w Kielcach Wladimer Dwaliszwili potwierdził, że wraca do formy

Hokejowy wynik w Kielcach, Zawisza w końcu zwycięski

Piłka nożna | 15 września 2013 00:42 | Przemysław Drewniak

Po sobotnich meczach 7. kolejki w ekstraklasie nie ma już zespołu, który nie miałby na swoim koncie zwycięstwa. Jako ostatni po komplet punktów sięgnął Zawisza Bydgoszcz, pokonując u siebie Cracovię 2:0. W kolejnych spotkaniach Śląsk wygrał przed własną publicznością z Lechem, a Korona poległa z szykującą się do starcia z Lazio Legią 3:5.


Zawisza Bydgoszcz 2-0 Cracovia

Vasconcelos 60’, Ziajka 68’


Ciekawie zapowiadające się starcie dwóch beniaminków rozpoczęło się dość mizernie. W pierwszej połowie działo się niewiele, bo mający walczyć o swoją pierwszą wygraną w lidze Zawisza zamiast atakować, schował się na własnej połowie i czekał na to, co zrobi Cracovia. Goście, zgodnie z filozofią gry preferowaną przez Wojciecha Stawowego, długo utrzymywali się przy piłce, wymieniali mnóstwo podań, ale niewiele z tego wynikało. Futbolówka wędrowała od nogi do nogi głównie na połowie Cracovii, a najwięcej kontaktów zaliczali z nią środkowi obrońcy, Mateusz Żytko i Milos Kosanović. Obie drużyny bały się zdecydowanych ataków, choć do przerwy pod obiema bramkami było na moment groźnie. Świetnego prostopadłego podania z głębi pola debiutującego w ekstraklasie Łukasza Zejdlera nie wykorzystał Vladimir Boljević, przegrywając pojedynek sam na sam z bezbłędnym tego dnia Wojciechem Kaczmarkiem. Chwilę później bliski szczęścia był Kamil Drygas, ale jego strzał zza pola karnego minimalnie minął słupek bramki Krzysztofa Pilarza.


Do przerwy najaktywniejszym zawodnikiem gospodarzy był Jakub Wójcicki, który bezlitośnie ogrywał na prawym skrzydle młodego Pawła Jaroszyńskiego. W miejsce reprezentanta młodzieżówki trener Pasów zdecydował się wprowadzić Damiana Dąbrowskiego, co nieco ograniczyło poczynania pomocnika Zawiszy. Do jego poziomu z pierwszej połowy dorównali jednak pozostali koledzy z formacji ofensywnej – Michał Masłowski, Bernardo Vasconcelos, Drygas czy wprowadzony w drugiej części Brazylijczyk Luis Carlos. Gospodarze zaatakowali odważniej i po godzinie gry wystarczyło im osiem minut, by właściwie rozstrzygnąć losy meczu. Najpierw swoją czwartą bramkę w ekstraklasie zdobył Vasconcelos, dobijając uderzenie zza pola karnego Drygasa. W 68. minucie kapitalne trafienie zaliczył Sebastian Ziajka, który zza pola karnego popisał wolejem z pierwszej piłki. Bezdradny Pilarz tylko odprowadził piłkę wzrokiem.


W końcówce Cracovia była już bezradna, choć wcześniej miała swoje sytuacje, które powinny zakończyć się golem. Kaczmarek był jednak górą w kolejnym pojedynku jeden na jeden, tym razem z Dawidem Nowakiem, jak i w kilku innych sytuacjach. Raz gospodarzom pomogło też szczęście, gdy Bartłomiej Dudzic z bliskiej odległości trafił w poprzeczkę. Nie miała go za to Cracovia, której taktyka opierała się głównie na dogrywaniu prostopadłych piłek w kierunku Nowaka. W dwóch takich przypadkach sędzia liniowy wskazywał spalonego, choć telewizyjne powtórki pokazały, że równie dobrze mógł z czystym sumieniem puścić grę.


Cracovia w kolejnych meczach cierpliwie próbuje grać swoje, a więc piłkę estetyczną, z dużą ilością podań i grą na małej przestrzeni. Nie przynosi to jednak oczekiwanych rezultatów, bo Pasy są nieskuteczne i gdyby nie fatalna interwencja Michała Gliwy z meczu w Lubinie, byłoby to dla nich już trzecie kolejne spotkanie bez strzelonego gola.


Śląsk Wrocław 2-0 Lech Poznań

Hołota 23’, Paixao 41’


Zwolennicy teorii, że bez Waldemara Soboty Śląsk nie ma prawa marzyć o miejscu w czołówce ekstraklasy, muszą na razie trzymać język za zębami. Podopieczni Stanislava Levego, który dyrygował swoją drużyną za pomocą pośredników z trybun, udzielili Lechowi lekcji skuteczności i po golach Tomasza Hołoty i Marco Paixao pokonali wicemistrzów Polski 2:0.


Czeski szkoleniowiec Śląska miał przed meczem duży orzech do zgryzienia. W obliczu kontuzji Sylwestra Patejuka w wąskiej kadrze drużyny nie było nikogo, kto mógłby bez trudu zagrać na prawym skrzydle. Najrozsądniejszą opcją wydawało się przesunięcie tam Sebino Plaku, co jednak wiązałoby się z ustawieniem w drugiej linii lewego obrońcy, Dudu Paraiby. Levy na taki wariant się nie zdecydował, posyłając na prawą flankę Hołotę, a więc nominalnego defensywnego pomocnika. Widząc ustawienie wrocławian wielu miejscowych kibiców musiało pukać się w czoło, ale wystarczyły 23 minuty, by zobaczyć, że ten ruch nie był pozbawiony sensu. Z chirurgiczną precyzją piłkę z lewej strony dośrodkował Paraiba, a na dalszym słupku liczący 185 centymetrów wzrostu Hołota bez problemu wygrał pojedynek główkowy z obrońcą Lecha i wpakował piłkę do siatki. W ten sposób Śląsk objął prowadzenie w meczu, w którym ani na moment nie przeważał.


Warunki gry dyktowali goście, którzy częściej utrzymywali się przy piłce, ale mieli ogromne problemy z zawiązaniem choć jednej, składnej akcji. W atakach Lecha brakowało ostatniego podania i przede wszystkim cierpliwości. Zderzenie chaosu w grze gości ze skutecznością i dyscypliną taktyczną Śląska okazało się dla Lecha brutalne. Podopieczni Levego chowali się za podwójną gardą, ale gdy nadarzyła się okazja do kontry, to bezlitośnie punktowali swoich rywali. Drugi cios zadał przed przerwą Marco Paixao, który otrzymał piłkę przed polem karnym, prostym zwodem oszukał Manuela Arboledę i ładnym strzałem w długi róg podwyższył prowadzenie swojej drużyny.


W drugiej połowie nie mający nic do stracenia Lech zaatakował jeszcze bardziej zdecydowanie, ale znów brakowało dokładności. Swoje sytuacje marnowali m.in. aktywni Gergo Lovrencsics i Daylon Claasen. Ten drugi był najlepszym piłkarzem Kolejorza we Wrocławiu i gdyby Bartosz Ślusarki miał lepszy dzień, to reprezentant RPA zakończyłby to spotkanie z co najmniej jedną asystą. Napastnik Lecha najlepszą okazję miał w 70. minucie, gdy stanął oko w oko z Rafałem Gikiewiczem, ale podciął piłkę zbyt wysoko i posłał ją nad poprzeczką. Później podobną sytuację zmarnował wprowadzony w drugiej połowie Szymon Pawłowski, a i Łukasz Teodorczyk, który pojawił się na boisku osiem minut przed końcem, miał swoją okazję. Tym razem trener Mariusz Rumak nie będzie mógł zarzucić swoim piłkarzom sabotażu, bo ci w drugiej połowie walczyli i momentami byli bardzo bliscy szczęścia. Choć należy odnotować, że w końcówce oglądaliśmy wymianę ciosów i także Śląsk miał swoje okazje na podwyższenie prowadzenia.


Korona Kielce 3-5 Legia Warszawa

Janota 59’, Sobolewski 77’, 89’ - Radović 23’, Dwaliszwili 25’, 47’, 69’, Kucharczyk 67’


Hokejowy wynik meczu może zwieść kibiców, którzy nie oglądali poczynań piłkarzy obu zespołów. Na Arenie Kielc Legia zmiażdżyła Koronę i z łatwością mogła wygrać różnicą kilku bramek, ale zbyt duże rozluźnienie gości w końcówce spowodowało, że kielczanie częściowo odrobili straty i przy odrobinie szczęścia mogli nastraszyć lidera ze stolicy.


W sobotni wieczór zaskoczeni musieli być nawet Legioniści. Tak łatwo nie szło im nawet w meczu z Rozwojem Katowice w 1/16 finału Pucharu Polski. Korona rozegrała jedną z najgorszych połówek od czasu otwarcia jej stadionu i miała szczęście, że nie przegrywała większą różnicą bramek. Obrona kielczan właściwie sama otwierała Legii drogę do bramki, a z prezentów w pierwszej połowie skorzystali Miroslav Radović i Wladimer Dwaliszwili. Bliski szczęścia byli też Michał Kucharczyk (trafił w słupek) oraz Henrik Ojamaa, który pokazywał się z dobrej strony, ale po kilku indywidualnych akcjach brakowało mu właściwego wykończenia.


Po drugiej stronie boiska Korona starała się o nowy ligowy rekord. Nawet w tak przeciętnej w skali Europy lidze jak ekstraklasa nie zdarza się, by drużyna przez 45 minut nie była w stanie oddać choć jednego strzału na bramkę. Drużyna Jose Rojo Martina była już bardzo blisko tego wyczynu, ale w 43. minucie Serhij Pyłypczuk jako pierwszy przypomniał sobie, że w piłce nożnej chodzi przecież o strzelanie goli.


Po przerwie Legia kontynuowała swoją kanonadę. Hat-tricka skompletował Dwaliszwili, czym dał Janowi Urbanowi nadzieję, że wraca do swojej optymalnej formy i jest gotowy na walkę od pierwszej minuty w meczu z Lazio. Swoje trafienie dołożył także Michał Kucharczyk, dwie asysty zanotował Tomasz Brzyski, a wprowadzony na ostatnie pół godziny Jakub Kosecki brał udział w dwóch akcjach bramkowych i sam miał trzy dogodne sytuacje. W ofensywie Legia zaprezentowała się wybornie i nawet jeśli kilka cegiełek dołożyli do tego fatalnie ustawieni na boisku piłkarze Korony, jest to dobry prognostyk przed czwartkowym meczem w Rzymie.


Co innego można powiedzieć o postawie defensywy mistrzów Polski. Znamienne jest to, że w meczu, w którym Legia spokojnie mogła wygrać nawet ośmioma bramkami, o mało co nie doszło do remisu. W drugiej połowie ewidentne rozluźnienie w szeregach obronnych gości wykorzystali Michał Janota i dwukrotnie Paweł Sobolewski, w słupek trafił Marcin Trojanowski, a po jednym ze stałych fragmentów gry w idealnej sytuacji wprost w Wojciecha Skabę trafił Pavol Stano. Gdyby lepiej przyłożył głowę, wpisałby się na listę strzelców. Nawet wspomniany Pyłypczuk przy pierwszym strzale na bramkę Legii miał zupełnie odsłonięty prawy róg bramki i gdyby był przy piłce o ułamek sekundy szybciej, też padłby gol. I tak, zamiast łatwego pogromu, Jan Urban wrócił do Warszawy z lekkim niesmakiem.


Korona pokazała, że bardzo słaby występ w meczu z Podbeskidziem nie był przypadkiem. Przed „Pachetą” ogrom pracy i wszystko wskazuje na to, że kielczanie nieprędko wygrzebią się z dołu tabeli.

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)