Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Sporty zimowe Upadek dolnośląskich skoków narciarskich
Na skoczni Orlinek nie odbywają się żadne zawody.
fot. wikipedia.org
Na skoczni Orlinek nie odbywają się żadne zawody.

Upadek dolnośląskich skoków narciarskich

Sporty zimowe | 17 paździenika 2013 18:31 | Michał Chmielewski

Sytuacja skoków narciarskich na Dolnym Śląsku jest fatalna. Ostatnie poważne zawody - Ogólnopolską Olimpiadę Młodzieży - rozegrano tu w sezonie 2009/10. Po kolejnych sezonach posuchy w Lubawce i Karpaczu tylko optymiści wierzą, że sytuacja ulegnie jakiejkolwiek zmianie.

 

Trudno oprzeć się wrażeniu, iż na Dolnym Śląsku zupełnie zapomniano o skokach narciarskich. Nikt nie organizuje tutaj zawodów, niewielu dba o to, żeby z górskich miejscowości wypływały młode talenty na miarę Kamila Stocha czy wicemistrza świata juniorów Klemensa Murańki. Dwie największe skocznie zostały wyłączone z użytku. Kluby zamykają sekcje, zawodnicy rezygnują - jedynie w Lubawce ktoś jeszcze próbuje walczyć o byt tej pięknej dyscypliny. Na arenie krajowej jedynym widocznym dolnoślązakiem jest wychowanek LUKS-SKI Lubawka, Krystian Gryczuk.

 

"Szukać następców Mistrza" bez skoczni


Leżąca tuż przy czeskiej granicy Lubawka to ostatnie miejsce w województwie, gdzie prowadzone są sekcje skoków narciarskich i kombinacji norweskiej. Oprócz szkółki dla dzieci, do której cały czas trwa nabór, jeszcze do niedawna trenowało w niej kilku perspektywicznych zawodników. Na chwilę obecną jedynym reprezentantem LUKS-SKI jest właśnie utalentowany Gryczuk.

 

- Wszyscy się wykruszyli. Nie ma u nas czynnej skoczni, więc trzeba dojeżdżać do Czech. Nasz obiekt nadaje się tylko i wyłącznie to gruntownej przebudowy, jednak decydenci nie mają ochoty pochylić głowy nad rozwojem "Kruczej Skały". Do tego sprzęt, starty: skąd wziąć na to wszystko wziąć pieniądze? - zauważa prezes klubu, Jan Szymiczek. Trenujący pod okiem Wiesława Dygonia zawodnik uporem i ambicją dochodzi do sukcesów. Dzięki umowie z czeskimi trenerami może za darmo trenować na tamtejszych obiektach - w zamian startując w zawodach jako ich podopieczny.

 

"Krucza Skała" o punkcie konstrukcyjnym usytuowanym na 85 metrze ostatni raz przygotowana była w sezonie 2009/10 przy okazji Ogólnopolskiej Olimpiady Młodzieży. W przeszłości skakali na niej Klimek Murańka, Jakub Kot czy rekordzista obiektu, Czech Antonin Hajek. Dzisiaj, mimo wielu próśb o modernizację, największa skocznia popadła w niełaskę. Pod koniec ubiegłego roku doszło tam nawet do wypadku. Pod ciężarem zwiedzających obiekt dzieci, zapadła się drewniana konstrukcja rozbiegu.

 

Szymiczek: Naszym źródłem dochodów są m.in. pieniądze z gminy i powiatu. Każda pomoc się liczy, jednak za te kilka tysięcy nie da się utrzymać klubu. Szczęśliwie wyniki Gryczuka przyciągnęły uwagę sponsora - głównie dzięki Bankowi Spółdzielczemu w Kamiennej Górze możemy odpowiednio zadbać o rozwój Krystiana. We wrześniu utalentowany zawodnik zdobył w Libercu Mistrzostwo Czech, a kilka dni temu w Wiśle był dziewiątym kombinatorem w Polsce. Warto w niego inwestować - wierzę, że jeszcze coś się zmieni.

 

Gminy nie chcą skoków


- Przez 9 lat istniał klub sportowy Graf-Ski Szklarska Poręba. Na fali popularności Adama Małysza pod moją opieką znajdowało się około trzydziestu chłopaków. Miesięcznie pochłaniało to około 20 tys. złotych. Dla porównania, gmina zaproponowała mi jedynie 3 tysiące... rocznie - opowiada Mirosław Graf ze Szklarskiej Poręby, działacz Polskiego Związku Narciarskiego, były zawodnik i polski prekursor "stylu V".


Graf jako jedna z nielicznych osób na Dolnym Śląsku czynnie zajmuje się skokami. Upadły w 2009 roku klub finansowany był głównie z prywatnych środków. Mimo braku zaplecza w Szklarskiej Porębie, dzięki podpisanemu partnerstwu dzieci miały do dyspozycji harrachovski kompleks siedmiu skoczni. Według trenera, przyczyną fatalnej sytuacji jest niechęć gmin do skoków. Inicjatywa prowadzenia klubów czy budowania skoczni powinna wyjść z najniższych szczebli władzy.


- Co my możemy? Mój syn startował na Uniwersjadzie w Turynie, Wiesław Dygoń ma w Lubawce młodego Krystiana Gryczuka. To nie jest tak, że w Karkonoszach nie ma utalentowanej młodzieży, albo zainteresowania skokami. Tutaj zainteresowania nie ma ze strony ludzi decydujących o podziale środków. Jakiś czas temu w Szklarskiej - bez choćby porządnego boiska - zbudowaliśmy drużynę piłkarską. Zaczynając od "B" klasy awansowaliśmy aż do IV ligi. Wystarczyło się zainteresować. Dlaczego nie postąpić w podobny sposób ze skokami? To takie zamknięte koło - nie chce gmina, więc nie ma klubów. Nie ma klubów, to zainteresowanie jest znikome. Skoro więc nie ma zainteresowania, to po co mieć klub?
- ironizuje Graf.


Orlinek dla wspinaczki?

 

Jeszcze kilka lat temu malowniczo położony Karpacz był jednym z najważniejszych polskich ośrodków skoków narciarskich. Pierwszy drewniany obiekt wzniesiony został już w 1912 roku i od razu stał się bardzo ważną areną dla popisów ówczesnych sportowców. Tuż po wojnie został gruntownie przebudowany według projektu legendarnego Stanisława Marusarza. Z biegiem czasu konstrukcję drewnianą zastąpiono metalem, sukcesywnie też ją wydłużano i dostosowywano do najnowszych wymogów Międzynarodowej Federacji Narciarskiej (FIS). Dzisiejszy kształt Orlinek zawdzięcza ostatniej przebudowie w 2000 roku, przy okazji goszczących rok później w Karpaczu i Szklarskiej Porębie Mistrzostwom Świata Juniorów w narciarstwie klasycznym. Po emocjonującym konkursie i zwycięstwie początkującego wówczas na arenie międzynarodowej Velli-Matti Lindstroema, jedna z czterech polskich skoczni normalnych przeżywała swój rozkwit.

 

Karpacz znalazł się w kalendarzach zawodów nie tylko skoków, ale i kombinacji norweskiej (jest to dyscyplina łącząca biegi narciarskie ze skokami). Kilkakrotnie odbyły się tam konkursy zaliczane do Pucharu Kontynentalnego, a także Mistrzostwa Polski, przy okazji których w 2004 roku rekordowym skokiem na odległość 94,5m popisał się Adam Małysz. Jeszcze w sezonie 2009/10 na Orlinku najlepsi polscy nastolatkowie walczyli o medale Ogólnopolskiej Olimpiady Młodzieży. Po tej imprezie na skoczni nie zagościł już żaden skoczek. Od kilku lat wieżę najazdową szpecą licznie porozwieszane liny, trapy i przejścia będące własnością dzierżawiącej teren szkoły wspinaczkowej.

 

Tak sytuację wyjaśnia burmistrz Karpacza, Bogdan Malinowski: - W naszym mieście nie ma zainteresowania tą dyscypliną sportu. W 2004 roku, kiedy jeszcze działała sekcja doprowadziliśmy do użytku mniejszą "Karpatkę". Każdemu zależało na skokach. Potem dzieci przestały się garnąć do latania. Teraz dominują zjazdy, snowboard, mamy też grupę biegaczy i saneczkarzy. To kluby same powinny zgłaszać się po pieniądze. Dostają je, jednak wśród nich nie ma skoków narciarskich. Działa też Szkoła Mistrzostwa Sportowego. Są u nas trenerzy od każdej dyscypliny, tylko nie od skoków - po co mamy budować obiekty, jeżeli nie ma komu z nich korzystać.

 

Malinowski: Byłem inicjatorem przebudowy skoczni na Mistrzostwa Świata. Ściągnęliśmy tu Puchar Kontynentalny w kombinacji, były Mistrzostwa Polski. Poza tym, na Orlinku i tak nie poskaczą najmłodsi - to skocznia normalna, a więc raczej dla doświadczonych zawodników.

 

Zdaniem Burmistrza organizacja potencjalnych konkursów Mistrzostw Polski to nieopłacalna inwestycja. - Nie możemy sobie pozwolić na warunki, jakie dyktuje PZN. Na barkach miasta miałyby spoczywać koszty transmisji telewizyjnej, nagród i szereg innych wydatków - serce boli. W przyszłym roku Dolny Śląsk ponownie ugości sportowców rywalizujących w zimowej Ogólnopolskiej Olimpiadzie Młodzieży - wtedy Orlinek odżyje. Sam grałem kiedyś w piłkę ręczną. Bardzo chciałbym, aby karpacki sport stale się rozwijał - kończy.

 

Brak porozumienia


Na największy problem i jednocześnie przyczynę zaistniałej sytuacji zdaje się wyrastać brak porozumienia między gminami a działaczami. Z jednej strony zapewnienia ludzi sportu o ich chęci do pracy i o możliwości wsparcia przez Polski Związek Narciarski, z drugiej zaś deklaracje burmistrza Karpacza do rozmów. Być może wystarczy usiąść do stołu i zamiast przerzucać się winą uczciwie porozmawiać o możliwościach. Potencjał jest ogromny - znakomite tereny pod budowę czy remonty obiektów, tradycja i zainteresowanie ze strony młodzieży. Trzeba jednak dać im możliwość prawdziwego treningu. Oby patowa sytuacja, jaka ma miejsce na Dolnym Śląsku nie powtórzyła się w żadnym innym polskim ośrodku tej magicznej dyscypliny.

Kategoria: Sporty zimowe
Komentarze (0)