Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Sporty zimowe Dwa Bieguny popularności - od lidera PŚ do ogona 2. ligi

Dwa Bieguny popularności - od lidera PŚ do ogona 2. ligi

Sporty zimowe | 21 marca 2014 16:38 | Michał Chmielewski
Krzysztof Biegun na Wielkiej Krokwi
fot. Flickr
Krzysztof Biegun na Wielkiej Krokwi

                                           „Na złą pogodę Biegun”

  „Biegun szczęścia”

                                                                                „Biegun przeniesiony do Klingenthal”

           „Polski Biegun sukcesów”

                                                                    „Żółty Biegun”


To tylko część z tego, co naprędce udało mi się znaleźć w internecie. Co to za cytaty? To tytuły z gazet i popularnych polskich portali tuż po triumfie Krzysztofa Bieguna w inaugurującym zimę konkursie w Klingenthal. Młody Polak wprawił w osłupienie cały świat skoków narciarskich. Jechaliśmy do Niemiec jako siłacze z letniej Grand Prix i faworyci do odgrywania czołowych ról także u progu sezonu właściwego. Sam (!) Gregor Schlierenzauer podkreślał, że jest zdumiony postępem, jaki poczynili „nasi” pod opieką Łukasza Kruczka. Większość kibiców największe oczekiwania miała wobec mistrza świata Kamila Stocha. Apoloniusz Tajner stwierdził z kolei , że to Piotr Żyła był w listopadzie w topowej światowej formie. Kiedy tak trwały licytacje, kto, od kogo, o ile i jak daleko pofrunie, jednoseryjny konkurs wygrał Krzysztof Biegun. JAKIŚ Krzysztof Biegun. Nazajutrz od zawodów odebrałem kilka telefonów z zapytaniem, kto to w ogóle jest?

 

WIDEO: SKOK ŻYCIA KRZYSZTOFA BIEGUNA

 

Kraj oszalał. Po Małyszomanii nastała Biegunka, a nietuzinkowe nazwisko zawodnika odmieniano przez wszystkie przypadki. Gierki słowne w tytułach, wywiady, nagła sława i niekryta radość kibiców trwała kolejnych kilka dni. Strach pomyśleć, jak bardzo opinia publiczna zjadłaby tego zaskoczonego samym sobą chłopaka z Gilowic, gdyby nie fakt, że z Klingenthal lider Pucharu Świata pojechał prosto na pogrzeb babci. Trochę mu dali spokoju.

 

Osiemnasta pozycja w Kuusamo nie napawała optymizmem napełnionych nadzieją fanów, ale nie była też szczególną tragedią, o której znów rozpisałyby się media. W tym samym czasie artykuły o niemieckiej wpadce Stocha prawie nie powstawały – liczył się tylko nowy lider. Co bardziej szaleni stawiali go nawet w roli przywódcy zespołu, który przebojem wedrze się na międzynarodowe salony. Nie zrobił tego ani na Rukatunturi, ani też na olimpijskich obiektach w Lillehammer. Na Lysgårdsbakken ostatecznie pożegnał się z żółtym plastronem (choć już w Finlandii niecierpliwi matematycy oddali ją innemu „faworytowi” Marinusowi Krausowi), a jego osiągnięcia w niczym nie przypominały tych z Vogtland Areny. 32. i 36. miejsce przekonały fanów, że decyzja Grzegorza Sobczyka o wysłaniu go na Uniwersjadę jest słuszna. Kiedy w Predazzo sięgnął po dwa złota i srebro naród ponownie uwierzył w cuda. I bił brawo trenerowi, którego przed siedmioma dniami najchętniej wysłałby na ukamienowanie.

 

Jeśli nie liczyć drużynowego złota na MŚJ (nomen omen także w Predazzo), pasmo sukcesów Bieguna nagle się urwało. Po Uniwersjadzie skoczek zapunktował tylko trzy razy (najwyżej w Zakopanem – 15.) na 4 próby. Z etatowego żołnierza armii Kruczka zdegradowany został do szaraka z Pucharów Kontynentalnych. W dziewięciu podejściach jakiekolwiek punkty zdobył tylko czterokrotnie. I znów najlepiej zaprezentował się na Wielkiej Krokwii (5. miejsce), choć tamten konkurs to wyjątek potwierdzający regułę. Od podium bliżej mu było raczej do czwartej dziesiątki, a w skrajnych wypadkach – nawet do piątej. W Niżnym Tagilu sezon zakończył na 38. pozycji. Zaczął jak książę, skończył jak chłop.

 

O Biegunie nie pamięta już prawie nikt. Sezon potoczył się dla polskiej kadry zupełnie inaczej, a kolejne konkursy wyłoniły następnych bohaterów. Lepiej od reprezentanta Sokoła Szczyrk uchował się Jan Ziobro, który jako triumfator konkursu na dłużej zagrzał sobie miejsce w zespole „A”. Wielu bywało takich, którzy jednym wyskokiem wchodzili na języki wszystkich, a później znikali gdzieś między progiem a punktem konstrukcyjnym. Rok Urbanc chyba do tej pory śni o zakopiańskim skoku na 136 metr, a Fumihisa Yumoto często odwiedza Pragelato. Oby Biegunowi nie śniła się liczba 142. I pół, choć o połówkach najwięcej wie Mateusz Rutkowski.

 

TWITTER AUTORA: @chmielsoft

źródło: chmielewski.blog.pl

Kategoria: Sporty zimowe
Komentarze (0)