Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Tenis Moja wimbledońska przygoda

Moja wimbledońska przygoda

Tenis | 09 lipca 2013 01:24 | Hubert Błaszczyk
Jerzy Janowicz po zwycięstwie nad Łukaszem Kubotem.
fot. Hubert Błaszczyk
Jerzy Janowicz po zwycięstwie nad Łukaszem Kubotem.

- Tworzymy historię – powiedzieli sobie przed ćwierćfinałowym meczem Łukasz Kubot i Jerzy Janowicz. Ja natomiast tę historię chciałem zobaczyć na własne oczy. Nie mając żadnej gwarancji otrzymania biletów (przyznanie akredytacji graniczy z cudem) w godzinę po meczach czwartej rundy zaplanowałem podróż. To był mój piąty Wimbledon i najbardziej zwariowany, ale też ten, który będę pamiętał najdłużej.


Lecimy do Londynu


Moje wcześniejsze doświadczenia pozwoliły mi jednak twierdzić, że gdy przybędę odpowiednio wcześniej we wtorek do wimbledońskiego parku, to będę miał dużą szansę na kupno biletów na polski ćwierćfinał, dlatego też swoją londyńską przygodę rozpocząłem na lotnisku w Poznaniu wczesnym rankiem we wtorek.


Wimbledon jest specyficznym turniejem. Najtrudniej dostać na niego bilety. Nie ma sprzedaży internetowej, swoje trzeba odstać w kolejkach, bo Brytyjczycy uwielbiają tzw. queueing czyli stanie w kolejkach. Inną możliwością kupna biletów jest publiczne losowanie, które zazwyczaj odbywa się na przełomie lutego i marca. Ta forma nabycia wejściówek ma jednak swój mankament. Nigdy nie wiemy, na jaki mecz się dostaniemy.


Podczas każdej wizyty na wimbledońskich kortach stałem więc w kolejkach. Trzeba przyznać, że z czasem może stać się to przyjemnością. Nikt się nie wpycha, nie ma chamstwa, a każda próba przesunięcia w kolejce jest karana odesłaniem takiego delikwenta z kwitkiem. Taki porządek jest możliwy za sprawą queue cards, które pokazują twoje miejsce w kolejce.


Właśnie za sprawą owych queue cards zaznałem we wtorek pierwszego załamania. Autobus, którym próbowałem się dostać z lotniska Luton do stacji metra Baker Street musiał przedzierać się przez duże korki i przez to straciłem około 30 minut. Trzeba przyznać, że w wimbledońskiej kolejce, taka wydawałoby się niewielka strata czasu może okazać się brzemienna w skutkach, dlatego warto zainwestować kilka funtów więcej i wybrać po prostu pociąg.


Chwila prawdy – wejście do Wimbledon Park, gdzie ustawiają się ludzie w namiotach na tzw. overnight queueing (by dostać się na główne korty trzeba spać na campingu). W pierwszym momencie przeraziłem się liczbą osób, bo nie było większej szansy, by dostać się na Kort Centralny. Numer karty, którą dostałem – 560 – też mówił o tym, że na główną wimbledońską arenę na pewno się nie dostanę. Na szczęście wieczorem przyszła korzystna dla mnie informacja, że Janowicz z Kubotem zagrają na korcie numer 1, a przed nimi Novak Djokovic z Tomasem Berdychem.


Historyczny ćwierćfinał


W środę więc z nadzieją na historyczny ćwierćfinał ruszyłem w kolejce, która zaczęła się przesuwać w okolicach godziny 7. O 9 byłem już szczęśliwym posiadaczem opaski, uprawniającej mnie do kupna biletu na kort numer 1. Niespełna 1,5 godziny później byłem już na obiekcie. Jako, że mecze na korcie numer 1 zaczynały się o 13, to przed Djokovicem i Berdychem udało mi się zobaczyć pojedynek legend. Bracia McEnroe grali z Mansourem Bahramim i Henri Lecontem. Zabawy ze strony tych drugich było co nie miara. Naprawdę był to świetny wstęp do tego emocjonującego dnia.


Pojedynki legend rozgrywane są dopiero w drugim tygodniu Wimbledonu, dlatego wcześniej nie miałem okazji uświadczyć tych towarzyskich meczów. W poprzednich latach widziałem już na korcie Novaka Djokovica, ale był to jeszcze młody Serb, który przebojem wdzierał się do czołowej piątki najlepszych tenisistów świata. Teraz zobaczyłem Djokera, będącego na czele światowych list, a po drugiej stronie siatki niesamowicie zdeterminowanego Tomasa Berdycha. Czech grał świetnie. Sił starczyło mu jednak na pierwszego seta. Później do głosu doszedł Djokovic, którego kontry są chyba jeszcze lepsze niż Rafaela Nadala.


Wreszcie po tym meczu nadszedł czas na nasz polski ćwierćfinał. Wyludniony kort, mało polskich kibiców – to pierwsze zaskoczenia. W trakcie meczów ludzi przybyło, ale brak większej polskiej kolonii był dość dużym rozczarowaniem, wszakże na naszych oczach rozgrywało się historyczne wydarzenie. Ani razu bowiem w 127-letniej historii Wimbledonu dwóch Polaków nie zagrało w decydującej fazie turnieju.


Przedmeczowe przewidywania sprawdziły się. Kubot nie miał wystarczająco tenisowych atutów, żeby zneutralizować mocno bijącego Janowicza. Jerzyk po meczu padł na kort, a obaj nasi zawodnicy po meczu wymienili się koszulkami – to na pewno długo zostanie w pamięci.

 


Stracona szansa Radwańskiej


Środa była jednak ostatnim dniem, w którym sprzedawane były bilety na tzw. show courty. W czwartek trzeba było więc radzić sobie w inny sposób. Na szczęście dla mnie Agnieszka Radwańska grała z Sabine Lisicki jako druga na Korcie Centralnym i był promyk nadziei, że kupię bilet na jej mecz z odprzedaży. To nie jest jednak łatwe, bo trzeba spędzić w kolejce już na obiekcie od czterech do pięciu godzin. Wcześniej czekając na wpuszczenie na korty też około trzy godziny. Trzeba uzbroić się więc w niesamowitą cierpliwość, ale czego nie robi się dla świetnego tenisa.


W kolejce do odsprzedaży byłem ósmy. Mecz Marion Bartoli i Kirsten Flipkens szybko się zakończył, co nie było dobrą wiadomością dla mnie. O 14:30 na kort wyszły Radwańska i Lisicki. O pierwszym secie na żywo mogłem więc tylko pomarzyć. Przy 5:4 dla Niemki otrzymałem jednak wymarzony bilet i to nie za 120, a 10 funtów, bo tyle kosztują bilety z odsprzedaży.


Na Korcie Centralnym duże zdziwienie. Dostałem bilety obok tzw. debenture ticket holders, którzy mają zazwyczaj najlepsze miejsca, oprócz ludzi zgromadzonych w Royal Boxie. Do samego Royal Boxu miałem może 5-8 metrów. Naprawdę niesamowite przeżycie.

 


Radwańska po przegranym pierwszym secie wygrała pewnie drugiego. W trzecim prowadziła już 3:0. Zamiast jednak przycisnąć rywalkę, oddała jej inicjatywę. Ta nie zwolniła tempa już do końca meczu, wygrywając 9:7. Tak dobrego tenisa kobiet przyznam szczerze, że w tym sezonie nie widziałem, dlatego pomimo wyniku byłem szczęśliwy, że mogłem być częścią tego widowiska.


Wyprzedzić fanów Murraya


Wreszcie piątek i najtrudniejsze wyzwanie. Właściwie nie wierzyłem, że możliwe jest otrzymanie biletu na mecz Janowicza z Murrayem. To zdawała się potwierdzać liczba ludzi w Wimbledon Parku, gdzie wszyscy czekali, żeby dostać się na Henman Hill. Część jednak, chciała również dostać bilet z odsprzedaży, dlatego też tym razem oprócz wiedzy, potrzebna była również szybkość, by jak najszybciej dostać się na początek kolejki.


Zająłem dziewiąte miejsce. Jako ciekawostkę mogę przytoczyć, że będący ze mną znajomy przegrał piątą pozycję o metr z pewnym Izraelczykiem. Pomimo rywalizacji o jak najlepsze miejsce później atmosfera w kolejce była świetna. Długie rozmowy o tenisie i wymiana poglądów pozwoliły szybko i płynnie zabić czas do pierwszego półfinału Del Potro z Djokovicem. Argentyńczyk z Serbem grali fantastycznie. Mecz był długi, dlatego szanse na bilet wzrastały z każdą minutą.


W końcu wszedłem na obiekt. Tuż po zakończeniu trzeciego seta. Obaj zawodnicy grali kosmiczny tenis. Wymiany momentami wchodziły na niebotyczny poziom. Del Potro w tie-breaku czwartego seta obronił dwie piłki meczowe i wygrał 8:6, doprowadzając do wyrównania po 2 w setach. Zmęczony Delpo nie był jednak w stanie wygrać. To był najdłuższy półfinał Wimbledonu w historii i zdecydowanie jeden z najlepszych meczów, jakie widziałem na żywo.


To jednak spotkanie Janowicza z Murrayem było wisienką na torcie mojego londyńskiego pobytu. Nasz zawodnik musiał radzić sobie nie tylko z fantastycznym Szkotem, ale też publicznością, która po wygranym przez Janowicza pierwszym secie, zaczęła zachowywać się bardziej w piłkarskim, a nie tenisowym stylu. Zdarzały się przypadki okrzyków przy serwisach Jerzyka, a każdy wie, że to nieprawdopodobnie deprymuje. Ciężko wyłączyć się całkowicie. Brytyjczycy to niesamowici hipokryci. Sami zwracają uwagę innym, gdy ci zachowują się głośno, na meczach Murraya żadne reguły jednak nie obowiązują.


Zdeprymowany Janowicz przegrał trzy kolejne sety i pożegnał się z turniejem. Londyn mógł opuścić jednak z podniesioną głową. Jeśli nadal będzie robił takie postępy, to już niedługo będzie mu dane zagrać na tym samym poziomie wielkoszlemowego turnieju. Wtedy bogatszy o doświadczenia być może wygra?

 


Autor tekstu do Polski wrócił w sobotę również zadowolony, ale też zmęczony. Stanie w wimbledońskich kolejkach męczy, nie mniej niż solidny czterosetowy pojedynek. Nie ma jednak co narzekać, historia działa się na moich oczach. Kto wie, może już nigdy dane nie będzie mi oglądać polskiego ćwierćfinału? Tego sobie i kibicom tenisa nie życzę. Oby Radwańska, Janowicz i Kubot stali się ambasadorami tenisa w Polsce i osiągali takie sukcesy jak najczęściej.

Kategoria: Tenis
Komentarze (0)