Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Żużel Kto mocniejszy, ten lepszy

Kto mocniejszy, ten lepszy

Żużel | 05 listopada 2013 01:11 | Hubert Błaszczyk
Zawodnicy Unibaxu Toruń odmówili startu w finale ENEA Ekstraligi.
fot. Marcin Karczewski/ Superstar.com.pl
Zawodnicy Unibaxu Toruń odmówili startu w finale ENEA Ekstraligi.

Żużel to sport niezwykle widowiskowy, gromadzący rzesze kibiców na stadionach całego świata. Wielu powie: podniecacie się nim tylko w Polsce, bo macie sukcesy. Guzik prawda. Zawody SGP w Cardiff, w Sztokholmie na Friends Arenie, gdzie miałem okazję podziwiać debiut cyklu w tym roku zadają tej tezie kłam. Coś jednak sprawia, że ten sport, który posiada ogromny potencjał jest sportem zaściankowym. To ciągłe przeciąganie liny, pogoń za kasą poszczególnych podmiotów, chęć pokazania – kto mocniejszy, ten lepszy.


Najprostszy przykład, to ten z naszego rodzimego podwórka. Finał Ekstraligi, najważniejszy mecz sezonu, pełen stadion w Zielonej Górze, tysiące przed telewizorami – wszyscy czekają na świetne widowisko. Torunianie mają jechać osłabieni brakiem Chrisa Holdera i kontuzjowanego dzień wcześniej Tomasza Golloba. Wynik wydaje się być sprawą przesądzoną, ale przecież sport znał już różnego rodzaju przypadki. Unibax postanawia jednak nie przystąpić do rywalizacji i ostentacyjnie opuścić stadion na 1,5 godziny przed rozpoczęciem meczu. Komedia trwa do dziś.


Toruński klub został przykładnie ukarany – wysokie kary pieniężne, trzy mecze dla kibiców za złotówkę i przede wszystkim minus 12 punktów do ligowej tabeli. Nikt jednak nie odda kibicom finałowego widowiska, nikt nie zrekompensuje strat wizerunkowych dyscyplinie. To przecież śmieszne, że decyzja kilku osób potrafi zniweczyć pracę żużlowców przez cały sezon. Takie rzeczy tylko w Polsce. Mało tego, kary nie są prawomocne. Już wkrótce czeka nas więc kolejny spektakl, tym razem odwołań.


Na arenie międzynarodowej wcale nie jest lepiej. Firma BSI posiadająca prawa do organizacji cyklu Grand Prix, czyli Indywidualnych Mistrzostw Świata na żużlu, tak mocno okopała się na froncie, że nie znosi konkurencji. Na ich nieszczęście przed rokiem prawa do organizacji Indywidualnych Mistrzostw Europy nabył polska firma – One Sport Marketing. Godne pieniądze – większe niż w Grand Prix oraz transmisje w Eurosporcie sprawiły, że w pierwszej edycji nowego cyklu czterech turniejów wystąpiło kilku stałych uczestników IMŚ.


Rosnąca popularność rozsierdziła włodarzy BSI. Ci, chcąc jak najszybciej wyeliminować konkurencję postanowili przy udziale Międzynarodowej Federacji Motocyklowej zakazać stałym uczestnikom cyklu Grand Prix udziału w Indywidualnych Mistrzostwach Europy. To strzał w stopę dla całej dyscypliny, bo zawody IME były świetnie zorganizowane, przed telewizorami oglądały je miliony w Eurosporcie. Cykl czterech zawodów o tytuł najlepszego jeźdźca w Europie pokazał też, że ogromne możliwości drzemią w rynku wschodnim. W Togliatti na trybunach był komplet kibiców, a zawody okazały się strzałem w dziesiątkę.


Od nowego sezonu może okazać się, że IME ponownie będą tylko biednym krewnym Grand Prix. Na to nie chce pozwolić One Sport Marketing. Polska firma swoich praw będzie dochodzić w sądzie. Ciężko jednak liczyć na zmianę decyzji. O mistrzostwo Europy ponownie zawalczą zapewne zawodnicy na dorobku, a to przecież nie oni przyciągają na stadiony kibiców. Sytuację można by jeszcze odkręcić gdyby środowisko żużlowe w Polsce było zjednoczone. Wystarczyłby jeden prosty zapis: stałych uczestników cyklu Grand Prix w naszych rodzimych ligach nie chcemy. Wycofujemy również nasze reprezentacje z zawodów międzynarodowych – nasz żużel by sobie poradził, a FIM i BSI pewnie szybko podkuliłyby ogon. W naszym prywatnym piekiełku jest to jednak niemożliwe. Tu zwycięża zasada: kto mocniejszy, ten lepszy jak w Polsce szlacheckiej.

Kategoria: Żużel
Komentarze (0)