Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Żużel Żużel na Narodowym jak nokautujący cios Kliczki...

Żużel na Narodowym jak nokautujący cios Kliczki...

Żużel | 19 kwietnia 2015 17:12 | Hubert Błaszczyk
W Warszawie żużlowcy nie mogli rozwinąć skrzydeł.
fot. Marcin Karczewski / Superstar.com.pl
W Warszawie żużlowcy nie mogli rozwinąć skrzydeł.

Będzie osobiście. Bo żużel to dla mnie znacznie więcej niż 4 ludzi, 4 okrążenia i 60 sekund emocji. To największa pasja. Byłem w wielu miejscach. Spałem w samochodzie po odwołanym finale Drużynowego Pucharu Świata w Vojens, spędziłem noc na polu kukurydzy w Gorican. Nie miałem do nikogo pretensji. Spadł deszcz i zawody trzeba było odwołać. Na Stadionie Narodowym deszczu jednak nie było, a zawody wyglądały jakby organizatorem był Franek Wiertara z Pcimia Dolnego, a nie BSI – poważna, angielska firma z wieloletnim doświadczeniem.

 

Zaczęło się od odwołanego piątkowego treningu. Zawodnicy po nim mówili, że nawierzchnia przypomina plastelinę i nie da się na niej ścigać. Było wiadomo, że nie uświadczymy wielkich zawodów. Zresztą takowych na układanych torach po prostu nie ma. W najczarniejszych snach nie spodziewałem się jednak, że Grand Prix na Narodowym skończy się organizacyjną katastrofą.

 

Tor w sobotę nie wyglądał najgorzej. Na pierwszym łuku powstało kilka dziur, ale ogólnie widziałem gorsze nawierzchnie. Choćby w 2008 w Goeteborgu, kiedy wygrywał Rune Holta. Rozegranie tych zawodów do końca należało się tym kibicom, którzy stworzyli w Warszawie fantastyczną atmosferę. Akustyka na Narodowym jest powalająca – można było czuć się świadkiem wielkiego wydarzenia. Szkoda, że emocje zamiast rosnąć stopniowo opadały. Najpierw problemy z taśmą – niezliczone protesty, powtórki wyścigów, a co za tym idzie wzmagające się gwizdy.

 

To niepojęte, żeby maszyna startowa od pierwszego biegu szła nierówno. Przecież to musiało zostać sprawdzone przed zawodami. Dlaczego nie było zapasowych słupków maszyny startowej? To pytanie bez odpowiedzi, które przy imprezie tej rangi nie powinno być nigdy zadane.

 

Okej, doszło do pierwszej poważnej wtopy – zawodnicy musieli startować po zgaśnięciu zielonego światła. Dlaczego jednak kontynuowano cyrk z taśmą? Regulamin mówi jasno. Jeśli nie działa taśma startowa, należy startować „na światło”. Te wszystkie zabiegi niepotrzebnie wydłużały zawody i drażniły publikę. Decyzyjności zabrakło także Jimowi Lawrencowi. Brytyjski arbiter decyzje podejmował bardzo długo. Często je zmieniał. Wykluczył Jasona Doyle'a, pomimo że chwilę wcześniej przyznał mu tylko ostrzeżenie...

 

Do problemów z taśmą doszły kłopoty z torem. Z nawierzchnią dwukrotnie zapoznawał się Troy Batchelor. Raz upadł też Chris Holder. Po upadku tego drugiego zawodnicy nie chcieli kontynuować zawodów. Warunki były trudne, ale nie na tyle, żeby z tego powodu kończyć zawody. Po raz kolejny objawił się niezrozumiały dyktat zawodników. Oni trzęsą tym sportem i w sobotę znów to dobitnie pokazali. Ja ich decyzji nie rozumiem. Upadki Batchelora wynikały z jego błędów. Australijczyk wrócił do ścigania po kontuzji i ewidentnie nie miał sił, żeby wytrzymać cztery okrążenia, jadąc w kontakcie.

 

***

 

Kto odpowiada za wtopę na Narodowym? BSI i firma „Speed Sport” Ole Olsena. Duńczyk był odpowiedzialny za przygotowanie toru, czyli także za taśmę startową. 70-letni Ole powinien najbliższe tygodnie spędzić w duńskim odpowiedniku naszego Ciechocinka, a nie układać tory w Tampere, Cardiff, Horsens, Sztokholmie i Melbourne. W przypadku Olsena to recydywa. Zawiódł w Gelsenkirchen, Rydze i Warszawie. Obawiam się, że on i jego firma potrafiliby popsuć imieniny u cioci. Dla partaczy nie ma miejsca w zawodowym sporcie. FIM powinien też pomyśleć o nałożeniu sankcji na BSI, która kompromituje mistrzostwa świata na żużlu, pozwalając na takie sytuacje.

 

Nie łudzę się, że po cyrku w Warszawie ktokolwiek zostanie ukarany. Odpowiedzialność zostanie rozmyta. Nałożenie kar na Olsena spowodowałoby duże perturbacje w cyklu Grand Prix. Na układanych torach odbędzie się przecież jeszcze pięć rund. Ręka rękę myje – nikt nie pozwoli na rozpad układu, dzięki któremu każda ze stron ma pieniądze.

 

***


Rykoszetem dostanie też Polski Związek Motorowy. Andrzej Witkowski szykował się na wielki sukces organizacyjny, sportowy i medialny, a tymczasem było zupełnie odwrotnie. Jestem ciekaw zapisów umowy i ewentualnych kar, które musiały zostać w niej zawarte. Ta sprawa musi zostać wyjaśniona od początku do końca. PZM jest winny to kibicom, którzy zostali oszukani. Związek na pewno odniósł sukces finansowy, ale to chyba jedyna korzyść z sobotnich zawodów, bo wątpię, żeby w kolejnym roku na trybunach Narodowego zjawił się komplet.

 

***

 

Byłem zażenowany sposobem pożegnania Tomasza Golloba. Na trybunach garstka kibiców. Może 4 tysiące. Gollob na to nie zasłużył. Wielokrotnie nie było mi z nim po drodze. Nieładnie zachował się w Ostrowie Wielkopolskim, kiedy kazał wsiadać na motocykle organizatorom Łańcucha Herbowego. Zawsze jednak szanowałem Golloba za umiejętności żużlowe. Bo to był zawodnik nietuzinkowy. Brał wszystko, albo nic. Teraz nie ma już takich żużlowców. Dlatego mistrzowi świata należy się godne pożegnanie. Może niekoniecznie w Warszawie, ale w ośrodku, gdzie są żużlowe tradycje i gdzie swoich macek nie ma Ole Olsen do spółki z BSI.

 

HUBERT BŁASZCZYK
TWITTER: @hubertblaszczyk

Kategoria: Żużel
Komentarze (0)