Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Żużel Bo pokochałem za bardzo…

Bo pokochałem za bardzo…

Żużel | 29 września 2015 14:34 | Redakcja
Oddajemy głos rozżalonemu kibicowi.
fot. Jakub Janecki
Oddajemy głos rozżalonemu kibicowi.

Wciąż mam nadzieję, że ona się zmieni. Wciąż mam nadzieje, że to był ostatni raz. I właśnie wtedy dostaję w twarz po raz kolejny. Jestem chwilę zamroczony, potem chcę odejść. Jednak nie, zostaję! Przecież kocham. To tylko chwilowy kryzys, ona na pewno się zmieni. Więc wybaczam i trwam, a ona powoli podnosi rękę po raz kolejny…


… a ja nie mam siły się bronić. Taka jest właśnie moja ukochana dyscyplina sportowa, czyli żużel. Czuję się z nią, niczym dręczona kobieta w patologicznym w związku. Jednak przecież kocham, a miłość przezwycięża wszystko. Trudno jest kochać tak kapryśną i rozzuchwaloną dyscyplinę. A co dopiero, gdy korzenie tej miłości wywodzą się z Ostrowa Wielkopolskiego.


Skąd ta miłość? Od dziecka, gdy pierwszy raz ojciec zabrał mnie na stadion. Zobaczyłem jeźdźców „czarnego sportu” i serce zabiło mi mocniej. Przygodę z żużlem zaczynałem w latach dziewięćdziesiątych. W Ostrowie wówczas istniał taki klub żużlowy o nazwie Iskra, pewnie jeszcze wiele osób go kojarzy. Wtedy jeszcze niewiele rozumiałem z zawiłości finansowo-organizacyjnych. Rozumiałem jednak, że trzeba jechać po trzy punkty, bo to sukces i zwycięstwo napędza to wszystko. Więc pojawiałem się z bliskimi na pierwszym łuku Stadionu Miejskiego w Ostrowie Wielkopolskim. Gdy były mecze wyjazdowe, pozostawało czatowanie w niedzielny wieczór lub w poniedziałek przed telewizorem i odświeżanie telegazety w oczekiwaniu, że może już wielcy z telewizji wprowadzili w końcu wynik. Wtedy jeszcze Internet nie był dla każdego jak dziś. Więc klikałem zawzięcie w pilot i czekałem. Trochę niczym w obsesji. Ale jednak czekałem.


Później czasy się zmieniły. Ja trochę dorosłem. Iskra Ostrów odeszła w zapomnienie, a pojawił się Klub Motorowy Ostrów. Czułem jednak, że zmiana jest symboliczna. Wciąż kochałem żużel, a w szczególności ten ostrowski, więc był to tylko kolejny potomek do przygarnięcia. Więc dorastałem, angażując się emocjonalnie coraz bardziej, aż w końcu trochę z przypadku trafiłem w sam środek tego wszystkiego. Życie dało mi szansę. Jako licealista zostałem dziennikarzem-amatorem na sportowych portalach w Internecie. Wciągnęło mnie na maksa. Po zawodach tworzyłem przelewając myśli na papier, a w trakcie spotkań serce biło mi mocniej, bo w końcu jadą NASI! A ja jeździłem za nimi po całej Polsce jeśli tylko miałem taką szansę. Wyniki były coraz lepsze, więc tak jak wszyscy czekałem z niecierpliwością na wielki sukces. Rosnącą bańkę mydlaną miałem tuż obok dłoni, była namacalna, była tak blisko… Dziś wiem, że zbyt blisko, bo gdy pękła to huk był trudny do zniesienia. Emocjonalne gromy waliły na lewo i prawo. Klub Motorowy Ostrów powoli umierał, każda kolejna afera odbierała mu kawałek po kawałku jego godności i jestestwa. Aż w końcu wszystko runęło na dobre. A każdy ostrowski kibic został ulubieńcem do żartów przez żużlofanów z innych miast. Jednak czy to nie ta wielka społeczność żużlowa wychowała właśnie sobie takie dziecko w postaci Klubu Motorowego?


Więc w Ostrowie wskrzeszono po raz kolejny ukochaną dyscyplinę w postaci Ostrovii. Wrócono więc do korzeni… nazwą oczywiście. Czy coś w tym wyjątkowego? Skądże! Mało to mamy tego typu przykładów w naszej ukochanej dyscyplinie? Ilu fanów było już na szczycie wraz ze swoim klubem, po to by dostać w twarz i spaść na same dno? Ta sinusoida trwa już od lat i prędzej czy później dotknie każdego. Tutaj nie ma logiki, to przecież żużel. Dziś walka o najwyższe cele, a jutro długi, upadek i zaczynanie wszystkiego od nowa, tylko z delikatnie zmienioną nazwą. Wszyscy jednak uparcie dążą do tego samego. Do samozagłady. A my wszyscy żużlofani kochamy tak bardzo, że rozsądek odpychamy mocno na bok i biegniemy czym prędzej na stadion, wbrew wszystkiemu. Jak nie w tym roku, to za kilka lat dostaniemy solidnie w twarz, ale to nieważne. Będzie zima na wylizanie ran i wiosną zaczniemy odbudowę naszego związku od nowa.


Więc ja tak odbudowywałem od kilku lat wraz z Ostrovią naszą ostrowską miłość do żużla. Jak zwykle były wzloty i upadki, ale jakby trochę sinusoida zwolniła. Co prawda w międzyczasie na chwilę zgasło światło, ale cóż, może naprawdę po prostu rzeczy martwe są złośliwe. I nadeszła. Ta ostatnia niedziela. Kolejny raz wszyscy w Ostrowie kochaliśmy nad życie, bo nadarzyła się szansa na żużel przez duże Ż. Walka o, cóż za magiczne słowo, EKSTRALIGĘ! Nie zdobyliśmy jej, no cóż zdarza się, to tylko sport. A może jednak nie tylko? Oczywiście, że nie! Mecz się nie skończył po ostatnim wyścigu, gonitwa trwała dalej. Moja ukochana dyscyplina goniła mnie zawzięcie i strzeliła mi w twarz po raz kolejny! I pojawiło się jakże znane mi słowo – afera. Każdy normalny powinien wycofać się, wziąć rozwód i zacząć wszystko od nowa. Widocznie nie jest mi dane być normalnym. Przecież to żużel, ta jedyna dyscyplina. Tak dziwna, tak wspaniała, tak niestabilna.


Więc czuję się rozgoryczony, chwilę kocham jakby mniej, ale tylko chwilę. Nie mam całej zimy na lizanie ran. Przecież za chwilę mecze barażowe. Więc chwilę wzdycham, uciekam, ale powoli jednak wracam. Delikatnie rozglądam się, czy aby nie czeka na mnie z podniesioną ręką. Jednak jeszcze jej nigdzie nie widzę. Więc wracam i czekam. W końcu kocham żużel. Kocham nasze ostrowskie piekiełko. Kocham nasze polskie piekiełko. Kocham nasze żużlowe piekiełko. Gdzie nic pozornie nie ma sensu, ale jednak wszystko jest takie wspaniałe. Kocham i czekam… na kolejne uderzenie.


PIOTR DZWONIAREK

Kategoria: Żużel
Komentarze (0)